Przemyślenia spod zjeżdżalni

Gdy stoję obok, dziecię moje za nic w świecie nie zjedzie samo ze zjeżdżalni: żąda podania mu ręki, a najlepiej dla pewności obu. Po milionie namów, zachęt i pochwał na wyrost w końcu rezygnuję i oddalam się nieco, by spocząć na ławeczce, dyskretnie jeno obserwując potomka. I co widzę? Ten sam młodzian, ktory jeszcze przed chwilą kategorycznie odmawiał wykonania zjazdu, teraz całkiem samodzielnie włazi na zjeżdżalnię, i zjeżdża, jakby to robił od urodzenia, po czym czynność ze swobodą powtarza. Kiwam głową, ubawiona własną głupotą, i myślę, że przecież ja zrobiłabym to samo: może nie na zjeżdżalni, ale już na przykład we własnym aucie staję się fatalnym kierowcą, jeśli tylko mam pasażera. Zaczynam się zastanawiać nad czynnościami wykonywanymi normalnie całkiem automatycznie. Gdzies w podświadomości tkwi niepokój – czy aby pasażer nie uważa, że jadę za wolno, za szybko, za agresywnie, za pasywnie, a w ogóle on by to na pewno zrobił całkiem inaczej. Ba: we własnej pracy, którą skądinąd bardzo lubię i poniekąd potrafię wykonywać, natychmiast przestaję być zdolna do zrobienia czegokolwiek, jeśli ktoś mi patrzy na ekran. Głupieję i palce mi odmawiają posłuszeństwa. Mam podstawy, żeby sądzić, że INNI mają podobnie, aczkolwiek być może nie wszyscy. A Państwo jak?

To nie jest reklama McDonald’s

Intrygującą reklamę McDonaldsa zapodała mi wczoraj tv, której zazwyczaj nie oglądam, więc nie wiem czy to nowa czy stara, ale mnie wpadła w oko pierwszy raz. Siedzi przy stoliku młody chłopak i rozmawia przez telefon – ewidentnie ze swoją sympatią, jak to się drzewiej zwykło określać.
– Tęsknię bardzo za tobą, oglądam nasze stare zdjęcie klasowe i wspominam, myślę o tobie, tak, ja ciebie też, pa… – i takie tam czułości.
Do stolika wraca jego ojciec z jedzeniem i mówi coś na temat tego właśnie klasowego zdjęcia, które leży na stoliku, a potem
– Szkoda, że w twojej klasie byli sami chłopcy, miałbyś powodzenie… – i tu zbliżenie na twarz chłopaka, który uśmiecha się jak Mona Liza. I slogan „venez comme vous êtes”  („Come as you are”, dosłownie „przyjdź taki jaki jesteś”). Coś mi mówi, że w polskiej tv ta reklama nie będzie rozpowszechniana, ale kto wie?

Łąka na Champs Elysées

Champs Elysées były łąką przed rokiem 1616, oraz w ostatni weekend (długi, bo z wolnym poniedziałkiem). Zamknięto je dla ruchu, wysypano bruk mnóstwem wiórów, i ustawiono donice z rozmaitą roślinnością. Pogoda była cudowna, i jedyne co przeszkadzało w kontemplacji natury, to dziki tłum ludzi, ale to urok mieszkania w wielkim mieście. Jeśli tylko jest tam jakaś atrakcja, to jest również milion ludzi na trzech hektarach. Ale wrażenie było dość zabawne: można było nagle chodzić po łące tam, gdzie ze dwa tygodnie wcześniej zwyczajnie jechało się autem. Dziwności sytuacji dodawały również funkcjonujące sygnalizatory.  Zdjęcia można obejrzeć tutaj; na tych robionych przeze mnie widać głównie ludzi, ludzi oraz ludzi.

O zębach

Szczupła blondynka o wyjątkowo odstających uszach, lat może ze cztery,
na górze zjeżdżalni z ogromną troską wypytuje niebieskookiego blondyna
(który, tak się składa, jest moim synem osobistym)
– A co tu masz? A co ci się stało? A boli cię to? Zrobiłeś sobie bobo? –
wskazując na jego podrapany parę dni wcześniej nos. Nieco zdeprymowana
brakiem odpowiedzi pyta w końcu
– A ty umiesz mówić? – na co uznaję, że pora się wtrącić, i uprzejmie
objaśniam, że istotnie tej sztuki jeszcze młodzian nie posiadł.
– A pokaż, masz zęby? – zwraca się więc dociekliwe blond dziewczę do
mego syna. – No przecież masz zęby do mówienia!

