Teatrątko

Napisać, że w teatrze byłam, to byłaby drobna przesada – byłam otóż w teatrątku (czy ja wspominałam już kiedyś, że kocham język polski?) Teatrątko wciśnięte jest w typowo paryski zaułek, salka wyposażona w nie więcej niż 30 też niewielkich krzesełek i scenkę, tylko reflektory chyba normalnych rozmiarów. Sztuka też była miniaturowa, na dwa sześciany i dwie aktorki (skoro istnieje monodram, to czy w tym wypadku można powiedzieć, że to był duodram?), współczesnego nieznanego autora, a byłam tam poniekąd po znajomości, bo jedna z aktorek to Polka. Trochę się tego wszystkiego obawiałam, bo mam lekkie uczulenie na kiepską grę aktorską – i ku mojemu przyjemnego zaskoczeniu strach był nieuzasadniony. Rzecz jest o dwóch paniach różnych od siebie jak niebo i ziemia, które są w komitywie, bo razem siedzą w wariatkowie. Oczywiście porównanie do „Lotu nad kukułczym gniazdem” jest nieuniknione, ale mimo to obejrzałam z przyjemnością, trochę się pośmiałam, a pod koniec nawet się wzruszyłam, bo one obie umiały sprawić, że polubiłam te postaci. Na przyszłość należy zapamiętać: jeśli aktorka Wam mówi, że zmywanie makijażu potrwa tylko dwie minutki, to nie wierzyć. Co najmniej 20 minut. Ale ciekawie było z nimi potem zamienić parę słów. Już były w cywilu, a jeszcze pełne emocji scenicznych.

To nie był Dzień Buta

Postanowiłam poużywać trochę mojej nowej złotej karty, bo z tego, że spoczywa w portfelu, nie ma wiele radości. W tym celu udałam się do centrum ze sklepami, a tam wyraźnie nikt od mnie nie chciał mojej karty, bo na żadnej wystawie nie było niczego, co chciałabym choćby tylko przymierzyć. W osiemnastym sklepie z butami, do którego weszłam już w pewnej rozpaczy, sprzedawczyni koniecznie chciała dać mi jakieś buty do zmierzenia, ale żadne nie wyglądały dość zachęcająco. Aż w końcu wzrok mój padł na jedne.
– Te! O te to bym przymierzyła! – wykrzyknęłam z ulgą i nadzieją.
Lecz okazało się, że nie ma rozmiaru. Weszłam do dziewiętnastego sklepu i zobaczyłam buty, które były jeszcze fajniejsze od poprzednich. Oczywiście nie było rozmiaru 39 ani 40, ale było ostatnie 38. Posiadam parę par butów w tym rozmiarze, choć nie francuskich, więc w desperacji zażądałam 38, a nuż. Włożyłam nogę i… weszła, nie trzeba było obcinać palca ani pięty. Radośnie wykonałam parę podskoków i przystąpiłam do wkładania drugiego buta z pary, z myślą, że zaraz za nie zapłacę i moja katorga się skończy. Lecz drugi but okazał się ciasny. Bardzo ciasny. Ledwie stopę weń wcisnęłam.
– Nie rozumiem tego, nawet jeśli ten lewy jest już rozciągnięty od mierzenia, to chyba niemożliwe, żeby była aż taka różnica? – zawahałam się do ekspedientki – Ja mam wrażenie, że między nimi jest numer różnicy!
– Niech pani pokaże, może ja dałam 37 zamiast 38 – zatroskała się dziewczyna. Prawy but miał jednak rozmiar 38. Za to lewy nie. Lewy miał 39. Przez parę sekund miałam jeszcze nadzieję, że sprzedawczyni również w takim razie gdzieś ma i prawy w rozmiarze 39, ale jeśli on w ogóle istniał, to nie przebywał już w tym sklepie. Pierwszy raz mi się zdarzyło coś takiego, i teraz się zastanawiam, gdzie jest ten prawy but. Ciekawe, czy kupiła go jakaś jednonoga… A może porwały go małe zielone ludziki w celach poznawczych, nie zorientowawszy się uprzednio, że buty występują w parach?

