Ja chyba jestem piratem?

Postanowiłam gruntownie przemyśleć swoje zachowanie na drodze. Pchnął mnie do tego smród palonej gumy, jaki dziś poczułam z własnych opon, gdy bardzo gwałtownie musiałam zatrzymać się za citroenem, który stanął tylko dlatego, że zielone akurat zmieniło się w żółte. Ja zaś byłam absolutnie pewna, że przejedzie jeszcze on oraz ja, i nie zachwiał tą pewnością nawet ten drobny fakt, że zamierzaliśmy skręcać w lewo. Wstyd mi, i podjęłam stanowcze postanowienie poprawy, w ramach którego przepuściłam dzisiaj uprzejmie już dwóch pieszych na pasach.

Banki zawsze górą

Powiadam Państwu słowa mądrości: kiedy już postanowicie się wzorować na spt i nie roztrząsać decyzji przed ich podjęciem, tylko podejmować je szybko i bez zbędnego namysłu, to nie decydujcie się jednak na zamknięcie konta bankowego przed wybraniem z niego pieniędzy. Ponieważ oczywiście, że bank wykorzysta tę lukę i zablokuje wam kartę, zanim raczy przelać kasę na wasze nowe konto, i że zostaniecie w ten sposób bez środków do życia na następne… jeszcze nie wiem ile dni, proszę trzymać kciuki za szybkie załatwienie sprawy. A następnym razem to ja się jednak zastanowię przed działaniem. Nie każdemu do twarzy z impulsywnością.

Dziura na dziurze

Odnotować muszę, że po tej strasznej zimie, którą tu mieliśmy w tym roku, i w porywach nadal mamy – nie dalej jak tego ranka jechałam do pracy dwie godziny, ponieważ prószy śnieżek – otóż po tej strasznej zimie, w porywach do -7 w nocy, zrobiły nam się straszliwe dziury w jezdniach. Wcale nie lepsze niż ongiś we Wrocławiu, i trzeba znać ich topografię, aby umiejętnie omijać. A odnotowuję to skrzętnie, ponieważ kiedyś przeczytałam, że w Polsce używa się gorszego asfaltu i dlatego robią się dziury po zimie, tymczasem na Zachodzie asfalt jest lepszy i dziur tam nie ma. Źródło było poważne, więc uwierzyłam na słowo, a jednak nie. Przynajmniej w mojej części Zachodu asfalt jest wyraźnie taki sam i wystarczy mu trochę mrozku, żeby popękał dramatycznie. Dla porządku muszę też jednak dodać, że jechałam tydzień temu A14 i ona była gładka jak stół, co trochę mnie zmartwiło, gdy porównałam z wiecznie remontowanym odcinkiem A4 Katowice-Kraków. Ale może to tylko kwestia nabycia wprawy w budowaniu autostrad.

Kawałek blaszanego bębenka

Ilekroć stawałem lub zgoła przykucałem u stóp wieży Eiffla, ale bez Roswity, samotnie, pod śmiało wygiętym początkiem metalowej konstrukcji, owo sklepienie umożliwiające wprawdzie widok, ale jednak zamknięte, stawało się dla mnie osłaniającą wszsytko kopułą mojej babki Anny: siedząc pod wieżą Eiffla siedziałem pod jej czterema spódnicami. Pole Marsowe zamieniało mi się w kaszubskie kartofliska, paryski październikowy deszcz spadał ukośnie i niestrudzenie między Bysewem a Rębiechowem, cały Paryż, łącznie z metrem, zalatywał w takie dni lekko zjełczałym masłem (…)”
„Blaszany bębenek”

Przepadło. Już nigdy nie przejdę pod wieżą Eiffla bez myśli o tym kawałku….

Łańcuszek o książkach

Wezmę sobie dobrowolnie łańcuszek od Stardust, bo wyjątkowo pasują mi pytania.

1. Książka, która zapadła w Ciebie w dzieciństwie: czym i dlaczego?
„Winnetou” Karola Maya. Nie mam pojęcia dlaczego, miałam 6 lat. Była egzotyczna i romantyczna. Zaczytywałam się wszelkimi baśniami, w tym Andersenem. Poza tym Nienacki o Panu Samochodziku, Niziurski, Mariana Brandysa „Śladami Stasia i Nel”, oczywiście „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Mała księżniczka” i „Dzieci z Bullerbyn”, „Mary Poppins”, Broszkiewicz, „Księga dżungli” (to tam znalazłam słowo „zgruchotać”, które potem mi się koszmarnie śniło i ten sen pamiętam do dziś), „Łowcy wilków” Curwooda, „Hobbit” Tolkiena w wieku lat 9 – „Władcę pierścieni” przeczytałam dopiero mając 12, wtedy też zabrałam się za Lema. Wszystko czytane po kilka(naście) razy i pamiętane do dziś. Do „Alicji w krainie czarów” żywiłam natomiast mieszane uczucia. Pamiętam też „Anielkę”, która była lekturą, ale to nie jest szczególnie miłe wspomnienie.

