Olé!

Wczoraj uczestniczyłam w obchodach trzydziestych urodzin w Olé Bodega, miejscu, które trudno nazwać po prostu knajpą, a które ma być zainspirowane hiszpańskimi tradycjami imprezowymi. Nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda w Hiszpanii, mnie się w każdym razie podobało bardzo. Pierwsze wrażenie było dość oszałamiające, wchodzi się bowiem do namiotu podobnego do cyrkowego, gdzie potworna ilość stolików – wyłącznie wieloosobowych – a na środku mała okrągła estradka. Wkrótce się okazało, że chyba każda obecna obecna ekipa coś świętuje, przeważnie urodziny, koło nas był też wieczór panieński. W pewnym momencie na estradę wywołani zostali wszyscy obchodzący urodziny i stąd wiem, że był ich tłum, wśród którego zdecydowanie wyróżniał się facet odziany li i tylko w czerwoną sukienkę mini. Kilkoro innych solenizantów miało przyczepione królicze uszy. Mieliśmy też pokaz pary akrobatów, gdzie, chyba nietypowo, to ona podtrzymywała jego – oni mi się bardzo podobali, znacznie mniej zaś pani ćwicząca na trapezie, która usiłowała na nim zdaje się tańczyć do dość szybkiej muzyki, co wyglądało, jakby miała powietrzny atak epilepsji, i nie było to jedynie moje skojarzenie. Poza tym były normalne tańce, mojito, sangria, a kwestia jedzenia została rozwiązana bardzo przemyślnie, mianowicie na każdy stół wjeżdżało to samo: talerze z jamón serrano (wysuszona solona szynka w cienkich plastrach, podobna do włoskiego prosciutto) i chorizo, potem z mulami, krewetkami, krążkami kalmarów w cieście, następnie z tortillą, jakimś kurczakiem, i na koniec tort ozdobiony świeczkami i zimnymi ogniami. Nie o jedzenie tam w końcu chodziło, choć to też było smaczne.

Hommes en orange

Tym razem zaskoczyły mnie tablice świetlne z informacjami dla kierowców, które w poniedziałek zaczęły mówić coś bardzo dziwnego, czego przez pierwsze trzy razy nie zrozumiałam w ogóle, i przez chwilę żyłam w przekonaniu, że mowa jest tam o przewidywanych „orages” – burzach. W końcu był korek w odpowiednim miejscu, i cały komunikat mogłam przeczytać kilka razy uważnie, ale to nic nie pomogło, dalej go nie rozumiałam. Brzmiał tak „Hommes en orange – respectez leur vie” („Ludzie ubrani na pomarańczowo – szanujcie ich życie”). Moje pierwsze skojarzenia były następujące: „znaczy co, tych ubranych w inne kolory mam rozjeżdżać?!” „jest jakiś sezon ochronny na pomarańczowych czy jak?” „ja im w sumie chętnie uszanuję ich życie, tylko powiedzcie mi jak”, ale tego żadna tablica już nie tłumaczyła, więc jeździłam nadal w nieświadomości. Przypomniało mi się też bardzo stare opowiadanie sf bodaj Sheckleya, gdzie facet się zgłasza za grubą kasę jako obiekt polowania, grupa uzbrojonych ludzi go tropi i ma prawo zabić, jeśli znajdą w określonym czasie, przypadkowi przechodnie mogą mu pomóc lub wprost przeciwnie, wszystko to oczywiście transmituje na żywo telewizja. Nie jestem pewna, czy to nadal jest sf, bo jeśli nikt tego jeszcze nie zrealizował, to na pewno wkrótce zrealizuje. Możliwe, że czekają tylko na wygaśnięcie praw autorskich. Pomyślałam więc, że może chodzi o jakiś taki nowy show telewizyjny, gdzie do tych w pomarańczowym się bez pardonu strzela, a ja oczywiście nie jestem na czasie.

Prawda jak zwykle okazała się znacznie bardziej banalna – na pomarańczowo ubrani są robotnicy drogowi, którym się zaczął sezon wraz ze sloneczną pogodą, a po tej ciężkiej zimie jest co naprawiać. I to oni ryzykują życiem dzięki kierowcom nie przestrzegającym ograniczeń do 20 km/h w pobliżu robót drogowych.

Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht?

Organizm mój zaskoczył mnie dzisiaj znowu, a myślałam, że po tylu latach dogłębnej znajomości nie jest to już możliwe. Właściwie jeden organ, a konkretnie ten w czaszce. Wyśnił mi mianowicie chorobę morską, i nie mam wcale tu na myśli jej objawu fizycznego, tylko psychiczny – jak schodzę pod pokład, kołysze i robi mi się coraz dziwniej i mdło, i chciałabym wyjść na świeże powietrze, a najlepiej żeby już przestało kołysać, chociaż w zasadzie to kołysanie jest całkiem przyjemne. Zresztą, co ja się będę wygłupiać, kto przeżył ten wie, a inni nawet sobie nie wyobrażają. Obudziłam się ogromnie zdumiona, ze nic nie kołysze i nie mdli, i teraz się zastanawiam – może jakieś lokalne trzęsienie Ziemi w nocy było, a ja je przespałam?

Tabnabbing

Dzisiaj ordynarnie kopiuję od futrzaka, nawet nie spytawszy o pozwolenie, bo to ważne. Przeczytajcie uważnie, rozpowszechniajcie – i uważajcie gdzie wpisujecie swoje hasła.

W sieci pojawil sie nowy sposob
phishingu (z grubsza rzecz biorac, wykradania danych uzytkownikow),
zwany roboczo tabnabbingiem.

Mimo, ze przemyslany, rozsadny internauta latwo moze sie przed nim
obronic. Pomysl wykorzystuje mechanizm zakladek. Prosze kliknac na
powyzszy link tak, zeby otworzyl sie w nowej zakladce, nastepnie przejsc
do innej zakladki i odczekac kilkadziesiat sekund. Po jakims czasie
oryginalna strona zostaje zastapiona np. strona do logowania na Gmail.
Ktos, kto ma otwarte wiele zakladek i nie ma zwyczaju zerkania na pasek
adresu w URL, nie zauwazy roznicy i w roztargnieniu moze sie zalogowac
na swoje konto. W tym momencie nazwe uzytkownika i haslo przechwytuje
haker, ktory podlozyl nam falszywa strone. Niech to bedzie strona banku –
voila.