Gdzie nie ma lata?

Sądziłam, że jestem weteranką, jeśli chodzi o ból gardła, przypadłość dopadającą mnie od wczesnego dzieciństwa nader często i regularnie. W poniedziałek wieczorem okazało się, że miewa on jednak moc dotąd przeze mnie nie poznaną. Nocy nie przespałam, bo każde odruchowe przełknięcie śliny powodowało BÓL, który mnie budził. Rano stwierdziłam, że teraz rozumiem, dlaczego tortury działają. Byłabym skłonna zrobić cokolwiek, żeby tylko przestało mnie tak straszliwie boleć. Słaniając się dotarłam do telefonu i odkryłam, że moja lekarka jest oczywiście na wakacjach. Na szczęście było zastępstwo. Dowlokłam się do zastępstwa, które wyglądało jak klon mojej lekarki i miało ten sam ciepły, profesjonalny uśmiech.
– Straszliwie, potwornie boli mnie gardło – wyskrzeczałam w odpowiedzi na pytanie, co mi mianowicie dolega – oraz mam 38,5 stopnia, ale to już mniej istotne.
– O, jaka piękna angina! – ucieszyła się lekarka, a ja jak zwykle z trudem powstrzymałam się przed odpowiedzią „jak taka piękna, to proszę sobie ją wziąć, ja jej naprawdę nie chcę”. Swoją drogą nie pamiętam już, czy  polscy lekarze też mają zwyczaj wyrażać się w ten miły sposób o chorobach. Dostałam antybiotyk i kortykosteryd, który działa natychmiastowo oraz nie chcę wiedzieć, jakie ma skutki uboczne. Lekarka radośnie oznajmiła też, że to „taka letnia angina”. Aha. To ja chyba się przeniosę gdzieś, gdzie lata nie ma w ogóle.

O śrubce

Człowiek przywozi sobie mebel z Ikei w pakunku, po czym przystępuje do składania deseczek w jedną całość, nieustannie żywiąc obawę, że na pewno zabraknie mu jednej śrubki. Stara się wprawdzie sobie racjonalnie tłumaczyć, że czemu niby miałoby zabraknąć, że nie należy poddawać się pesymizmowi, ale to tylko do chwili, kiedy odkrywa, że jednej śrubki istotnie BRAK. Jest to w dodatku śrubka specjalna, zasadnicza, i bez niej ani rusz, jakżeby inaczej. Recytując pod nosem wszystkie znane mu przekleństwa w co najmniej trzech językach człowiek wyrusza do Ikei, starając się nie zastanawiać nad kosztem benzyny potrzebnej do przywiezienia śrubki. Jednej. Na parkingu pod Ikeą człowiek szuka paragonu, którego oczywiście nie ma ani w torebce ani w samochodzie, człowiek zaś jest absolutnie pewien, że paragon schował skrzętnie, bo nie ma w zwyczaju takich rzeczy wyrzucać, nie pamięta tylko gdzie znajdowało się to skrzętnie.

Maszyna do wydawania numerków wydaje człowiekowi numerek i powiada przy tym surowo „paragon sobie przygotuj!”. Człowiek lekko się tym załamuje, siada na ławeczce i jeszcze raz starannie przewertowuje zawartość torebki, bo może jednak to skrzętne chowanie paragonu miało coś wspólnego z torebką. Nadzieje okazują się płonne, choć można przy tym w torebce odkryć dużo różnych zaskakujących przedmiotów. Człowiek przygotowuje sobie przemowę, po czym, gdy jego numer wyświetla się na ekranie, wygłasza ją do panienki w okienku
– Taką śrubkę potrzebuję – tu człowiek wyciąga z kieszeni jedną z tych, których nie brakowało – i nie mam paragonu! – tu człowiek spogląda hardo w oczy panienki.
– Ile? – konkretnie pyta panienka.
– Jedną… – człowiek traci nieco rezon. Panienka odwraca się do szuflad wypełnionych śrubami, wyciąga właściwą, i podaje człowiekowi.
– Yyy… aha… dziękuję… – mówi człowiek zbity już całkiem z pantałyku, i postanawia sobie, że będzie wnukom opowiadał o wyprawie po śrubkę, a z braku widoków na wnuki w najbliższej dekadzie decyduje się tymczasem wyprawę uwiecznić na blogu.

