Wyznanie miłosne

Jadę wybrzeżem w kierunku centrum, po prawej Sekwana toczy szare wody, na horyzoncie Wieża ogromnieje w oczach w miarę się do niej zbliżania. Z rozczuleniem myślę, że jest tylko jedna taka na świecie, nigdzie nie ma podobnej, i oswoiła się już ze mną przez te wszystkie spędzone tu lata. Przypomina mi się nagle, że ja przecież kocham Paryż. Postanowiłam tu zamieszkać w 1993, kiedy polskie paszporty świeżo przestały być ważne tylko na kraje socjalistyczne, i kiedy to się wydawało tak zupełnie nierealne, a przecież proszę, zrealizowałam to sobie, bo tak. Wyjadę, jeśli kiedyś przestanie mnie urzekać oświetlony Luwr nocą, ocean świateł na Concorde, nieustannie fotografowany przez japońskich turystów Łuk Triumfalny, i Eiffelka („Efleja” w nomenklaturze mej trzyletniej siostrzenicy) na horyzoncie.

Biuro.Kracja.

Prefektura obejrzała moje polskie prawo jazdy i rzekła, że wszystko pięknie, ale mam dostarczyć potwierdzenie jego autentyczności wydane przez ten sam urząd, który je ongiś wydał. Wrocławski znaczy. Poradzono mi udać się z tym do konsulatu. Zadzwoniłam tamże, i dowiedziałam się że owszem, konsulat MOŻE, ale po co, skoro mogę się zwrócić do urzędu sama. Błogosławiąc XXI wiek i tanie połączenia telefoniczne wykonałam jeden telefon i otrzymałam inny numer, którego nikt nie odbierał. Połaziłam po stronach urzędu, znalazłam adres mailowy i wystosowałam uprzejme zapytanie, jak mianowicie na odległość mogę uzyskać potwierdzenie autentyczności mego prawa jazdy. Jeszcze tego samego dnia otrzymałam miłą, kompetentną i wyczerpującą odpowiedź, z której wynikało, że ja sama sobie tego nie mogę załatwić, musi organ francuski osobiście, ewentualnie za pośrednictwem konsulatu. Pomysł powrotu na prefekturę i przekonywania ich, żeby jednak załatwili to sobie sami, odrzuciłam  po dojrzałym namyśle. Został konsulat.

Bardzo miłe panie w konsulacie polskim ze zrozumieniem przyjęły moje mętne wyjaśnienia, że potrzebuję potwierdzenia autentyczności mojego prawa jazdy, a właściwie to nie ja, jeno prefektura.
– 18 € za wysłanie zapytania do urzędu, i 30 € za przetłumaczenie i poświadczenie – rzekły konkretnie. – Może pani samodzielnie się kontaktować z urzędem, jeśli pani chce, ale potem to i tak my musimy poświadczyć, i szczerze mówiąc to się pani nie opłaca…
Przytaknęłam z rezygnacją. Kazały mi następnie napisać PODANIE do urzędu, wykonać kopię dokumentów, uiścić opłatę, po czym obiecały, że za około miesiąc się ze mną skontaktują i będę mogła przyjechać po odbiór upragnionego papierka.
– A wysłać pocztą by tego nie można? – spytałam dość beznadziejnie, bo wprawdzie konsulat polski mieści się w Paryżu w pięknym miejscu, ale wolałabym tam się udawać w celach innych niż przymusowo urzędowe.
– Można – zgodziła się natychmiast pani i podsunęła mi dużą kopertę, żebym na niej umieściła swój adres.
To teraz już tylko czekać.

