Shades of Grey

Sądzili Państwo, że w wieku XXI nie da się już napisać antyutopii, która czytałaby się jednym tchem? Bo ja tak. Otóż źle sądziłam. Przypomnę zawczasu, że uwielbiam namiętnie Ffordową Thursday Next (dwie pierwsze z cyklu wyszły po polsku, kolejne niestety już nie), więc na „Shades of Grey” zareagowałam oczywiście… strachem, że to nie będzie tak dobre. Tymczasem jest: doskonale odmienne od Thursday i jednocześnie ma cały ten humor i pomysłowość Fforde’a, które uwielbiam. W „Shades of Grey” oglądamy świat oczami dziewiętnastolatka, Edwarda Russetta, który widzi czerwień, ponieważ ludzie stali się częściowymi daltonistami: widzą tylko jeden z sześciu kolorów (trzech podstawowych bądź trzech pochodnych). Lub żadnego, ci zwani są Szarymi i są przepracowaną siłą roboczą tego świata, pozostali zaś ściśle zhierarchizowaną arystokracją. Edward Russett jest dobrym obywatelem, entuzjastycznym młodym człowiekiem, którego kariera rysuje się w świetlanych barwach: zostać ma wkrótce Czerwonym Prefektem i poślubić fabrykę sznura. Chyba, że na swojej drodze spotka pewną impertynecką Szarą dziewczynę z uroczym zadartym nosem, i zacznie odkrywać prawdę o swoim świecie. Fforde wsadza tu taką masę przezabawnych, świeżych, kolorowych, złośliwych pomysłów, że dech zapiera. A przy tym spokojnie można sobie postawić tę książkę na półce obok „Roku 1984”. Raz jeszcze dobitnie uzmysławia, że na bolesne niepowodzenie skazane są próby ujmowania świata w najbardziej nawet precyzyjne i wyczerpujące Reguły – tu stworzone przez niejakiego Munsella, który wyszczególnił nawet, jakie artykuły można produkować, nie uwzględniając w tym jednak łyżek – te stały się zatem dobrem na wagę złota. Niektórzy nieśmiało przypuszczają, że była to jedynie drobna pomyłka, ale przecież wiadomo, że Munsell był Nieomylny, zatem łyżek jednak wytwarzać nie wolno. Nie wiem zupełnie, jak wytrwam do kolejnej części, ale jest to aktualnie moim raison d’être.

Ménagerie

Pani koleżanka Zupa, celem przekazania mi książek, którymi ją nieopatrznie ostatnio obarczyłam, ściągnęła mnie w sobotę do Jardin des Plantes, Ogrodu Botanicznego, gdzie jest również małe zoo (ménagerie, wyjątkowo mnie bawi to słowo). Był to pomysł przedni, ponieważ okazało się, że moje dziecko jest zafascynowane strusiami nandu, i dla tego odkrycia warto było nawet znieść widok bardzo smutnego orangutana, który siedział skulony, wczepiony w kratę niemal ludzką, skórzastą łapą, i od czasu do czasu rzucał oglądającym go ludziom straszliwie depresyjne spojrzenia. Mam nadzieję, że miał tylko zły dzień, w końcu orangutan też człowiek. A zupotomek znany również jako Kudłaty jest najgrzeczniejszym dzieckiem świata. Myślałam kiedyś, że ten tytuł należy się mojemu, ale jeszcze nie widziałam pięciomiesięcznego dziecka, które z całkowitym spokojem bez jednego stęknięcia przyjęłoby fakt, że rodzice włóczą go godzinami po zimnie celem oglądania goryli i jeżozwierzy (odkryłyśmy z Zupą, że francuska nazwa tego stworzenia Porc-épic jest niemal równie urocza co polska) .

