Polska niespodzianka

Na imprezie firmowej podszedł do mnie Gaëtan
– Ty z Polski jesteś, tak? Bo właśnie zatrudniliśmy Polaka i on tu jest…
Ucieszyłam się zupełnie irracjonalnie, i zażądałam, żeby mi go opisał, to zaraz go znajdę i sobie porozmawiam po polsku.
– Łatwo go zauważyć – rzekł Gaëtan – jest bardzo wysoki i koloru kawy z mlekiem…
– Gaëtan, ty już więcej nie pij – poprosiłam – Polacy nader rzadko bywają koloru kawy z mlekiem, coś ci się chyba przywidziało, albo chcesz mnie nabrać – i rozczarowana sobie poszłam. Za chwilę znalazł mnie inny kolega i rzekł radośnie
– O, to ty jesteś z Polski! To możesz porozmawiać z kolegą! – i zaprezentował mi rzeczywiście bardzo wysokiego faceta o przyciemnionej skórze, który uprzejmie rzekł do mnie
– Dzień dobry! – ale takie pojedyncze słowa to ja tu już słyszałam od niejednego, więc nadal byłam sceptyczna, dopóki pięć minut później nie wyrwało mi się spontaniczne
– Ależ ty naprawdę świetnie mówisz po polsku!
Okazało się, że to zasługa mamusi Polki, bo mój nowy kolega chodził do polskiej szkoły tylko do zerówki, większość życia spędził jednak w zachodniej Afryce, ale ma rodzinę w Polsce i czasem ją odwiedza. Ot co. Zagroziłam wszystkim w firmie, że teraz muszą się szybko nauczyć polskiego, bo inaczej będziemy ich strasznie obgadywać, a oni nic nie zrozumieją.

O suszarce

Zachciało mi się wejść w posiadanie suszarki sufitowej, takiej z drążków na sznurkach, które można wedle życzenia opuszczać i podnosić. We Francji wynalazku nie znają, ale w Polsce i owszem, kupić można przy pomocy trzech kliknięć za niewielką kwotę: problem jedynie w transporcie. Już pal diabli, że przesyłka dwa razy więcej kosztuje niż sam nabytek, ale poczcie (żadnej) za grosz nie ufam po tym, jak moją przesyłkę z Merlina dwa miesiące mi dostarczali. Pytam więc moją przecudowną Kaję, czy by nie mogła odebrać takiego zakupu i wsadzić ze sobą do samolotu, a ona się zgodziła. Przedmiot w opakowaniu ma jakieś 90 cm długości, poza tym można go wziąć w rękę, półtora kilo wagi, więc niby nieszczególnie kłopotliwy – ale do walizki się nie zmieścił. Kaja więc zapytała na lotnisku, czy może wziąć to jako podręczny.
– Nie, bo te pręty są metalowe, jeszcze by pani nimi kogoś zabiła – dowiedziała się.
– No to ja nadam oddzielnie jako bagaż – zaproponowała ta przytomna istota.
– Ale to SIĘ ZGUBI – pani wygłosiła jasnowidzenie.
Kaja postanowiła jednak zaryzykować. Wylądowała szczęśliwie, walizkę odebrała z pasa, suszarki nie ma. Nie ma. I nie ma. Już uznała, że zgodnie z przepowiednią SIĘ ZGUBIŁO, już miała iść zgłaszać zgubę, gdy podjechał pan ze sporym wózkiem, na środku wózka samotnie moja suszarka, i zapytał „czy to pani?”. Niewykluczone, że biedni Francuzi to specjalnie prześwietlali i gremialnie zachodzili w głowę, co to właściwie może być, i czy aby nie stanowi zagrożenia dla państwa francuskiego…

