A jednak się palą

W błogim spokoju, niezmiennie uradowana otaczającą wiosną, wyjechałam z ronda na ostatnią prostą wiodącą ku domowi, podjechałam do świateł, na których się zatrzymałam, po czym mój mózg w końcu wyjaśnił mi, co widzimy: na kolejnym skrzyżowaniu, jakieś 500 metrów dalej, stał sobie bokiem do mnie duży czerwony samochód i płonął. Dość spektakularnie płonął: z maski buchały mu całkiem solidne płomienie, gdzieś tak na pół metra w górę. „To niemożliwe – o boże ja śnię, wcale się nie obudziłam dziś rano – o boże, mam halucynacje po tym antybiotyku, przecież wiedziałam że to jakieś straszne świństwo – chyba film kręcą – przecież w prawdziwym życiu samochody się nie palą, wszyscy to wszędzie piszą, że tylko na filmach, a tak naprawdę wcale nie, zawsze to podkreślają” – pomyślałam to wszystko naraz. Po czym siedziałam dalej w stuporze, zamierzałam bowiem pojechać w kierunku tego właśnie skrzyżowania, a w zaistniałych okolicznościach nie wydawało się to wcale dobrym pomysłem. Światła zmieniły się na zielone, mój mózg nagle wydał komendę „UCIEKAMY!”, skręciłam więc energicznie w prawo i pojechałam nie bardzo wiedząc gdzie. Straciwszy z oczu widok natychmiast uwierzyłam, że to była halucynacja, ale potem skręciłam w lewo i znowu w prawo, i w lusterku wstecznym zobaczyłam ten sam widok, znaczy samochód nadal stał i płonął. Zaczęłam myśleć jakoś bardziej logicznie „jakaś pomoc – ale jaka – a jak tam byli ludzie?! To albo już uciekli albo są cokolwiek usmażeni – to jaka pomoc? Gaśnicy nie mam, w tym kraju nie jest obowiązkowa, a gdyby nawet była, to i tak nie wiedziałabym jak jej użyć, poza tym się boję. A może jednak mi się to tylko wydaje?”. W tym momencie minęła mnie jadąca w przeciwną stronę straż pożarna na sygnale, więc wyraźnie mi się to nie wydawało.

Domosławski o Kapuścińskim

Mimo letniej aury uprzejma była zaatakować mnie angina, zdaniem mojej lekarki „piękna”, osiągająca 39 stopni gorączki nie do zbicia ibufenem, co mnie skutecznie wyłączyło na chwilę z życia. Zwalczywczy jej pierwszy atak siedzę w domu, spożywam antybiotyk, i oddaję się lekturze biografii Kapuścińskiego. Bardzo ciekawa książka o fascynującym człowieku, to z pewnością. Doceniam rzetelność Domosławskiego, podoba mi się, że szczerze dzieli się licznymi wątpliwościami z czytelnikiem, podoba mi się pewna chropowatość kompozycji. Nie uważam, żeby rzecz była obliczona przede wszystkim na tani sukces, co się jej zarzuca. Jest tam kilka świetnych fragmentów, na przykład żal, że Kapuściński uciekając przed swoją „komunistyczną” przeszłością nie napisał w „Imperium” tego, co mógł. Jest uczciwie powiedziane, że koloryzował bardzo dużo – i że nie na tym polega siła jego pisarstwa. To nie było lenistwo i zaniedbywanie wyjaśniania faktów, tylko odpowiedni ich dobór, żeby tworzyć literaturę. Są tacy, którzy tego nie usprawiedliwiają, ich prawo.

Mam do Domosławskiego jedną dużą pretensję. Nie umiem pojąć, po co był ten rozdzialik o Kapuścińskim vs kobiety. Musieliśmy koniecznie się dowiedzieć, że zdradzał żonę praktycznie na okrągło? Coś to wnosi do tematu? Bo ja nie wiem co. Jest to opisane dość ładnie, ale nie zmienia faktu, że zupełnie niepotrzebnie. I właściwie w jakim celu cytowana jest ta niewymieniana z nazwiska długoletnia kochanka, która mówi „gdyby Rysiek nie paplał, nigdy byś się o tym nie dowiedział”. Czy w takim razie ona, zachowująca do tej pory sekret, nie potrafiła odmówić Domosławskiemu, powiedzieć, że było minęło, nie warto o tym pisać? A sam autor nie zauważył, że ona naprawdę nie mówi o Kapuścińskim niczego ciekawego? Nie wierzę, że żona, mimo tego rzekomego „cichego przyzwolenia na miłość”, jakie im dawała, nie poczuje się zraniona. Można było sobie to darować.