Odruch serca

Kiedyś gdzieś wpadło mi w oko, że u Toni Morrison wszyscy bohaterowie są czarni. Otóż w przypadku „Odruchu serca” nie jest to prawda: tu są i czarni i biali (i jeszcze inne rasy); mężczyźni i kobiety. Formalnie wolni i niewolnicy (mamy wiek XVII), co ostatecznie właściwie nie ma znaczenia, bo ona tu dotyka problemu wolności w ogóle. Przypomina mi to nieco podejście Kieślowskiego z „Niebieskiego” – jak zniewalamy się nawzajem oraz we własnej głowie. Chciałabym mieć chociaż przez chwilę w głowie to co ona, żeby potrafić tak fantastycznie skomponować powieść. Każdy bohater mówi własnym głosem, patrzy z własnej perspektywy, linia czasowa jest znakomicie przemyślana, a całość niemal przesadnie zwięzła. Ona dostała Nobla z 15 lat wcześniej, tu widać, że to nagroda zasłużona, i że autorka nie spoczęła na laurach.

Muszę, no muszę się przyczepić – pani Morrison po morzu nie płynęła nigdy w życiu lub przynajmniej nie miała choroby morskiej i nie widziała nikogo, kto miał. Szkoda, bo fragmenty o przewozie ludzi pod pokładem (wiek XVII, przypominam) brzmią trochę jak wyobrażenia parolatka. Plus lapsus (nie wiem czy tłumacza, czy autorki) „statek z żaglami po nawietrznej” – znaczy co, wstecz płynął? Odrobinę irytujące, ale oczywiście to tylko obsesyjne czepianie się i nie zmienia wrażenia, jakie ta książka robi.

Jak dętkę bez google kupić

Człowiek udaje się do sklepu Decathlon w celu nabycia dętki rowerowej. Ma odnotowany skrzętnie numer referencyjny z opony, tak więc bez namysłu odnajduje dział rowerowy, śmiało zdąża w stronę obsługanta, grzecznie powiada „Bonjour, potrzebuję…” i tu mu mowa na ustach zamiera, ponieważ nagle uświadamia sobie, że nie ma zielonego pojęcia, jak mianowicie jest dętka w języku lokalnym. Obsługant patrzy ciekawie, a zza niego wyłania się drugi. Człowiek rozpaczliwie poszukuje jakiejś pomocy w suficie lub otoczeniu, lecz jej nie znajduje, a googla jak na złość pod ręką nie ma.
– Potrzebuję – mówi więc człowiek dość rozpaczliwie, wziąwszy głęboki oddech – to takie, co jest w środku opony i co się dziurawi…
– Chambre à air! – radośnie wykrzykują obydwaj obsługanci unisono.
– I mam tu numer referencji, ale czy on będzie dobry… – człowiek nie zdąża jeszcze wyrazić wszystkich swych  wątpliwości, kiedy jeden z obsługantów biegnie i przynosi człowiekowi dętkę (byłoby niewątpliwie śmieszniej, gdyby przyniósł coś innego). Wiadomo na pewno, że jest to dętka, ponieważ to właśnie słowo ma napisane na opakowaniu, wśród dwudziestu innych w różnych językach, co człowiek solennie sobie odczytuje w drodze do kasy, i teraz mógłby już kupić dętkę nawet po portugalsku. O ile oczywiście nie zapomni.

„Droga”

Wszyscy już z pewnością widzieli film, tylko ja jak zwykle nie, ale nie szkodzi, bo nie spodziewam się, żeby film w jakiejkolwiek mierze dorównywał książce. Zastrzegam, że to nie jest książka dla osób posiadających dziecko, zwłaszcza jedynaka płci męskiej. A zaczyna się zupełnie nieciekawie: po pierwszych paru stronach mruczałam do siebie „ileż ja już powieści postkatastroficznych przeczytałam w swoim życiu, i co niby nowego może powiedzieć ten jakiś McCarthy, w dodatku w XXI wieku?” oraz „a cóż to za pseudopoetycka grafomania i walające się wszędzie równoważniki zdań?”. Po czym ocknęłam się w połowie książki i poszłam wyglądać przez okno, sprawdzając czy moja cywilizacja aby nadal istnieje i czy niebo jest nadal niebieskie, lecz trudno było mi uwierzyć własnym oczom.

