Impossible Things

Kiedy mówisz ludziom, że pisujesz science-fiction, odpowiadają ‚Och,
to o statkach kosmicznych i obcych’ a potem chcą znać twoje
kwalifikacje. ‚Jak ty wymyślasz te wszystkie dziwne światy’ – pytają.
‚Na pewno studiowałaś jakiś naukowy kierunek?’. Najlepiej przytaknąć,
nawet jeśli studiowało się anglistykę. Nie dojdziesz donikąd usiłując
wyjaśnić, że podpisujesz się pod teorią literatury Miss Marple, która
głosi, że wcale nie musisz wychodzić poza swoje własne podwórko, żeby
zrozumieć wszechświat. I nie da się im powiedzieć, że i owszem,
widziałaś kilka dziwnych światów, choć wcale nie potrzebowałaś statku
kosmicznego, żeby się do nich dostać. I tak by nie zrozumieli.
” (Connie Willis, z przedmowy do opowiadania „Time Out”, tłumaczenie własne)
W opowiadaniach Connie Willis rzeczywiście pojawiają się obcy, ale
przypominają japońskich turystów ogarniętych obsesją kupowania pamiątek
albo ciotunię Judith. Jeśli dwoje szalonych naukowców postanowi
skonstruować maszynę do podróży w czasie, to na pierwszy plan i tak
wedrze się kryzys wieku średniego. Jeśli już mowa o przyszłości, to
bardzo nieodległej i różniącej się od znanej nam teraźniejszości tylko
tym, że wszystkie psy wymarły na neoparwowirozę (oraz, przy okazji, Indianie). I tak dalej. Właściwie
można nawet nie zauważyć, że mamy do czynienia z fantastyką, jeśli się
nie przyglądać bardzo uważnie. To po prostu znakomite, cholernie
inteligentne, przezabawne, cudowne teksty, którym patronuje Jane Austen,
miłość do literatury, wnikliwy zmysł obserwacji bliźnich i niezrównane
poczucie humoru. Z zachwytem czytam (nie po raz pierwszy) „Impossible
Things”, ale większość z tych opowiadań można znaleźć po polsku w tomach
„Śmierć na Nilu” i „Niebieski księżyc”. Polecam bezwarunkowo – również
powieść „Przewodnik stada”, jeśli gdzieś kiedyś dostaniecie.

Paliwa nie ma, reklamy są

Chyba za wcześnie tę poprzednią notkę napisałam, bo radio poranne ledwie się włączywszy wsączyło mi do uszu posępną informację, że nadal jedna na pięć stacji nie ma paliwa… oprócz regionu paryskiego oczywiście (gdzie, w domyśle, braków jest więcej). Trudno, najwyżej przyjdzie mi stać w jakiejś kolejce samochodowej.

Wśród nowych reklam w radiu na plan pierwszy wybijają się te idiotyczne, o których pisać nie będę, bo szkoda bitów, a których jest irytujący nadmiar, oraz jedna naprawdę dobra. Pierwszy głos z pełną powagą wygłasza jakieś zdanie po niemiecku. Drugi głos tłumaczy na francuski, że samochód pewnej marki niemieckiej ma to, tamto, siamto i owamto. Pierwszy głos solennie wygłasza zdanie kolejne. Na to głos francuski powiada
– Bert, przestańże już, nie trzeba znać niemieckiego żeby wiedzieć, że niemieckie samochody są solidne!
Na piśmie to oczywiście zupełnie nie to, trzeba usłyszeć tę tonację – jest w niej lekka, tak typowo francuska, nutka wyższości. Reklama jest genialna i straszliwie zapada w podświadomość. Natomiast usiłowałam to samo powiedzieć po polsku i nijak mi się nie udaje. Co próbuję, to między głoskami słychać w podtekście „tak, bo wy Niemcy zbombardowaliście nam Warszawę, a potem mieliście RFN, a my mieliśmy Stalina, więc nic dziwnego, że wasze auta są lepsze, i powinniście nam je wszystkie oddać za darmo!”. Poza tym zastanawiam się, jaka byłaby reakcja Polaków, gdyby powstała analogiczna reklama z puentą „Zdzisław, daj spokój, nie musimy zaraz znać polskiego, żeby się dogadać z polskim hydraulikiem!”. Chociaż wiecie co – tak naprawdę to się nie zastanawiam.

O rzucaniu benzyny

Podobno francuskie problemy z benzyną zbliżają się do końca. Trzy rafinerie wczoraj wznowiły pracę, a składy paliw zostały odblokowane. Strajki były w proteście przeciwko reformie systemu emerytalnego, a zwłaszcza podniesieniu wieku przechodzenia na emeryturę z 60 na 62 lata (rozłożone w czasie na 6 lat). W życiu codziennym oznaczało to, że na około 25-30% stacji benzynowych (w regionie paryskim momentami i więcej) nie było zaopatrzenia, i że korki tworzyły się w zupełnie nowych miejscach, spowodowane przez gigantyczne kolejki do tych stacji, gdzie benzyna akurat chwilowo była. Wczoraj rano na przykład zablokowana została moja ulica, ponieważ rzucili paliwo na pobliskie BP. Dziś rano widziałam tam już tylko jakieś 15 aut. O dziwo normalnych korków to wszystko wcale nie zmniejszyło, a miałam taką nadzieję. Piszę o tym lekko, bo udało mi się uniknąć stania w takiej kolejce, i mam nadzieję że już tak zostanie, ale oczywiście gdybym musiała, to ta notka wyglądałaby zupełnie inaczej.