Podziękowania dla nieznajomej Polki

Przemawiam moim szeleszczącym językiem do syna, któremu wcale się nie podobają przymusowe zakupy w Ikei.
– A pani to z Polski jest – twierdzącym tonem mówi przemiły, młody sprzedawca o ciemnej skórze.
– SKĄD pan wie?! – wykrzykuję ze szczerym zdumieniem, bo zazwyczaj mój szeleszczący język rozpoznawany jest tu jako rosyjski, a tego sprzedawcę posądzę prędzej o pochodzenie z Antyli, niż o polskiego przodka.
– Bo ja znam parę słów po polsku – wyjaśnia nieśmiało i bardzo możliwe, że się trochę rumieni – na przykład… „kochanie”…
– Ach – uśmiecham się serdecznie – polska dziewczyna!
– Tak… – przyznaje sprzedawca, i robi coś takiego, że płacę o 200 € mniej niż przewidywałam.

Jak kupić perfumy z powodu ich nazwy

W kwestii perfum nie mam łatwo. Jestem bardzo wrażliwa na zapachy i to zdaje się w nieco inny sposób niż przeciętny klient perfumerii, bo ogromna większość sprzedawanych w Sephorach i temu podobnych jest dla mnie za słodka. Poza tym z zapachami to śmieszna sprawa, one są lepsze niż magdalenki Prousta – zapadają w pamięć raz na zawsze, i potem nie ma siły, kojarzą się z czymś minionym. Trochę już na tym świecie żyję, doświadczenia zbieram, i te zapachy, które dla siebie ongiś znalazłam (na przykład „Poison” Diora albo niezapomniane „Sensations” Jil Sander), teraz mi się kojarzą. Nawet jeśli kojarzą się przyjemnie, to jednak jest to niechciana wycieczka w przeszłość, i tego lata stanęłam przed poważnym problemem pod tytułem „nie ma dla mnie nowych perfum na tym najlepszym z możliwych!”.

Nieoceniona pani Zupka, która się zna, wskazała niejakiego Serge Lutensa. Zajrzałam na stronę i zamarudziłam, że oni mnie w ogóle do butiku nie wpuszczą, strona bowiem jest snobistycznie minimalistyczna, a ja jestem wprawdzie minimalistyczna, ale zupełnie niesnobistycznie. Ale na stronie odkryłam jeden zapach, którego nazwa urzekła mnie tak, że zakrzyknęłam „ja muszę go powąchać!”. Co prawda w perfumach nie nazwa jest najistotniejsza, ale od czegoś trzeba zacząć, a ja jestem wrażliwa również na dobór słów, czyli przepadło.

Jak rzekłam, tak uczyniłam, kazałam sobie zapodać zapach na papierku. Już pierwsze psiknięcie wywołało uśmiech na mojej twarzy i natychmiast podsunęłam panience nadgarstek, po czym sobie poszłam oświadczywszy, że ja teraz się nad nim namyślę. Namyślałam się jakieś trzy godziny, obwąchując sobie nadgarstek i marudząc, że może jednak jest odrobinę za słodki (na co ta racjonalna część mego umyslu prychała „to może cytryną się posmaruj po prostu! Na pewno nie będzie za słodka!”), po czym zajęłam się czymś innym i chwilowo zapomniałam o testach. Godzinę później oświeciło mnie, że coś koło mnie pachnie absolutnie przecudownie. Zainteresowałam się tym bliżej – okazało się, że to mój własny nadgarstek, i następne pół godziny spędziłam w dość niewygodnej pozycji upajając się aromatem moich nowych perfum. Oczywiście kiedy następnego dnia wróciłam je nabyć, panienka najpierw stwierdziła „nie ma”. Nie przyjęłam tego jednak do wiadomości, i wygrzebała mi skądś ostatnią sztukę. Kolejny dowód, że to perfumy specjalnie dla mnie, acz wcale go nie potrzebuję.