Bardzo dobry weekend

Jeśli zatrzymać się na Trocadéro nocą wrześniową, deszczową i zimną nocą niedzielną, gdzie przenikliwy ziąb, ulewny deszcz, policja przyglądająca się z oddali paru zaparkowanym autom, poza tym ani żywej duszy i tylko Wieża moknie samotnie w tle, to przecież jasne jest, że natychmiast pojawi się Senegalczyk ze świecącą miniaturową wieżą na sprzedaż. Uśmiechnięty od ucha do ucha, oczywiście. Jednogłośnie zdecydowaliśmy, że w tych okolicznościach przyrody trzeba kupić! Poza tym w weekend objechałam rondo de Gaulle’a dobre półtora raza, ale było pusto, więc wyjątkowo jechałam tamtędy z otwartymi oczami, obejrzałam Wersal z wierzchu, przejechałam przez morze świateł na Concorde, oraz jadłam czurczchelę. Trzeci kęs jest tym, który wciąga, ostrzegam.
Próbka dialogów z Wersalu
– Coś jest Fouriera, ale właściwie to co…? – zasępił się nagle mąż Markety.
– Wahadło jest Foucault – błyskawicznie i zgodnie z prawdą odparła Marketa.

Typowo po polsku

Stojąc przed pasami klarowałam dziecku, że na ulicy trzeba trzymać mamę za rączkę i objaśniałam działanie świateł. Oczywiście wszystko to w języku znanym mi od urodzenia. Obok zatrzymała się pani z wózkiem na zakupy i rzekła
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odparłam machinalnie, zastanawiając się któż to u licha może być i czemu niby mi się kłania. Dopiero po chwili skojarzyłam, że uznała się za upoważnioną z racji wspólnoty językowej. Weszłysmy razem na pasy i pani zapytała, ile dziecię ma lat.
– Dwa – powiedziałam zgodnie z prawdą, lecz przysięgam, że następnym razem odpowiem „osiemnaście” lub „siedem miesięcy”.
– A mój wnuczek ma dwa i pół i jest większy! – poinformowała mnie natychmiast pani z nieukrywaną satysfakcją. – I mówi po polsku i niemiecku!

Staram się jak mogę nie ulegać stereotypom, prezentować podejście obiektywne, oraz do własnych rodaków odnosić się jak do innych przedstawicieli gatunku homo sapiens, ale ta opisana powyżej to jest chyba typowo polska cecha…

Dziś zagadka

Kto wie, niech nie mówi i pozwoli innym zgadnąć, chyba że ta reklama jest (albo była) również w Polsce, w którym to wypadku przepraszam. Zagadka: co może być przedmiotem następującej reklamy radiowej: głos męski prosi o hamburgera i colę. Głos męski z głośnika odpowiada
– To jest drive-in, trzeba być samochodem.
– Ale ja jestem samochodem! – odpowiada klient.
– Nie proszę pana, pan jest pieszo! – upiera się ten przez głośnik.
– Jestem samochodem, tylko go tu nie ma, i to wszystko… – spuszcza z tonu niedoszły klient. Następuje konkluzja i reklama właściwa, pytanie – CZEGO?

Różnica

Różnica między Polską a Francją została mi pokazana na przykładzie usług telekomunikacyjnych. W obu wypadkach chodziło o biura obsługi klienta dużych potentatów na lokalnym rynku. Francuska pani obsługująca była przemiła, uśmiechnięta, i absolutnie niekompetentna. Nie umiała obsłużyć własnego programu do zbierania danych klientów i musiała go wypełniać ponownie, z pomocą swojego kolegi, który był nieco bardziej profesjonalny, ale i tak przeprowadził ze mną miłą pogawędkę na temat tego, gdzie jadę na urlop, czemu do Polski, czy może jechać ze mną, i jak to było w Rumunii w latach 90-tych, a jak w 2000-tych. Spisana wtedy umowa oczywiście do dzisiaj, czyli miesiąc później, nadal nie została zrealizowana, a indagowany przez telefon przedstawiciel wiadomego potentata udziela odpowiedzi wykrętnych lub nie udziela ich w ogóle.