Nie jestem komunistyczną babą

Nie mam pojęcia czemu, ale usłyszawszy o „Jestem komunistyczną babą!”
Dana Lungu ubzdurałam sobie, że Dan to imię żeńskie (no co, od Danieli
mogłoby być) i że to autentyczne zapiski kobiety, która pragnie się
odnaleźć w postkomunistycznej rzeczywistości. Otóż wcale nie. Dan Lungu
jest czterdziestolatkiem, pisarzem, dramaturgiem i socjologiem, a jego
bohaterka za rumuńskim komunizmem szczerze tęskni. To nie do końca jest
powieść, bardziej zlepek scen i anegdot z brodą. Jeśli o fabułę chodzi,
to dorosła córka bohaterki wyjechała do Kanady i usiłuje telefonicznie
matkę przekonać, żeby w wyborach nie głosowała na komunistów, a ta się
upiera przy swoim.  Rzecz jest średnio zabawna i niewiele nowego
wnosząca do tego co już do znudzenia wiemy; a z drugiej strony chyba
jednak warto nieustannie sobie przypominać i uświadamiać, nawet jeśli
tamte czasy się z trudem w wyobraźni mieszczą. A po rumuńsku „baba” to „babă„, ot i ciekawostka.

Kaja

Blokadę mam na pisanie, bo chodzi mi od paru dni po głowie tylko to, że Kaja, z którą się sto lat temu (czyli jak przyjechałam do Francji) poznałam przez ten blog (ponieważ go czytała, i nadal mnie zdumiewa, że prawdziwi żywi ludzie go czytają), wylądowała ostatnio w szpitalu z bardzo poważną chorobą. Miała się w końcu przenieść do Francji, znalazła pracę, miałyśmy się widywać, nasi synowie (ten sam rocznik) mieli się bawić razem, a tu znowu nic z tego. Już wprawdzie wyszła i zdaje się, że jest relatywnie lepiej, ale nadal mam nieokreśloną, za to intensywną pretensję do Losu, że nie tak to miało być, i nie mogę się otrząsnąć. Bardzo serdecznie Państwa proszę o trzymanie kciuków, przesyłanie w jej kierunku dobrych fluidów, czy co tam macie w zanadrzu na takie okoliczności.

Byczki w pomidorach

„Byczki w pomidorach” się faktycznie nawet nadają do czytania, jak na nową książkę Chmielewskiej, których unikam z zasady, i jakby whoever  nie napisała kiedyś, że można, to bym tej też uniknęła. Chmielewska wraca tu do jednej ze swoich najlepszych fabuł, czyli „Wszystko czerwone”;  swoją drogą podejrzewam, że w dużej części napisała to ładne parę lat temu, a teraz dopiero wyciągnęła na światło dzienne i trochę podopisywała. Mamy Alicję, niespodziewanych gości, trupa i pana Muldgaarda. Tyle zalet. Trup pojawia się bardzo późno, a przedtem, i potem zresztą też, mamy gadanie, ględzenie, gadanie, dialogi, gadanie. Oraz co chwila ktoś nastawia czajnik, żeby zrobić herbatę oraz kawę, dzięki czemu co najmniej ze trzydzieści razy się dowiadujemy, że Alicja pije dużo kawy. Poza tym Chmielewska ma tu nową idée fixe – jak łatwo jest przyrządzać jedzenie (w kapitalizmie, jeśli dobrze rozumiem). Bezustannie podkreśla, że kupiła rybę, gotowe ziemniaki, i roboty z tym w ogóle nie było żadnej. Na tej fali jadąc wygłasza też zdanie, że kobiety mają wrodzone wyczucie czasu, na jaki należy nastawić na przykład te nieszczęsne ziemniaki, i tu sobie prychnęłam, bo prawie jednocześnie zeznaje, że dwóch synów wychowała tak, aby byli samoobsługowi – to nie przyszło jej do głowy, że to jednak kwestia wychowania i wprawy, a nie posiadania macicy i jajników? Ale to muszą być kawałki pisane już w tym tysiącleciu, w poczuciu misji „tylko ja wiem, jak należy być Prawdziwą Kobietą”.

Jest tak

W Polsce mi się wydaje, że bezustannie bez sensu suszę zęby i może należałoby spoważnieć, a we Francji łapię się na tym, że chyba uśmiecham się za mało i na pewno mają mnie za tę ponurą babę z Europy Wschodniej…