Bank, a co

Powiadam, wcale nie wiecie, jakie macie szczęście, że żyjecie w Polsce, lub w innym kraju, gdzie już pojęli ideę przelewów pieniężnych z konta na konto. Uprzejmie listownie poprosiłam bank mój poprzedni, z którym się w bólach rozstaję i może jeszcze w tym tysiącleciu rozstać mi się uda, aby wykonał przelew zgromadzonych na mym koncie funduszy na moje nowe konto, którego numer skrzętnie podałam. Jakiś czas żyłam w przekonaniu, że dobrze już, zwykły użytkownik bankowy nie może takich zaawansowanych operacji jak przelew swawolnie sobie wykonywać sam – ale bank poproszony o to pisemnie z podpisem i namiarami będzie potrafił pieniądze przelać. Zwłaszcza, że nie wymaga to żadnych działań międzynarodowych ani przeliczania walut, pozostajemy bowiem w obrębie Francji. Otóż nie. Ostatnio otrzymałam również listownie dwa czeki, które ewentualnie mogę iść sobie sama zrealizować. Rozumiem, że to kara za bezczelność, jaką wykazałam postanawiając zamknąć to konto. Na dołączonym do czeków liściku powinno być wyraźnie napisane: Nie będziemy ci niczego przelewać, zła kobieto. Bierz czeki w rączkę, zasuwaj sobie sama do swojej agencji, wypełniaj papierki i ciesz się, że w ogóle łaskawie oddaliśmy ci kasę. Na przelew nie zasłużyłaś.

Lubiewo

Wyciągnęłam Szeherezadzie z półki „Lubiewo”, które skrzętnie pominęłam – właściwie nie wiem czemu. Uznałam chyba à priori, że to nie dla mnie. Miałam tylko rzucić okiem na prozę, ale przepadło, wciągnęłam całe, i zamierzam jeszcze po Witkowskiego sięgnąć, nawet przewidując, że nieustannie pisać będzie o tym samym. Zachwyca mnie chyba najbardziej, że jemu się jakoś udaje ładnie opowiadać o rzeczach nierzadko smutnych i brudnawych. To nie jest książka o poprawnych politycznie gejach, to jest rzecz o pedałach i ciotach (co sam autor podkreśla, gdzieś tam pada zdanie „teraz już nie ma pedałów, tylko geje”). I to książka zabawna, nostalgiczna, ładna i ludzka. Odkryła przede mną świat przemilczany; nie jestem zresztą pewna, czy rzeczywisty, czy może jednak przynajmniej częściowo zmyślony, ale to nieistotne. Do tego klimatu dokłada się specyficzna forma tej książki – ni to powieść, ni to zbiór opowiadanek połączonych osobami bohaterów, ni to reportaż – pozornie chaotyczna, a w gruncie rzeczy jednak przemyślana.

Przyjmują emigrantów na Marsie?

Zasadniczo mają tu dość fajny system opieki zdrowotnej. Zarządza tym Sécurité Sociale, dla bliskich znajomych Sécu. Po wciągnięciu człowieka do systemu dostaje on numer, który potem musi znać i na rozmaitych papierkach podawać, coś jak nasz PESEL. Na początku jest cyfra 1 dla panów i 2 dla pań, co uważam za bezczelną dyskryminację, ale już trudno (oczywiście wiedzą Państwo, że przedostatnia cyfra polskiego PESELu jest parzysta dla pań i nieparzysta dla panów?). Doceniam za to możliwości, jakie ten system daje, gdyby kiedyś liczba płci miała się niespodziewanie zwiększyć do 9. W końcu nigdy nic nie wiadomo. Razem z numerem dostaje się Carte Vitale, zieloną kartę chipową, którą należy nosić przy sobie i wręczać lekarzowi, u którego się akurat jest z wizytą, oraz aptekarzowi przy nabywaniu leków. Jeżeli lekarz ma specjalny czytnik tych kart, to go używa do zarejestrowania wizyty w systemie i człowiek nie musi już nic robić, tylko płaci za wizytę, a po pewnym czasie automatycznie dostaje zwrot kasy od Sécu. Jeśli lekarz nie jest wyposażony w najnowsze technologie, to wydaje człowiekowi feuille de soins, czyli formularz A4, który należy uzupełnić o swoj numer Sécu i im odesłać.