Moja Thelma szelma

Kocham Thelmę, chyba jeszcze tego nie pisałam. Lubię wstawać rano z myślą, że pojadę nią do pracy mimo korków, to już o czymś świadczy. Podoba mi się w niej wszystko – to, że od środka robi wrażenie ogromnej (w związku z czym wyprawiam straszne sztuki parkując i ewentualni obserwatorzy muszą mieć ubaw, bo ona jednak bardzo ładnie się wszędzie mieści); lusterka, w których widać wszystko i nie muszę już wykręcać sobie szyi jak to było w fieście, która ma lusterka wielkości znaczka pocztowego i kąt martwy chyba 80 stopni. Wielce podoba mi się fotel, który łagodnie podpiera mój kręgosłup we właściwym miejscu. Podoba mi się też jak bryka po przyciśnięciu pedału gazu. Nie podoba mi się tylko pokrętło głośności radia, wolałabym guziki, ale da się z tym żyć. Nie podoba mi się również to co mówi komputer pokładowy na temat spalania, ale mam nadzieję, że ma skłonność do grubej przesady.

Parę dni temu zapragnęłam sobie otworzyć okno od strony pasażera, co okazało się niewykonalne. Nie działał ani mój przycisk, ani przycisk pasażera. Ponieważ moje okno otwierało się całkiem normalnie, wyciągnęłam stąd wniosek, że zepsuł się mechanizm otwierania okna i trochę się zmartwiłam, że będzie to na pewno kosztować niewielki majątek, a możliwość otwierania okna pasażera jest jednak bardzo przydatna. Przynajmniej dla mnie, bo nie lubię jak mi dmucha prosto w twarz i wolę mieć otwarte pasażera niż swoje. Przy kolejnym uruchomieniu auta szyba nadal nie chciała działać, martwiłam się więc tym przez jeszcze parę dni, aż w końcu… i tu zostawię Państwu zagadkę, jak to się skończyło.

Zrównanie

Przegapiłam dokładną datę, ale jakoś w styczniu był ten dzień, w którym zrównał się czas pisania tego bloga w Polsce z czasem mojego pobytu we Francji. Czyli teraz piszę go już dłużej będąc we Francji niż pisałam w Polsce. Jakoś mi się to w umyśle nijak nie mieści…

A tu coś dla miłośników Gdańska, czyli podpiszcie petycję albo zawiadomcie gdańskich znajomych. Warto przynajmniej powalczyć.

Kolorowo

Francuzi z niejasnych przyczyn uważają, że określenie czegoś przy pomocy koloru jest absolutnie wystarczające, aby dało się funkcjonować w świecie. Mieli tu do niedawna Carte OrangePomarańczową Kartę – która rzeczywiście była pomarańczowa i służyła jako bilet miesięczny lub tygodniowy na komunikację miejską. Parę miesięcy temu znikła zastąpiona przez system Navigo, który nie jest pomarańczowy, tylko nowocześnie fioletowy i ma tę przewagę nad poprzednim, że posiada chip oraz działa zbliżeniowo. Wadę natomiast ma tę, że turysta karty Navigo kupić sobie nie może, nawet tygodniowej, i skazany jest na bilety Paris Visite, dużo droższe i fatalnie pomyślane. Zawsze kiedy stykam się z tym wynalazkiem, tęsknie wspominam londyński Oyster – szczyt pragmatyczności, logiki i pomyślunku ludzkiego.

Następnie mamy carte grise, szarą kartę, czyli po prostu dowód rejestracyjny pojazdu. Rzeczywiście jest szara i jest jedynym dokumentem, jaki właściciel auta posiada (plus oczywiście obowiązkowe ubezpieczenie wkładane do przezroczystej kieszonki przylepionej na przedniej szybie, dla odmiany pogodnie zielone). Wszystkie inne umowy kupna-sprzedaży oddaje się na prefekturze przy okazji rejestracji pojazdu, co wzbudziło u mnie poważny dyskomfort, ale stanowczo uparli się przy tym. Za to tablice rejestracyjne człowiek wyrabia sobie na własną rękę, a ze starymi może sobie zrobić co mu się żywnie podoba, przeciwnie niż w Polsce, gdzie należało je przy rejestracji oddać urzędowi (być może obecnie się to zmieniło), i do dziś żywo pamiętam, jak się swego czasu wybrudziłam przy własnoręcznym zdejmowaniu tych tablic. Celem wyrobienia carte grise należy odczekać w kolejce na prefekturze czasem i dwie godziny, ale potem przychodzi ona poleconym w ciągu 40 godzin.