Polskie biuro obsługi czynne było w niedzielę, o czym nikomu we Francji się nie śniło. Urzędowała w nim bardzo ładna i bardzo poważna blondynka, która popatrzyła na mnie jak na śmiecia, kiedy zrelacjonowałam swój problem używając języka, jak mi się zdawało, polskiego.
– Ale pani chodzi o odblokowanie czy o reaktywację? – zapytała mnie surowo.
– Nie mam pojęcia, jak to się nazywa dokładnie – odparłam uprzejmie – Ja zrobiłam A, Państwo zrobili B, i teraz telefon nie działa, a chciałabym, żeby działał. Wszystko mi jedno, jak to się nazywa… (Chciałam dodać, że to, co zwiemy różą, pod inną nazwą nie mniej by pachniało, ale się powstrzymałam). Pani wydęła usta i obdarzyła mnie spojrzeniem mówiącym bardzo wyraźnie, co sądzi o osobach, które do rozmowy się nie przygotowały należycie i nie wiedzą, jakiego języka używać w poważnej instytucji. Jednak sprawę załatwiła błyskawicznie i nazajutrz miałam już działający telefon.

Film polski cd.

Kolejnym polskim filmem była „Wojna polsko-ruska”.
– Ja przecież mówiłam, że tego się nie da nakręcić. I miałam rację! – orzekłam z satysfakcją po paru minutach oglądania. Ale po pewnym czasie oznajmiłam, że jednak muszę odwołać te zeznania, bo dało się nakręcić. Z całą pewnością warta obejrzenia jest co najmniej zaskakująco dobra kreacja Szyca, oraz ten fragment, gdzie Masłowska grająca Masłowską siedzi naprzeciw Szyca wypowiadającego słowa, które ona sama napisała. To musi być szczególne uczucie. Poza tym pod koniec nagle dotarło do mnie (czego w książce uprzednio nie zauważyłam), że jest to rzecz o miłości: Magda Silnego jest Laurą Petrarki, Elą Adasia Miauczyńskiego, Moną Henry’ego Millera, Izoldą Tristana, i tak dalej przez wieki, nieustannie w każdej epoce i w każdej cywilizacji tak samo, bez względu na podmiot: „jest tylko Beatrycze i jej właśnie nie ma”.

– A teraz musimy w końcu przerwać passę dobrych filmów polskich – oświadczył szwagier przynosząc „Ogród Luizy”. Udało mu się. Zaczyna się całkiem ciekawie, i tu już Kingę Preis rozpoznałam natychmiast. Po czym następuje wolta. Rzecz dzieje się w psychiatryku, więc wolta robi mniej więcej takie wrażenie, jakby w dwudziestej minucie „Lotu nad kukułczym gniazdem” siostra Ratched uśmiechnęła się serdecznie, podeszła do McMurphy’ego, uścisnęła mu rękę i stwierdziła
– Stary, myliłam się co do ciebie, w sumie to jesteś fajny i bądźmy już kumplami.
„Lot nad kukułczym gniazdem” pewnie tu by się na szczęście skończył, „Ogród Laury” jednak niestety nadal trwa i jest czymś w rodzaju przeraźliwego harlequina romantycznego we wnętrzach zaprojektowanych przez scenografów polskich zapatrzonych ślepo w „Dynastię”. Bolało. Ratowaliśmy się ze szwagrem coraz złośliwszymi komentarzami, ktore jednak traciły na mocy w obliczu tego, co spływało z ekranu, i kiedy byliśmy już o krok od wyłączenia telewizora, film nagle wykonał kolejną woltę i na chwilę zrobił się znowu dobry. Doszłam wtedy do wniosku, że scenarzysta miał rozdwojenie jaźni: chwilami miewał dobre pomysły, ale przewagę brała nad nim osobowość grafomańska, która dobrnęła aż do zakończenia.
– Ty wiesz, ten film byłby całkiem dobry… – zaczął osłabiony szwagier na tle napisów końcowych.
– … gdyby był INNY! – uzupełniłam szybko.
– No tak – zgodził się szwagier – gdyby nie był zły.
Ale jeśli ktoś z moich czytelników jest siedemnastoletnią dziewicą pragnącą śnić o przystojnym, brutalnym, lecz z gruntu dobrym i wrażliwym gangsterze Dorocińskim, oraz byciu ubieraną w nowe kiecki przez uczciwą rosyjską prostytutkę o złotym sercu, to gorąco polecam. Pozostałym raczej nie, bo nie ma takiej ilości alkoholu, która zapewniłaby adekwatne znieczulenie.