I ten oto system właśnie mnie bardzo zdenerwował, bo usunął sobie sam moje dziecko z mojej Carte Vitale, dzięki czemu otrzymałam ostatnio wezwanie ze szpitala do zaplaty 60€ za badanie – chyba że wyślę zaświadczenie, że dziecko było ubezpieczone, bo ich zdaniem nie było. Zaświadczenia oczywiście nie udało mi się uzyskać, bo dziecko nie jest przypisane do mojej karty, i musiałam ponownie zanieść do Sécu jego akt urodzenia, żeby łaskawie je wydali. Wyjaśnienia kto i dlaczego skreślił mi potomka z danych, nie uzyskałam. Dodam do tego informację, że nadal nie mam aktywnego konta w żadnym banku, bo nowy je aktywuje od ponad dwóch tygodni i aktywować nie może, chociaż łączę się przez internet i widzę, że na tym nieaktywnym koncie spokojnie leży sobie moja pensja, której oczywiście uszczknąć nie mogę. Poważnie rozważam jakąś emigrację.

Ja chyba jestem piratem?

Postanowiłam gruntownie przemyśleć swoje zachowanie na drodze. Pchnął mnie do tego smród palonej gumy, jaki dziś poczułam z własnych opon, gdy bardzo gwałtownie musiałam zatrzymać się za citroenem, który stanął tylko dlatego, że zielone akurat zmieniło się w żółte. Ja zaś byłam absolutnie pewna, że przejedzie jeszcze on oraz ja, i nie zachwiał tą pewnością nawet ten drobny fakt, że zamierzaliśmy skręcać w lewo. Wstyd mi, i podjęłam stanowcze postanowienie poprawy, w ramach którego przepuściłam dzisiaj uprzejmie już dwóch pieszych na pasach.

Banki zawsze górą

Powiadam Państwu słowa mądrości: kiedy już postanowicie się wzorować na spt i nie roztrząsać decyzji przed ich podjęciem, tylko podejmować je szybko i bez zbędnego namysłu, to nie decydujcie się jednak na zamknięcie konta bankowego przed wybraniem z niego pieniędzy. Ponieważ oczywiście, że bank wykorzysta tę lukę i zablokuje wam kartę, zanim raczy przelać kasę na wasze nowe konto, i że zostaniecie w ten sposób bez środków do życia na następne… jeszcze nie wiem ile dni, proszę trzymać kciuki za szybkie załatwienie sprawy. A następnym razem to ja się jednak zastanowię przed działaniem. Nie każdemu do twarzy z impulsywnością.

Dziura na dziurze

Odnotować muszę, że po tej strasznej zimie, którą tu mieliśmy w tym roku, i w porywach nadal mamy – nie dalej jak tego ranka jechałam do pracy dwie godziny, ponieważ prószy śnieżek – otóż po tej strasznej zimie, w porywach do -7 w nocy, zrobiły nam się straszliwe dziury w jezdniach. Wcale nie lepsze niż ongiś we Wrocławiu, i trzeba znać ich topografię, aby umiejętnie omijać. A odnotowuję to skrzętnie, ponieważ kiedyś przeczytałam, że w Polsce używa się gorszego asfaltu i dlatego robią się dziury po zimie, tymczasem na Zachodzie asfalt jest lepszy i dziur tam nie ma. Źródło było poważne, więc uwierzyłam na słowo, a jednak nie. Przynajmniej w mojej części Zachodu asfalt jest wyraźnie taki sam i wystarczy mu trochę mrozku, żeby popękał dramatycznie. Dla porządku muszę też jednak dodać, że jechałam tydzień temu A14 i ona była gładka jak stół, co trochę mnie zmartwiło, gdy porównałam z wiecznie remontowanym odcinkiem A4 Katowice-Kraków. Ale może to tylko kwestia nabycia wprawy w budowaniu autostrad.

Kawałek blaszanego bębenka

Ilekroć stawałem lub zgoła przykucałem u stóp wieży Eiffla, ale bez Roswity, samotnie, pod śmiało wygiętym początkiem metalowej konstrukcji, owo sklepienie umożliwiające wprawdzie widok, ale jednak zamknięte, stawało się dla mnie osłaniającą wszsytko kopułą mojej babki Anny: siedząc pod wieżą Eiffla siedziałem pod jej czterema spódnicami. Pole Marsowe zamieniało mi się w kaszubskie kartofliska, paryski październikowy deszcz spadał ukośnie i niestrudzenie między Bysewem a Rębiechowem, cały Paryż, łącznie z metrem, zalatywał w takie dni lekko zjełczałym masłem (…)”
„Blaszany bębenek”

Przepadło. Już nigdy nie przejdę pod wieżą Eiffla bez myśli o tym kawałku….