Don Juan jako zombie

Chciałam tak naprawdę „Rien ne va plus” bo gdzieś mi wpadła w oko jakaś bardzo zachęcająca recenzja, ale nie ma nigdzie i już. Już nawet poszukałam francuskiego tłumaczenia, ale też nie ma. Jak dorosnę, to może zrozumiem, dlaczego nie wznawia się tych książek, które ja chciałabym akurat przeczytać, ale do tego jeszcze mi daleko. Uparłam się na Andrzeja Barta, więc zadowoliłam się, po średnio zachwycającym „Rewersie”, „Don Juanem raz jeszcze” – i też nie jestem zachwycona. To nie jest postmodernizm, to jest manieryzm i to bez postu: te wstawki odautorskie, które mają być zdaje się mruganiem oczkiem do widza, są tylko przyciężkawe. Treść jest oparta na prawdzie historycznej – jest rok 1506, królowa Kastylii obłąkana Joanna odmawia rozstania się z ciałem zmarłego małżonka Filipa i włóczy trupa ze sobą po całym kraju. U Barta na pomoc wezwany zostaje Don Juan, obecnie podstarzały mnich. Jest tam parę fajnych scen, ale mam wrażenie, że prawdziwa historia Joanny jest znacznie bardziej interesująca i wcale nie trzeba było jej Don Juanem ozdabiać. I teraz nie wiem, uparcie polować na to „Rien ne va plus”, czy może lepiej dać już sobie spokój z Bartem i jego manieryzmami, oraz zakończeniem godnym pióra czternastolatka z ambicjami? Czytał to ktoś?

Porażki i strajki

Francuzi boleśnie przeżywają mundialową porażkę Les Bleus. Wczoraj rano minister sportu Roselyn Bachelot powiedziała piłkarzom, a radio to oczywiście przekazało szerokiej publiczności, że nasz dzieci będą się za nich wstydzić, a bylo to jeszcze przed spektakularną porażką z RPA. Śledziłam ją niemal na żywo, bo o 16 niemal wszyscy koledzy porzucili pracę i zajęlli się głośnym przeżywaniem meczu. Było mi ich trochę żal. Dziś rano ta sama minister obiecała, że przyczyny tak kiepskiej formy narodowej reprezentacji zostaną dokładnie zbadane. Gdyby to było w Polsce, pewnie zostałaby w tym celu powołana specjalna komisja.

Jutro zaś mamy strajk, dość generalny, bo strajkuje i transport publiczny i szkolnictwo (oczywiście mój żłobek, dzięki czemu posiedzę sobie w domu z potomkiem), a niewykluczone, że jeszcze inni. Protest jest przeciwko reformie dotyczącej wieku przechodzenia na emerytury – ma on być przez najbliższe 6 lat wydłużany z obecnych 60 lat do 62. Jestem bardzo rozczarowana postawą związków zawodowych, bo wydaje się oczywiste, że akurat ta reforma jest rzeczywiście niezbędna w całej Europie, popiera ją zresztą podobno 58% Francuzów, i nie jest to odebranie przywilejów jakiejś jednej grupie zawodowej, rzecz dotyka wszystkich równo. Trzeba dużo złej woli, żeby przeciwko temu protestować, i mam nadzieję, że rząd się nie ugnie.

Głos oddać

W Paryżu obowiązek obywatelski spełnialiśmy w Instytucie Polskim. Trochę mnie przeraził kłębiący się na ulicy tłum, kiedym tam podjechała po południu, ale okazało się, że po paru minutach oczekiwania na zewnątrz wszyscy zostali wpuszczeni do środka, gdzie był podział na komisje wyborcze według pierwszych liter nazwiska. Podsłuchałam, że nie wszyscy z mego otoczenia byli w stanie sobie z tym podziałem poradzić. W sumie komisje stanowiło chyba z 15 osób, plus jeszcze paru plączących się pracowników z plakietkami „Ambasada polska”. Okazałam dowód, podpis złożyłam, kartę otrzymałam, pan z komisji miło zapytał czy wiem JAK, odparłam, że już parę razy w życiu to robiłam, więc tylko poprosił o nieskładanie kartki – podobno to im potem ułatwia liczenie. Był taki tłok, że chwilę musiałam wśród ludzi poszukiwać urny, ale szczęśliwie odnalazłam. Wyszedłszy westchnęłam bez złudzeń „a za dwa tygodnie powtórka”…