A Państwo czym pachną?

Na przykład Jacek

Jacek ma tu niezłą pracę, oczywiście w budowlance, ostatnio nawet na biało, i kiedy niby przypadkiem dumnie zamachał czekiem z wypłatą, mogłam naocznie stwierdzić, że figuruje tam kwota wyraźnie większa niż tutejsza średnia. Jacek ma lat jakieś trzydzieści pięć i miał już żonę: za wesele zapłacił sam, bo „nikt mi nie będzie za moje wesele płacił”, ale żona wkrótce potem postanowiła zabawić się z innym panem. Jacek nie zastanawiał się długo i poprosił ją, żeby znikła z jego życia, co uczyniła. Jacek ma 18 akrów w południowo-wschodniej Polsce, z domem do rozbiórki, a za dwa miesiące będzie miał dziecko z dwudziestoletnią Karoliną. Jacek rozumie po francusku ile musi, wszystkie nazwy miejscowości przekręca, Karolina zaś nie rozumie nic, i jej ciążę prowadzi polski lekarz. Wynajmują kawalerkę pod Paryżem, w domu gdzie oprócz nich mieszkają wyłącznie Polacy i Portugalczycy, i mają tam polską telewizję.
– Szkoda tylko, że ślub przedtem wziąłem kościelny – mówi Jacek – ale ja to unieważnię, wiem że to się da zrobić…
– A potem wracamy do Polski – mówi Jacek, i kiedy ja głupio wyrażam automatyczne zdziwienie, jakbym sama świetnie nie wiedziała, że ten Zachód to nie żaden raj, dodaje stanowczo – nie, moje dziecko nie będzie tu chodziło do szkoły.

Wiosna pełna kwiatów

Niejedno tutejsze miasteczko przy tablicy ze swoją nazwą nosi etykietę „Ville Fleurie” („Ukwiecone miasto”), którą przyznaje się w specjalnym konkursie, istniejącym już od pół wieku. Przywykłam więc do rozmaitych klombów i klombików, co roku piękniejszych i o każdej porze roku innych, ale muszę przyznać, że tej wiosny przeszli tu sami siebie. Na widok paru poletek wspaniałych tulipanów dosłownie zaparło mi dech i o mało nie spowodowałam jakiejś stłuczki. W Warszawie to podobno śnieżna zima wspomogła obfity rozwój prześlicznych krokusów, które dane mi było podziwiać podczas ostatniego pobytu. Nie wiem co zadziałało tutaj, bo śniegu przecież było jednak relatywnie mało, ale wiosna jest oszałamiająca.

Bankowo, nie będę sobie żałować

Odnotowuję, że moje zamykanie konta w banku (za chwilę miną trzy miesiące od wysłania im mojej decyzji w tej sprawie) jest na etapie, w którym bank naliczył mi 93€ za zamknięcie konta, po czym oświadczył, że w związku z tym mam debet i mam im tę kasę oddać, bo jak nie, to konta nie zamkną. Byłoby wszystko pięknie, tyle że w taryfikatorze czarno na białym napisano, że zamknięcie konta jest gratuit, bezpłatne. Wystosowałam więc do nich pismo, w którym uprzejmie pytam, skąd wytrzasnęli kwotę 93€. Zdaję sobie sprawę z tego, że z pewnością dadzą radę ją uzasadnić przy pomocy jakichś małych literek, ale całkiem bez walki się nie poddam.

Nowy bank natomiast uparł się, że otworzy konto memu dzieciu, i jak przestałam się już przed tym bronić, to otworzył i sam z siebie wpłacił na nie 15€. Nie jest to wprawdzie kwota oszałamiająca, ale jest to pierwszy raz, kiedy ot tak dostałam od banku pieniądze. Dobrze, nie całkiem ja osobiście, ale zawsze.