2. Do czego wracasz, kiedy tego potrzebujesz? Dlaczego?
Te, które czytałam już kilka(naście) razy i jeszcze na pewno przeczytam, to: „Sto lat samotności”, zwłaszcza wczesną wiosną. „Paragraf 22”. Wiersze Herberta. Lem, zwłaszcza „Powrót z gwiazd”, który fragmentami znam na pamięć. „Mistrz i Małgorzata”, „Hamlet”, dramaty Becketta i „Znaczy kapitan”. „Zima naszej goryczy” Steinbecka. „Lesio”, „Lolita” w tłumaczeniu Stillera (odwodnik, przepraszam). „Gateway” Pohla (ikar, i jak weszło?). „Tablica z Macondo” Barańczaka. Aktualnie czytam ponownie po wielu latach „Blaszany bębenek”.
Poza tym jest jeszcze bardzo obszerna kategoria „te, które czytałam raz czy dwa, ale jeszcze do nich na pewno kiedyś wrócę”.
Dlaczego? Bo są piękne i tak napisane, że nie mogą się znudzić chyba nigdy.

3. Książka, która kojarzy Ci się z Twoim życiem?
„Powrót z gwiazd” – za odnajdywanie siebie w obcym świecie.

Bankowo

Mój całkiem świeżo nabyty doradca bankowy w całkiem nowym banku kończył mi właśnie objaśniać zawiłości w tym momencie otwieranego konta.
– I ma pani limit …€ w ciągu miesiąca na zakupy robione kartą kredytową – dodał.
– A miesiąc to jest od 1 do 31, czy może 30 kolejnych dni? – uściśliłam pytająco, i zobaczyłam jak tamtemu całkiem dosłownie opada szczęka.
– Jest pani pierwszą osobą – oznajmił uroczyście – która mi zadała to pytanie, zanim zdążyłem sam to wyjaśnić…
Aha. Zastanawiam się, czy nie dałoby się tu otworzyć banku. To zdaje się może być niezły biznes.

Wpływ przypadku na nasze życie

W dniu swoich urodzin w samolocie linii Wizzair (zaskakująco przyzwoita linia, oraz okazało się że małe lotniska są czymś, co jestem w stanie znieść. Chociaż na lot powrotny oczywiście dostał mi się samolot z nierozkładającymi się siedzeniami, a naiwnie myślałam, że jeszcze się zdrzemnę o tej 6 rano) doszłam do wniosku, że największy wpływ na moje obecne życie miał nieświadomie znajomy, o którym w ogóle nie wiem, czy jeszcze tu zagląda. W każdym razie to przez niego zaczęłam w ogóle pisać bloga (on wtedy pisał jako Dzikie Wino), przez niego również dostałam pierwszą pracę we Francji i zdecydowałam się na wyjazd. Gdyby nie on, kto wie gdzie bym dziś była, choć oczywiście istnieje też teoria mówiąca, że i tak by do tego doszło w taki czy inny sposób. Nie jestem pewna, w którą wolę wierzyć, i czy w ogóle muszę wybierać.

Szczęściarą jestem

Nie pierwszy już raz stwierdzam, że mam jakieś niezasłużone szczęście do ludzi, ale tym razem to był szczyt szczytów. Widziałam kawałek Gdańska, który już zawsze będzie mi się chyba kojarzył ze zwałami śniegu i przepiękną zimą, a Długi Targ z niejasnych przyczyn przypomina mi Pragę (czeską). Zakochałam się trochę w czerwonoceglanej Hali Targowej, Dworcu Głównym (do tej pory myślałam, że wrocławski jest najpiękniejszy w Polsce, na szczęście są różne) i Ratuszu Starego Miasta, który ma absurdalną wieżyczkę wyglądającą jak doklejona do reszty, tymczasem to w całości szesnastowieczny manieryzm niderlandzki.

Pierwszy raz w życiu byłam w zimie na plaży skrzętnie przykrytej śniegiem i lodem. I pierwszy raz od dobrych kilkunastu lat bezczelnie zażądałam dolewki zupy, a konkretnie to krupniku. Miłosiernie nie będę ciągnąć tematu jedzenia, napomknę tylko, że świeże smażone śledzie to jest niebo w gębie (i wcale nie smakują jak śledź), a nalewka z pigwy będzie mi się już do końca życia śniła po nocach. Pasta makrelowa na razie nie będzie, bo mam jej zapas w walizce. Miałam piękne, cudowne, niespodziankowe i niezapomniane urodziny. Z tortem i świeczkami. I mam „Blaszany bębenek”, o. Kto mi zazdrości?