Przygoda z bojlerem w formie zagadki

Panicznie boję się bojlerów (takich do podgrzewania wody przy pomocy gazu), prawdopodobnie dlatego, że nigdy z żadnym nie mieszkałam ani nawet nie miałam osobiście do czynienia. Ostatnio jednak tak wyszło, że muszę mieć. W bólach nauczyłam się obsługiwać ustrojstwo, paniczny strach upchnęłam głęboko w zakamarkach mózgu, i tak oto ostatnio dzielnie wkroczyłam do mieszkania z bojlerem, odkręciłam gaz (lokal nie jest zamieszkany i wszystko jest wyłączane), przekręciłam włącznik bojlera, gaz się zapalił. Przytrzymałam włącznik jak kazali, ostrożnie przekręciłam na pozycję „zapalone” i bojler zgasł, czego w planach nie było. Powtórzyłam operację z 15 razy, palce mi prawie odpadły, bo ten włącznik jest dość oporny, i za każdym razem to samo. Zmartwiłam się bardzo, że niechybnie zepsułam urządzenie i co teraz będzie. Po pięciu minutach wpadłam jednak na pewien pomysł, który zaraz przetestowałam i to podziałało, bojler zaczął działać jak należy. Ciekawa jestem, czy ktoś z Państwa będzie wiedział lub odgadnie, co zrobiłam – a jeśli tak, to bardzo proszę o wyjaśnienie, jak to właściwie działa, bo zupełnie tego nie pojmuję.

Leclerc

To chyba podpada pod kategorię „wstydliwe wyznania”, ale od dłuższego czasu z przyjemnością słucham radiowych reklam Leclerca. Podobno istnieją w tym formacie już od 8 lat, więc niewykluczone, że w końcu się nimi znużę, ale na razie mnie śmieszą (przy czym w Leclercu jako takim nie bywam nigdy, bo nie mam go pod ręką). Zawsze występuje w nich Philippe, fan hipermarketu, który ma żonę, dzieci, kolegów z pracy oraz oczywiście belle-maman, teściową. Przebieg scenek jest przewidywalny, Philippe zawsze coś akurat kupił w Leclercu po promocyjnej cenie, a inni go krytykują lub mu nie wierzą, aby po chwili się przekonać. Lubię tę, w której Philippe znienacka przynosi ze sklepu pieluchy, żona się dziwi, bo dzieci już przecież prawie dorosłe, a Philippe nieśmiało sugeruje, że może by tak w takim razie zrobić „un petit troisième” (trzeciego malucha), a żona po chwili przyznaje, że skoro pieluchy w tej cenie, to może i faktycznie… Ostatnio zaś żona się żaliła, że znów zabrakło proszku do prania, Philippe biegł do hipermarketu kupić po promocyjnej cenie wiele opakowań, po czym stwierdzał, że chyba to teściowa przychodzi do nich robić pranie. Jest w tych scenkach i sposobie mówienia głównego bohatera coś typowo francuskiego, czego nie umiałabym zdefiniować. Ale choćby to „petit troisième” to mit francuski: kiedy się już ma jedno dziecko, wszyscy tutaj zakładają, że zaraz będzie drugie – jest coś tak oczywistego, jak wiosna po zimie. A jak już się ma dwoje, to niby czemu nie trzecie, skoro od trzeciego już zaczyna się być „famille nombreuse” (rodziną wielodzietną) z licznymi tego zaletami. Moją pracującą tu polską koleżankę zbulwersował kiedyś jej szef, który mimo porządnej pensji dyrektorskiej kazał jej nabywać dla siebie bilety na pociąg ze zniżką, do której ma prawo jako ojciec trójki dzieci.

R.I.P.

Wczoraj w godzinach wieczornych ducha wyzionął po ponad ośmiu latach wiernej, codziennej i nieustającej służby mój ulubiony czajnik elektryczny, marki Philips, lecz made in Poland. Był ze mną dłużej niż ten blog i służył mi intensywniej: myślę, że przepłynęło przez niego jakieś 30 tysięcy litrów wody. Kupiony na początku 2002 na nowe mieszkanie, cztery lata później wyruszył ze mną do Francji i tu też dzielnie pracował bez słowa skargi. Nigdy nie będę już miała takiego czajnika.

Polska niespodzianka

Na imprezie firmowej podszedł do mnie Gaëtan
– Ty z Polski jesteś, tak? Bo właśnie zatrudniliśmy Polaka i on tu jest…
Ucieszyłam się zupełnie irracjonalnie, i zażądałam, żeby mi go opisał, to zaraz go znajdę i sobie porozmawiam po polsku.
– Łatwo go zauważyć – rzekł Gaëtan – jest bardzo wysoki i koloru kawy z mlekiem…
– Gaëtan, ty już więcej nie pij – poprosiłam – Polacy nader rzadko bywają koloru kawy z mlekiem, coś ci się chyba przywidziało, albo chcesz mnie nabrać – i rozczarowana sobie poszłam. Za chwilę znalazł mnie inny kolega i rzekł radośnie
– O, to ty jesteś z Polski! To możesz porozmawiać z kolegą! – i zaprezentował mi rzeczywiście bardzo wysokiego faceta o przyciemnionej skórze, który uprzejmie rzekł do mnie
– Dzień dobry! – ale takie pojedyncze słowa to ja tu już słyszałam od niejednego, więc nadal byłam sceptyczna, dopóki pięć minut później nie wyrwało mi się spontaniczne
– Ależ ty naprawdę świetnie mówisz po polsku!
Okazało się, że to zasługa mamusi Polki, bo mój nowy kolega chodził do polskiej szkoły tylko do zerówki, większość życia spędził jednak w zachodniej Afryce, ale ma rodzinę w Polsce i czasem ją odwiedza. Ot co. Zagroziłam wszystkim w firmie, że teraz muszą się szybko nauczyć polskiego, bo inaczej będziemy ich strasznie obgadywać, a oni nic nie zrozumieją.