Do Jardin des Plantes dojechałam oczywiście Thelmą, i moim jedynym zmartwieniem było miejsce do zaparkowania, które znalazłam już po niespełna dwukrotnym okrążeniu obiektu. Zupełnie nie przewidywałam, że wyjechanie z Paryża w sobotę wieczorem okaże się niemożliwe. Trzy razy zmieniałam trasę wyjazdu, pierwszą bowiem zastawiła w poprzek policja z sobie tylko znanych powodów, a druga była zakorkowana kompletnie. W końcu znalazłam się w niewiarygodnym korku na Place d’Italie, i kiedy piszę niewiarygodny nie ma w tym ani pół litery przesady – korek nie poruszał się W OGÓLE. Ja zaś po kwadransie stania na drugim od lewej (z pięciu) pasie zorientowałam się nagle, że powinnam być na pasie skrajnie prawym i już wyjeżdżać w prawo. Nie zauważyłam tego wcześniej, bo z brzegu stała laweta zasłaniając widok, a ja byłam skupiona na przesuwaniu się po milimetrze w korku. Dość beznadziejnie włączyłam kierunkowskaz, ale było jasne, że nie mam co marzyć o przejechaniu trzech pasów praktycznie w poprzek. Wyszłam z auta, podeszłam do niebieskiego seata po mojej prawej, i zastukałam do kierowcy. Młody elegant w białej koszuli machnął na mnie niecierpliwie ręką, że przecież widzę, że korek. Zastukałam ponownie. Facet opuścił szybę.
– Przepraszam, czy byłby pan łaskaw mnie przepuścić, bo ja chcę jechać TAM – machnęłam ręką w prawo. Spodziewałam się reakcji typu „no chyba pani zwariowała” albo „trzeba było wcześniej o tym myśleć”, która to reakcja byłaby w pełni usprawiedliwiona. Facet tymczasem rzekł „dobra”. Po chwili cofnął nieco swoje auto i machnął mi, żebym jechała. Błogosławię wybór auta, bo gdyby było ze dwa milimetry dłuższe, nie zmieściłabym się nijak. Daruję sobie opisywanie, jak przejechałam w poprzek kolejny pas i jak się wepchnęłam na mój prawy, na którym z kolei jechali i oczywiście nie chcieli mnie wpuścić, ale jakoś dałam radę. Morał z tej historii jest taki, żeby nigdy z góry nie zakładać, że coś się nie uda, nawet jeśli wygląda beznadziejnie, oraz żeby pozwalać ludziom spełniać dobre uczynki.

29

lat z górką (po francusku mówi się „et des brouettes”, czyli dosłownie z taczkami) – to podobno jest średni wiek, w jakim obecnie kobiety decydują się na pierwsze dziecko. Wyłącznie jednak na prowincji francuskiej, bo w Paryżu jest to lat 30 i 3 miesiące. Tendencja oczywiście widoczna od dłuższego czasu, ale przekroczenie magicznej granicy 30 lat jednak mnie trochę zszokowało. W Polsce zapewne średnia jest nieco niższa. Na jednym tchu po tym newsie radio poranne podało również, że 29 lat to wiek aktualnej najmłodszej babci świata – Włoszki, która córkę urodziła mając lat 14, a ta poszła w jej ślady i właśnie swej matce zafundowała wnuczkę. Przelotne zainteresowanie tematem kazało mi wyguglać, że najmłodszą babcią wszech czasów była 17-letnia Nigeryjka, a w Wielkiej Brytanii rekordem jest 26 lat.

Cztery lata

Całkowity przypadek, lub krzywonosy bóg Los, wymyślił sobie tak, że dokładnie – i mam na myśli dokładnie, co do godziny i minuty – cztery lata po moim pierwszym odlocie z lotniska w Pyrzowicach w kierunku Paryża znowu polecę linią Air France w stronę przeciwną. Wprawdzie z biletem powrotnym w kieszeni, ale wtedy też go miałam. Wtedy miałam walizkę ważącą 23 kg i bagaż podręczny ważący 12, teraz będę miała walizkę ważącą pod kilogramów 30, bagaż podręczny, którego nie zważą, i syna. Wtedy był poniedziałek, teraz będzie sobota. Nic się nie zmienia, zmieniło się wszystko. Gdyby tak cztery lata temu ktoś mi powiedział, jak będzie wyglądać moje życie ledwie 48 miesięcy później, sądzicie, że uwierzyłabym?

