Wolność i równość na drogach francuskich

Ze zdumieniem wyczytałam tutaj, że we Francji karalne jest niezachowanie bezpiecznego odstępu od poprzedzającego pojazdu. Nie chce mi się guglać, bardzo możliwe że tak jest, ale najwyraźniej jest to martwe prawo przynajmniej w okolicy Paryża. Zawsze mnie zdumiewał tutejszy zwyczaj siedzenia na ogonie. Nierzadko widzę parę – na liczniku mają dobrze ponad 100, a odstęp 2 metry, i tak jadą jak przylepieni do siebie przez pięć kilometrów, ponieważ oczywiście panuje tu święta francuska WOLNOŚĆ i ten pierwszy tego drugiego nie przepuści, jeszcze czego. A jeszcze piękniejszym obrazkiem jest dwóch jadących równoległymi pasami obok siebie, drzwi w drzwi: żaden nie przyspieszy ani na jotę, żaden nie zwolni. Mają tu w końcu RÓWNOŚĆ, a to, że już nikt inny nie może ich wyprzedzić, to już zupełnie inny problem. Czasem ta sztuka udaje się nawet trzem naraz, o ile pasy są trzy. Zawsze się zastanawiam, czy oni się wcześniej umówili, czy może ich tego uczą na kursach.

Prefekturę kochamy nieustannie

Nie wiem, jak wygląda obecnie zmiana adresu (meldunku) w Polsce, ale słodka Francja mi właśnie przypomniała, że tu biurokracja owszem jest i ma się świetnie. A już było tak pięknie: przekierowanie poczty załawiłam przez internet, z wielką nieufnością, ale jednak działa. Musiałam się jednak w końcu udać na prefekturę, a tam bez zmian. Kolejka, kolejka, kolejka. Po godzinie czekania dowiedziałam się od pani urzędniczki, że jej zszywacz ją denerwuje i nie chce działać, długopis też, oraz kupiła sobie nową płytę Françoise Hardy, bo wprawdzie jej wcale nie lubi, ale musi czegoś słuchać w aucie, a w radiu nic nie ma, 30 minut reklam i nie można nawet żadnej piosenki wysłuchać do końca, bo zaraz ją reklama  przerywa. Dowiedziałam się jeszcze paru rzeczy, ale już mi się na blogu nie zmieszczą. A  ktedy już dogadała się ze zszywaczem, długopisem i komputerem, odnotowała fakt mojej zmiany adresu oraz zadrukowała na tę okoliczność parę kartek papieru, to na koniec wręczyła mi „bon operacyjny” i nakazała się z nim udać do kasy. Udałam się karnie, a tam kolejka. Czekałam. Czekałam. Czekałam. I jeszcze trochę sobie poczekałam. I może ten fakt nie denerwowałby mnie aż tak, gdyby nie to, że kwota do zapłaty wynosiła dokładnie 0,00€.

Żelazko kup mi luby, jeśli nie chcesz mojej zguby

Proszę mi powiedzieć, i zwracam się tu do tych z moich Czytelników, ktorzy posiadają już niejakie doświadczenie życiowe, najlepiej zahaczające o czasy przed kapitalistyczną wolnością w Polsce, proszę mi otóż powiedzieć czy Państwo też są za każdym razem zaskoczeni dostępnością w obecnym świecie wszelkiego agd, i ciągle na nowo ze zdumieniem odkrywają „o rany, to ja naprawdę mogę sobie iść i kupić odkurzacz/żelazko/lodówkę OT TAK i już?” Z domu wyniosłam jakiś podświadomy paniczny lęk przed zepsuciem się sprzętu domowego i żywię go do dziś. Zdaje się, że chodziło po prostu o permanentny brak tych towarów w ówczesnej rzeczywistości, pamiętam bowiem dość wyraziście, jak w roku 1988 pomagałam Mamie stać w kolejce po lodówkę. Była na nie lista społeczna i stało się trzy dni, co i tak było krótkim czasem oczekiwania w porównaniu z nieodległą przeszłością. Lodówka zaś była marki Mińsk i posłużyła hoho – niemal do pełnoletniości.

Dobra rada

Jeśli już kupią sobie Państwo samochód marki Jaguar lub Porsche, to bardzo proszę się najpierw upewnić, że jest nim gdzie jeździć, i nie będzie trzeba pchać się w wąskie uliczki małomiasteczkowe, gdzie są liczne progi spowalniające, i taki jaguar lub inny porsche carrera będzie musiał się przed nimi zatrzymywać i przetaczać niezwykle powoli, a jadącego za nim człowieka niejaguarem będzie ogarniać jednocześnie irytacja i śmiech pusty.

Prawda o Anglikach na południu Francji

Meksykanka moja powróciła z południa Francji przywożąc opowieści mrożące krew w żyłach. Otóż takie na przykład książki Petera Mayle’a są fajne i ciepłe, w rzeczywistości jednak jeśli jakiś bogaty Anglik ma domy na południu Francji, to są one potwornie brudne, ze szczurami biegającymi sobie swobodnie. Właściciel ma lat 70, żonę (oczywiście kolejną już) o połowę młodszą, najmłodsze z licznych dzieci w wieku lat dwóch, a następne w planach. Do dzieci zaś jest niania Rumunka, której się płaci 2 € za godzinę. Do tego owszem, się ją karmi, ale specjalnie zakupionym w tym celu tanim jedzeniem, przy czym wymaga się, żeby do dzieci zwracała się z odpowiednią rewerencją i wyszukanymi frazami w języku Szekspira. Meksykance za prace w ogrodzie zaproponowano stawkę 3 € za godzinę. W końcu do fortuny nie dochodzi się wydając nierozsądne pieniądze na służbę, nieprawdaż.