Dans la ville des veuves; Rewers

Przeczytałam ostatnio „Dans la ville des veuves intrépides” (tytuł oryginalny „Tales from the Town of Widows„) niejakiego Jamesa Cañóna, który jest postacią dość ciekawą: urodził się w Kolumbii, skrzętnie ukrywa kiedy, ale wiemy że mając 25 lat pojechał na studia do Nowego Jorku, żeby nauczyć się angielskiego, i było to w połowie lat 90-tych (czyli aktualnie ma koło 40, jeśli komuś się nie chce liczyć). To samo w sobie nie jest wcale ciekawe: fascynuje dopiero fakt, że ledwie tego angielskiego liznąwszy, zabrał się za pisanie w nim powieści (termin dyskusyjny, właściwie to jest zbiór opowiadań połączonych miejscem i bohaterami). Jest to książka napisana przez Kolumbijczyka o Kolumbii, i w dodatku nawiązuje otwarcie do „Stu lat samotności”, więc dlaczego właściwie po angielsku, tego nikt nie wie, a już na pewno nie sam autor. Rzecz opowiada o wiosce, z której guerrilleros zabrali wszystkich mężczyzn. No dobra, prawie wszystkich – jest jeszcze ksiądz, Santiago zwany Inną Wdową, a opłakujący Pabla, oraz nieletni Julio przebrany przez matkę za Julię, co mu już zostało. Jest w tym jakieś odległe echo realizmu magicznego à la uwielbiany Marquez, ale poszczególne opowiadania rozdzielone są krótkimi i brutalnymi relacjami mężczyzn (przeważnie niezwiązanych z główną akcją) jakoś wplątanych w wojnę. Zderzenie tych urywków z baśniowym charakterem reszty narracji jest dość wstrząsające i zapada w pamięć. Ciekawa jestem, czy pojawi się polskie tłumaczenie – w każdym razie niewykluczone, że najpierw będzie z tego film.

Przeczytałam też „Rewers” Andrzeja Barta, który bardzo mnie rozczarował, ale to wyłącznie moja wina, bo sądziłam, że to pierwowzór filmu, i zorientowałam się za późno, że jest odwrotnie. Film na pewno jest dobry, ale należało go obejrzeć najpierw, a teraz to już nie będzie to samo.

Olé!

Wczoraj uczestniczyłam w obchodach trzydziestych urodzin w Olé Bodega, miejscu, które trudno nazwać po prostu knajpą, a które ma być zainspirowane hiszpańskimi tradycjami imprezowymi. Nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda w Hiszpanii, mnie się w każdym razie podobało bardzo. Pierwsze wrażenie było dość oszałamiające, wchodzi się bowiem do namiotu podobnego do cyrkowego, gdzie potworna ilość stolików – wyłącznie wieloosobowych – a na środku mała okrągła estradka. Wkrótce się okazało, że chyba każda obecna obecna ekipa coś świętuje, przeważnie urodziny, koło nas był też wieczór panieński. W pewnym momencie na estradę wywołani zostali wszyscy obchodzący urodziny i stąd wiem, że był ich tłum, wśród którego zdecydowanie wyróżniał się facet odziany li i tylko w czerwoną sukienkę mini. Kilkoro innych solenizantów miało przyczepione królicze uszy. Mieliśmy też pokaz pary akrobatów, gdzie, chyba nietypowo, to ona podtrzymywała jego – oni mi się bardzo podobali, znacznie mniej zaś pani ćwicząca na trapezie, która usiłowała na nim zdaje się tańczyć do dość szybkiej muzyki, co wyglądało, jakby miała powietrzny atak epilepsji, i nie było to jedynie moje skojarzenie. Poza tym były normalne tańce, mojito, sangria, a kwestia jedzenia została rozwiązana bardzo przemyślnie, mianowicie na każdy stół wjeżdżało to samo: talerze z jamón serrano (wysuszona solona szynka w cienkich plastrach, podobna do włoskiego prosciutto) i chorizo, potem z mulami, krewetkami, krążkami kalmarów w cieście, następnie z tortillą, jakimś kurczakiem, i na koniec tort ozdobiony świeczkami i zimnymi ogniami. Nie o jedzenie tam w końcu chodziło, choć to też było smaczne.