I w końcu carte bleue, niebieska, bez której funkcjonować się nie da, a która jest po prostu kartą płatniczą i bynajmniej nie musi być niebieska. Ta, którą ostatnio otrzymałam (przemycam w ten sposób informację, że moje nowe konto już jest aktywne i wróciłam do świata ludzi posiadających środki płatnicze), jest dość zdecydowanie złota, ale nosi na sobie na wszelki wypadek napis „carte bleue” wbrew oczywistości. Trzeba się urodzić Francuzem, aby od tego nie oszaleć.

„Geografia szczęścia”

Amerykański dziennikarz rusza w podróż po świecie, by zbadać, dlaczego mieszkańcy niektórych krajów są szczęśliwi, a innych nie, i aby dociec natury szczęścia. Obawiam się, że po tym pierwszym streszczającym zdaniu zamkną Państwo z obrzydzeniem mój blog nie czytając dalej tej notki, ale zapewniam, że „Geografia szczęścia” nie jest wcale tym, czego można by się spodziewać. Eric Weiner doskonale z góry wie, że szczęścia nie da się zdefiniować, oraz z natury jest melancholikiem świetnie wyposażonym w poczucie humoru raczej brytyjskie. Czyta się to znakomicie, mimo że nie odwiedził Polski ani Francji – mamy za to relacje z Bhutanu, Kataru oraz Mołdawii. Weiner pisze o krajach i ich mieszkańcach, o ich podejściu do kwestii bycia szczęśliwym – i okazuje się, że sposobów na szczęście jest co najmniej tyle, ilu ludzi na Ziemi. Pisze zabawnie, niegłupio i wciągająco. Oddam autorowi głos cytując kawałek z Epilogu: „Ja nie jestem filozofem, oto zatem moje wnioski: Pieniądze przydają sie, ale mniej niż sądzimy i nie tak, jak sądzimy. Rodzina jest ważna. Podobnie jak przyjaciele. Zazdrość jest toksyczna. Tak jak i nadmiar myślenia. Plaża pozostaje opcjonalna. Zaufanie – obowiązkowe. Identycznie jak wdzięczność.

To samo

Wiem, że to już robi się nudne, ale muszę, po prostu muszę jeszcze ten raz. Wczoraj się okazało, że nadal nie mam do odbioru karty do nowego konta, bo ciągle nie jest aktywne. Po bagatela trzech tygodniach, nieprawdaż. Zirytowana wysmażyłam maila, w którym stało, że ja rozumiem konieczność oczekiwania i sprawdzania kim jestem, ale chciałabym wiedzieć po pierwsze co właściwie jest sprawdzane, a po drugie ile jeszcze. Na koniec dodałam cios poniżej pasa, i nie wstydzę się tego, bo to co prawda jest paskudne, ale zawsze skuteczne: „czy dlatego mnie tak traktujecie że jestem cudzoziemką?”. Oni tu wprawdzie cudzoziemców nie lubią, ale jednocześnie strasznie się boją, że ktoś mógłby się o tym dowiedzieć. Nie minęła godzina i kwadrans, a już dzwonił dyrektor nawet nie oddziału tylko jeszcze wyżej, przepraszając kwieciście i w sposób bardzo oględny wyrażając myśl następującą; zgubiliśmy pani papiery, i czy w związku z tym mogłaby pani się jeszcze raz udać do oddziału i złożyć 17 podpisów na różnych kartkach? Byłam uprzejma, bo zawsze jestem uprzejma w takich przypadkach, do oddziału się udałam i podpisy złożyłam. Rozważyłam wprawdzie możliwość obrażenia się na nich i otworzenia konta gdzie indziej, ale nie chce mi się.