O suszarce

Zachciało mi się wejść w posiadanie suszarki sufitowej, takiej z drążków na sznurkach, które można wedle życzenia opuszczać i podnosić. We Francji wynalazku nie znają, ale w Polsce i owszem, kupić można przy pomocy trzech kliknięć za niewielką kwotę: problem jedynie w transporcie. Już pal diabli, że przesyłka dwa razy więcej kosztuje niż sam nabytek, ale poczcie (żadnej) za grosz nie ufam po tym, jak moją przesyłkę z Merlina dwa miesiące mi dostarczali. Pytam więc moją przecudowną Kaję, czy by nie mogła odebrać takiego zakupu i wsadzić ze sobą do samolotu, a ona się zgodziła. Przedmiot w opakowaniu ma jakieś 90 cm długości, poza tym można go wziąć w rękę, półtora kilo wagi, więc niby nieszczególnie kłopotliwy – ale do walizki się nie zmieścił. Kaja więc zapytała na lotnisku, czy może wziąć to jako podręczny.
– Nie, bo te pręty są metalowe, jeszcze by pani nimi kogoś zabiła – dowiedziała się.
– No to ja nadam oddzielnie jako bagaż – zaproponowała ta przytomna istota.
– Ale to SIĘ ZGUBI – pani wygłosiła jasnowidzenie.
Kaja postanowiła jednak zaryzykować. Wylądowała szczęśliwie, walizkę odebrała z pasa, suszarki nie ma. Nie ma. I nie ma. Już uznała, że zgodnie z przepowiednią SIĘ ZGUBIŁO, już miała iść zgłaszać zgubę, gdy podjechał pan ze sporym wózkiem, na środku wózka samotnie moja suszarka, i zapytał „czy to pani?”. Niewykluczone, że biedni Francuzi to specjalnie prześwietlali i gremialnie zachodzili w głowę, co to właściwie może być, i czy aby nie stanowi zagrożenia dla państwa francuskiego…

Dans la ville des veuves; Rewers

Przeczytałam ostatnio „Dans la ville des veuves intrépides” (tytuł oryginalny „Tales from the Town of Widows„) niejakiego Jamesa Cañóna, który jest postacią dość ciekawą: urodził się w Kolumbii, skrzętnie ukrywa kiedy, ale wiemy że mając 25 lat pojechał na studia do Nowego Jorku, żeby nauczyć się angielskiego, i było to w połowie lat 90-tych (czyli aktualnie ma koło 40, jeśli komuś się nie chce liczyć). To samo w sobie nie jest wcale ciekawe: fascynuje dopiero fakt, że ledwie tego angielskiego liznąwszy, zabrał się za pisanie w nim powieści (termin dyskusyjny, właściwie to jest zbiór opowiadań połączonych miejscem i bohaterami). Jest to książka napisana przez Kolumbijczyka o Kolumbii, i w dodatku nawiązuje otwarcie do „Stu lat samotności”, więc dlaczego właściwie po angielsku, tego nikt nie wie, a już na pewno nie sam autor. Rzecz opowiada o wiosce, z której guerrilleros zabrali wszystkich mężczyzn. No dobra, prawie wszystkich – jest jeszcze ksiądz, Santiago zwany Inną Wdową, a opłakujący Pabla, oraz nieletni Julio przebrany przez matkę za Julię, co mu już zostało. Jest w tym jakieś odległe echo realizmu magicznego à la uwielbiany Marquez, ale poszczególne opowiadania rozdzielone są krótkimi i brutalnymi relacjami mężczyzn (przeważnie niezwiązanych z główną akcją) jakoś wplątanych w wojnę. Zderzenie tych urywków z baśniowym charakterem reszty narracji jest dość wstrząsające i zapada w pamięć. Ciekawa jestem, czy pojawi się polskie tłumaczenie – w każdym razie niewykluczone, że najpierw będzie z tego film.

Przeczytałam też „Rewers” Andrzeja Barta, który bardzo mnie rozczarował, ale to wyłącznie moja wina, bo sądziłam, że to pierwowzór filmu, i zorientowałam się za późno, że jest odwrotnie. Film na pewno jest dobry, ale należało go obejrzeć najpierw, a teraz to już nie będzie to samo.