Hommes en orange

Tym razem zaskoczyły mnie tablice świetlne z informacjami dla kierowców, które w poniedziałek zaczęły mówić coś bardzo dziwnego, czego przez pierwsze trzy razy nie zrozumiałam w ogóle, i przez chwilę żyłam w przekonaniu, że mowa jest tam o przewidywanych „orages” – burzach. W końcu był korek w odpowiednim miejscu, i cały komunikat mogłam przeczytać kilka razy uważnie, ale to nic nie pomogło, dalej go nie rozumiałam. Brzmiał tak „Hommes en orange – respectez leur vie” („Ludzie ubrani na pomarańczowo – szanujcie ich życie”). Moje pierwsze skojarzenia były następujące: „znaczy co, tych ubranych w inne kolory mam rozjeżdżać?!” „jest jakiś sezon ochronny na pomarańczowych czy jak?” „ja im w sumie chętnie uszanuję ich życie, tylko powiedzcie mi jak”, ale tego żadna tablica już nie tłumaczyła, więc jeździłam nadal w nieświadomości. Przypomniało mi się też bardzo stare opowiadanie sf bodaj Sheckleya, gdzie facet się zgłasza za grubą kasę jako obiekt polowania, grupa uzbrojonych ludzi go tropi i ma prawo zabić, jeśli znajdą w określonym czasie, przypadkowi przechodnie mogą mu pomóc lub wprost przeciwnie, wszystko to oczywiście transmituje na żywo telewizja. Nie jestem pewna, czy to nadal jest sf, bo jeśli nikt tego jeszcze nie zrealizował, to na pewno wkrótce zrealizuje. Możliwe, że czekają tylko na wygaśnięcie praw autorskich. Pomyślałam więc, że może chodzi o jakiś taki nowy show telewizyjny, gdzie do tych w pomarańczowym się bez pardonu strzela, a ja oczywiście nie jestem na czasie.

Prawda jak zwykle okazała się znacznie bardziej banalna – na pomarańczowo ubrani są robotnicy drogowi, którym się zaczął sezon wraz ze sloneczną pogodą, a po tej ciężkiej zimie jest co naprawiać. I to oni ryzykują życiem dzięki kierowcom nie przestrzegającym ograniczeń do 20 km/h w pobliżu robót drogowych.

Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht?

Organizm mój zaskoczył mnie dzisiaj znowu, a myślałam, że po tylu latach dogłębnej znajomości nie jest to już możliwe. Właściwie jeden organ, a konkretnie ten w czaszce. Wyśnił mi mianowicie chorobę morską, i nie mam wcale tu na myśli jej objawu fizycznego, tylko psychiczny – jak schodzę pod pokład, kołysze i robi mi się coraz dziwniej i mdło, i chciałabym wyjść na świeże powietrze, a najlepiej żeby już przestało kołysać, chociaż w zasadzie to kołysanie jest całkiem przyjemne. Zresztą, co ja się będę wygłupiać, kto przeżył ten wie, a inni nawet sobie nie wyobrażają. Obudziłam się ogromnie zdumiona, ze nic nie kołysze i nie mdli, i teraz się zastanawiam – może jakieś lokalne trzęsienie Ziemi w nocy było, a ja je przespałam?

Tabnabbing

Dzisiaj ordynarnie kopiuję od futrzaka, nawet nie spytawszy o pozwolenie, bo to ważne. Przeczytajcie uważnie, rozpowszechniajcie – i uważajcie gdzie wpisujecie swoje hasła.

W sieci pojawil sie nowy sposob
phishingu (z grubsza rzecz biorac, wykradania danych uzytkownikow),
zwany roboczo tabnabbingiem.

Mimo, ze przemyslany, rozsadny internauta latwo moze sie przed nim
obronic. Pomysl wykorzystuje mechanizm zakladek. Prosze kliknac na
powyzszy link tak, zeby otworzyl sie w nowej zakladce, nastepnie przejsc
do innej zakladki i odczekac kilkadziesiat sekund. Po jakims czasie
oryginalna strona zostaje zastapiona np. strona do logowania na Gmail.
Ktos, kto ma otwarte wiele zakladek i nie ma zwyczaju zerkania na pasek
adresu w URL, nie zauwazy roznicy i w roztargnieniu moze sie zalogowac
na swoje konto. W tym momencie nazwe uzytkownika i haslo przechwytuje
haker, ktory podlozyl nam falszywa strone. Niech to bedzie strona banku –
voila.