Marzycielka z Ostendy; Świat finansjery

Już tak mam, że książki odnajdują mnie same. Jestem na przykład z wizytą u kogoś i na regale (owszem, grzebię ludziom w książkach, które mają w domu, i nie wstydzę się tego) odkrywam coś, co od dawna chciałam przeczytać. Pozostaje tylko przekonać właściciela, że ja muszę jego książkę teraz właśnie przeczytać, ale to też jakoś mi się udaje. Czasem bywa fajniej: na przykład na pchlim targu, gdzie sprzedają wszystko, nagle z nieciekawie wyglądającego kosza upchniętego wstydliwie w kąt wyskakuje na mnie coś, co bardzo chciałam mieć i co niewątpliwie właśnie na mnie tam czekało. Ale tym razem książka przyszła do mnie na nogach mojej koleżanki z pracy, która parę dni temu po prostu rzuciła mi ją na biurko mówiąc zwięźle
– Masz, pożyczam ci – i nawet mnie to nie zdziwiło, chociaż właściwie nigdy nie gadałyśmy o literaturze i nie wiem skąd mogła wiedzieć, że chciałabym przeczytać cokolwiek niezwiązanego z pracą zawodową, a szczególnie „La reveuse d’Ostende” Erica-Emmanuela Schmitta, którego do tej pory czytałam wyłącznie „Oskara i panią Różę” i miałam wrażenie, że to taki drugi Coelho, tylko jeszcze bardziej duszoszczypatielnyj. Te opowiadania jednak dają się czytać, chociaż są przegadane, dziwnie staroświeckie (de Maupassant mi przyszedł na myśl), i straszliwie przewidywalne. Ale miło, klasycznie napisane, więc przypuszczam, że koleżanki celem było zapoznanie mnie z elegancką francuszczyzną i wytworną składnią.

A potem wyciągnęłam „Świat finansjery„, który na mnie spokojnie czekał już ładne parę miesięcy, ponieważ niektórzy rzucają palenie, a ja testowałam, czy dam radę się powstrzymać dłużej niż tydzień przed przeczytaniem nowego Pratchetta. Siłę woli sobie udowodniłam, zaś w nagrodę był Vetinari, mój idol. Zadziwiające, że po tylu częściach Pratchett nadal trzyma poziom, choć oczywiście tutaj porównania z „Piekłem pocztowym” są nieuniknione, bo łączy je osoba głównego bohatera. Martwi mnie tylko, że wiele nowego to on już nie napisze,a przeczytałabym jeszcze o wiedźmach (oraz Marchewie i Vimesie, oczywiście). Cóż, zawsze mogę czytać wszystko od początku w oryginale, na jakiś czas mi starczy.

„Małe, duże”

Małe,
duże
” Crowleya to jest absolutnie przepiękna książka, która istotnie jest raczej w duchu Lewisa Carrolla niż czegokolwiek
wpadającego w gatunek science-fiction, i faktycznie wyjątkowo pasuje
do niej termin „realizm magiczny”. Jestem jej fanką od wielu lat. Teraz
więc zachłannie rzuciłam się na jego podobno dzieło życia, czyli „Samotnie
– pierwszy tom cyklu „Aegipt”, i uczucia mam mieszane. Owszem, jest
oryginalna w ten sposób co „Małe, duże”, widać w niej charakterystyczny styl
autora, i z dużym prawdopodobieństwem nie byłoby bez tej powieści na
przykład „Amerykańskich bogów” Gaimana, ale w odbiorze jest znacznie
bardziej męcząca. Najbardziej mi się podobał… wstęp Sapkowskiego. Oraz
fragmenty książki o Giordanie Brunie, bo to jest w zasadzie powieść
szkatułkowa. Nie powinnam oceniać cyklu przed jego ukończeniem, a wiem,
że zabiorę się za kolejne tomy, ale wcale mi się do tego bardzo nie spieszy.
Możliwe, że jeszcze zmienię zdanie.

Zderzenie z dźwigiem

Ktoś z Państwa zderzył się kiedyś z dźwigiem? Bo ja tak, właśnie dziś rano. A raczej to dźwig ze mną, ale „zderzyłam się z dźwigiem” brzmi niemal tak dobrze jak „Boerst zderzył się z Księżycem”. Konsekwencje w tym wypadku były nieco mniej dramatyczne, mam stłuczone światło tylne prawe i nieco wgniecioną karoserię. Zdarzenie miało miejsce oczywiście w korku, spisaliśmy co trzeba, acz pan kierowca dźwigu usiłował przez chwilę mnie przekonać, że to zajmie za dużo czasu, ale nie dałam się. Nie każdy w końcu może się pochwalić potwierdzeniem na piśmie, że wjechał w niego dźwig. Trochę się tylko martwię, że może dźwigi niekoniecznie są odpowiednio ubezpieczone na okoliczność stłuczek drogowych, ale zobaczymy.