O markach

Nie patrzę nigdy na to, kto siedzi za kółkiem, nawet na płeć. Mam natomiast słabość (lub wręcz przeciwnie) do niektórych marek samochodów – głównie tych, które sama miałam, lub z którymi wiążą się jakieś miłe wspomnienia. Oczywiście to jest absurdalne kryterium, bo kierowca niekoniecznie jeździ akurat tym autem, które świadomie chciał mieć, ale nic na to nie poradzę, tak już mam. I tak fabie, które tu nie są zbyt liczne, zawsze mogą liczyć na to, że je przepuszczę, gdy nie mają pierwszeństwa. Nie lubię natomiast clio, bo dlaczegoś w większości wypadków, jeśli ktoś się zachowuje idiotycznie na drodze, to jedzie clio (wiem, czysty przypadek); oraz wszelkich wielkich bmw, to jeszcze złe skojarzenia z Polski, choć tutaj jeżdżą nimi całkiem normalni ludzie, i nieraz mi się zdarzyło, że taki właśnie uprzejmie wpuszczał z kolei mnie – za każdym razem przypłacam to strasznym szokiem i rozkojarzeniem na dobre 5 minut, może więc powinnam mieć na aucie jakąś tabliczkę „jeśli jedziesz bmw, to zachowuj się jak dres, bo inaczej burzysz mój obraz świata!”. A Państwo mają ulubione lub znienawidzone marki?

Najstarsze zdjęcie

Too-tiki mi kazała, a ja z natury posłuszna jestem. „Łańcuszek polega na odszukaniu najstarszego folderu ze zdjęciami na swoim kompie i
umieszczeniu dziesiątego w kolei zdjęcia na blogu wraz z opisem.
„. Moja pierwsza intuicja była, że najstarszy folder to kwiecień 2006, a zdjęcie będzie przedstawiało jakiś kawałek Paryża, i takie zdjęcie istotnie mam, ale to w tych uporządkowanych. Z ciekawości zabrałam się za grzebanie w nieuporządkowanych, i wkrótce trafiłam na folder „tatry03”, czyli Tatry z 2003 roku, gdzie dziesiąte z kolei wygląda tak



i boli mnie serce, gdy na nie patrzę. Kolejne zdjęcia na tym filmie robiłam z myślą o wystroju bloga, jeśli ktoś pamięta wystrój tatrzański, a drugie zdjęcie na obecnej stronie z komentarzami też pochodzi z tamtych czasów. Robione było jeszcze aparatem analogowym, który uległ zniszczeniu poprzez zamoknięcie na Czerwonych Wierchach rok później.

Szperając dalej natrafiłam na folder nazwany bardzo konsekwentnie „tatry2002”, lecz znajdujący się zgoła gdzie indziej. Dziesiąte zdjęcie w tymże nosi numer 09, numeracja zaczyna się bowiem od 00:



a przedstawia mnie, moją siostrę i mojego szwagra, który wtedy jeszcze nie był oficjalnie moim szwagrem, lecz już przyjęty został do rodziny. Ja zaś jeszcze byłam mężatką, czego na zdjęciu nie widać. Nazwałam sobie to zdjęcie „najstarsze”, ale ogarnęły mnie jednak wątpliwości i szperałam jeszcze przez chwilę, by triumfalnie odnaleźć folder „Szwajcaria”, w którym zdjęcia noszą datę z początku września 2001. Oto dziesiąte z nich nazwane 010



Wygląda tak interesująco, robiła je bowiem koleżanka Smieną, dzięki czemu żadne zdjęcie z tego folderu nie jest wyraźne, a niektóre mają kolorystykę sugerującą, że pochodzą z całkiem innej planety. Nie mogę sobie przypomnieć, czy ja wtedy nie miałam aparatu, czy zapomniałam go zabrać, czy też może nie zeskanowałam zdjęć po wywołaniu i zaginęły gdzieś wśród moich przeprowadzek.

B Ó B

Ludzie, nie uwierzycie.
Cud!
Kupiłam BÓB.
Prawdziwy, świeży BÓB.

Uparłam się w tym roku na zdobycie ukochanego warzywa tak, że od razu w
głowie mi się neon zaświecił na widok intrygujących dużych zielonych
strąków wystawionych na sprzedaż, chociaż nigdy jeszcze nie widziałam
bobu w tej postaci. Nadłamałam jeden paznokciem, i w środku istotnie
było to, co być powinno. Mimo emocji wąż w kieszeni był na miejscu i
pognałam do kasy pytać, ileż to moje szczęście kosztuje – nad strąkami
nie było ani nazwy ani ceny – ale nijak nie mogłam się dogadać z chińską
kasjerką. Nazwa, którą ja uważałam za właściwą w języku francuskim,
najwyraźniej nic jej nie mówiła, a odpowiednika chińskiego nie znam.
Pomyślałam w desperacji „a co mi tam, nawet jeśli z 10 € kosztuje, i tak
przecież muszę„, i poszłam napełnić strąkami foliowy woreczek.
Przy kasie okazało się że 2€ za kg, przy czym większość z tego kilograma
to strąki, a kiedy już zapłaciłam, chińska kasjerka objaśniła, że
sprzedają również łuskany, i pokazała woreczek całkiem jak w Polsce,
tylko malutki. Wkrótce zatem pierwszy raz w życiu wyłuskałam sobie bobu,
a następnie go zeżarłam z zachwytem. A wiedzieliście, że te strąki są w
środku wyściełane taką mięciutką warstwą jak gąbeczka?