Ta dziwna narracja McCarthy’ego jest hipnotyczna, nie da się od niej oderwać, a wizja świata pokrytego popiołem zostaje w człowieku głęboko. Chapeau bas przed autorem, że nie poszedł na łatwiznę i nie zaczął wyjaśniać przyczyn końca świata. Nie wiemy, jak to się stało, co dokładnie się stało – i w ogóle mało wiemy, bo McCarthy jest oszczędny w słowach. Koncentruje się na pytaniu o granice człowieczeństwa, podanym językiem najprostszym z możliwych, w rozmowach z paroletnim synem. To bardzo łatwo mogło być nie do zniesienia melodramatyczne i banalne, a on tego uniknął. Tam jest też wadzenie się z Bogiem: równie minimalistyczne, i przejmująco prawdziwe. Genialnym podejściem jest brak usytuowania katastrofy w czasie: ta książka równie dobrze mogła zostać napisana w latach 50-tych, kiedy wyobrażanie sobie świata po wojnie atomowej było modne. Dzięki temu widać, że 50 lat rozwoju niczego tu nie zmienia, że nasza cywilizacja jest nadal tak samo krucha, że humanizm spaceruje po cienkiej linie, że człowiek jest i będzie jeszcze długo najgorszym wrogiem swego bliźniego. I że mimo wszystko potrafi się oprzeć przeciwnościom losu i zachować ludzką godność: bo wbrew pozorom McCarthy głosi tam piękną pochwałę Człowieka.

Przychodziły mi w trakcie lektury na myśl takie pozycje jak „Pamiętnik przetrwania” Doris Lessing, „Miasto ślepców” Saramagi, „Władca much” Goldinga – i chyba nieprzypadkowo to jest akurat twórczość noblistów. Proza McCarthy’ego ma tę samą siłę (choć nie wykluczam, że to ja wyjątkowo utożsamiłam się z bohaterem z racji wspomnianej w drugim zdaniu notki). Jeśli jak ja sądziliście, że znacie już wszystkie możliwe wizje postapokaliptyczne, to jednak nie.

Burza i jej skutki

Z okazji kolejnej rocznicy zburzenia Bastylii (wczoraj była) koło południa na drodze krajowej N118 przeżyłam drugą najgorszą burzę w życiu. Pierwsza była lat temu parę na A4 pod Wrocławiem, i ma bezapelacyjne pierwsze miejsce, ponieważ było ciemno. Wczoraj było oczywiście względnie jasno, ale nie pomagało to za wiele, ponieważ potoki wody lały się takie, że nie było widać praktycznie niczego (wycieraczki mam sprawne, ale co z tego). Aż psioczyłam pod nosem, że te francuskie głupki oczywiście nie zapalą sobie przeciwmgielnych, po czym kiedy deszcz nieco zelżał, okazało się, że jednak mieli je zapalone, tyle że nie było tego widać. Jechaliśmy maksymalnie 50 km/h, po czym musiałam zwolnić do 20, kiedy zaczął walić we mnie grad, i przez chwilę naprawdę się bałam, że powybija szyby. Przeżycia były intensywne, ale jak to przy burzy krótkotrwałe; potem się przejaśniło, za to kałuże pozostałe na drodze wyglądały raczej jak stawy rybne. Już zjeżdżając z autostrady oberwałam straszliwym chluśnięciem na przednią szybę przez kogoś, kto postanowił mnie wyprzedzić z lewej wjeżdżając w kałużę, i musiałam bardzo gwałtownie dać po hamulcach, bo wrażenie było takie, jakbym znienacka oślepła – na szczęście ten z tyłu miał refleks, dobre hamulce i zachował odstęp. A potem się okazało, że zamiast placu zabaw mamy jeziorko, i musieliśmy odjechać jak niepyszni. Poza tym tradycyjnie: fajerwerki i parada samolotowa.

Z ostatniej chwili: DZISIAJ są ósme urodziny tego bloga – w tym wieku to już powinien sam zacząć się pisać, moim zdaniem. I gdyby nie Gogenzola, która napisała o własnym, to tradycyjnie bym przeoczyła rocznicę. Ale skoro nie przeoczyłam, to wiecie, wypijcie co tam macie za pomyślność jego i jego właścicielki… (jak to ÓSME?! ale jak to??)

Ciepło Wam?

Korzystając z tej ładnej, słonecznej i dość ciepłej pogody, jaka aktualnie w Polsce (i nie tylko) panuje, chciałabym przypomnieć, że jeszcze parę miesięcy temu niektórzy panikowali na widok tzw. „prognoz długoterminowych” które stanowczo głosily, że lata w tym roku nie będzie, bo wulkan pyłami atmosferę zanieczyścił. Tłumaczyłam wtedy, że żadne prognozy długoterminowe nie mają racji bytu, bo na pogodę wpływa tyle nieprzewidywalnych czynników, że nic na dłuższą metę powiedzieć się nie da. Jak widać, miałam rację. Może teraz głos mój wołającego na pustyni zostanie wysłuchany.