Pomyłka

W piątek najnormalniej w świecie zadzwoniłam do siostry. W słuchawce odezwał się obcy głos starszej pani.
– O przepraszam, pomyłka – rzekłam odruchowo i się rozłączyłam. Popatrzyłam na telefon – ki czort, przecież wybieram z książki telefonicznej, skąd niby nagle pomyłka? Ale nic to, wybrałam numer jeszcze raz, nieco uważniej. Ten sam głos odezwał się znowu.
– Przepraszam, ale ja się znowu do pani dodzwoniłam – rzekłam zdumiona – a czy to w ogóle Warszawa?
Pani potwierdziła, sprawdziłyśmy numer, zupełnie nie ten. Pożegnałam się i spróbowałam jeszcze raz, wybierając tym razem numer z klawiatury. Ponownie trafiłam na panią, przeprosiłam i obiecałam, że więcej nie będę już tego wieczora próbować. Popatrzyłam na telefon podejrzliwie i wymyśliłam, że to ani chybi świeżo zainstalowany światłowód mi jakieś figle płata. Choć z drugiej strony z Warszawą łączy, więc to chyba nie Francuzi, ale… Sprawdziłam dzwoniąc do warszawskiej ciotki, gdzie dodzwoniłam się bez najmniejszych problemów, a jakość połączenia była doskonała. W sobotę ponownie spróbowałam pogadać z siostrą.
– Dzień dobry, widzę, że znowu trafiłam na panią – przywitałam się ze znajomą z poprzedniego dnia.
– Tak, tak, wczoraj było pięć pomyłek – rzekła pani ze znużeniem.
– Proszę to zgłosić do operatora, przecież to musi być jakiś problem u nich, ja na pewno dzwonię do siostry – poradziłam i się pożegnałam.
W niedzielę z ciekawości spróbowałam znów.
– Ja już to zgłosiłam do operatora, linia jest faktycznie uszkodzona, mają do wtorku naprawić – rzekła miła starsza pani. Pożegnałam się, obiecując jej nie nękać do wtorku. Ale wiecie co, naprawdę myślałam, że w XXI wieku takie rzeczy są już passé…

Salage

Gdy wczoraj wieczorem wracałam obwodnicą paryską, tablice informacyjne głosiły dumnie „salage en cours”, czyli „posypywanie solą w toku” i trochę mnie zatkało, bo było zupełnie sucho i ze cztery stopnie na plusie. Mieli jednak rację, gdyż dziś rano obudziłam się w świecie przykrytym pięciomilimetrową warstwą bieli i podobno jest zero stopni w Paryżu intra-muros oraz -1 wokół niego. Moje dane twierdzą że jest +2, ale nie czepiajmy się szczegółów, śnieg w każdym razie leży.

Notka, w której mowa o milionach

Najnowsza Polityka przyszła tym razem szybko i sprawnie, a w niej fascynujący artykuł o in vitro. Niby już wszystko wiedziałam, a jednak przeczytałam z zapartym tchem. Szczęka mi opadła przy stwierdzeniu, że w Polsce są 2 mln bezpłodnych par – czyli 4 mln ludzi. Jeśli uprawnionych do głosowania jest 30 mln, i odliczymy z tego ludzi po wieku reprodukcyjnym, to wychodzi, że mniej więcej jeden na sześciu miałby problemy z płodnością (swoją lub partnera)? Trudno mi uwierzyć. Ale to może być jednak prawda, bo WHO obniża cały czas normę dotyczącą ilości plemników w nasieniu: na początku wieku było to 100 mln w mililitrze, pięć lat temu 20 mln, dzisiaj 15 mln! Wygląda na to, że już nasze wnuki będą robione wyłącznie metodą laboratoryjną, lub homo sapiens zakończy swój pobyt we Wszechświecie, co akurat wcale mnie nie martwi.

Poza tym w tejże Polityce jest dokładne streszczenie „Ślimaka na zboczu” Strugackich, które przeczytałam dwa razy nie mogąc uwierzyć własnym oczom, bo streszczanie fabuły tej książki ma mniej więcej tyle samo sensu, co opowiadanie, o czym jest „Czekając na Godota” albo „Proces”. Rozumiem, że należało jakimiś literami zapełnić stronę do końca, ale lepiej byłoby już przedrukować fragment powieści w takim razie.

Niemieckie stopy

Rok 2010 przejdzie do historii jako ten, w którym odkryłam, że mam niemieckie stopy. Dalibóg nie wiem skąd, bo o żadnych niemieckich przodkach w rodzinie nie było nigdy mowy, a ci znani to raczej z przeciwnego krańca Polski pochodzili, ale w końcu w tych sprawach nigdy nic nie wiadomo na pewno. Taki Aleksander Puszkin na przykład, kto by go posądził o czarnoskórego pradziadka. Albo twórca tego Chrystusa z Rio de Janeiro, który od niedawna już nie jest największy na świecie – wiedzieli Państwo, że był wnukiem powstańca styczniowego?

Wierni i wiekowi czytelnicy tego bloga mogą pamiętać me użalania się nad problemem butów, które pojawiały się tu nieraz, ponieważ przez całe moje dorosłe życie nie napotkałam butów, które by mnie nie obcierały. Aż do tego lata, kiedy zupełnie przypadkiem przechodziłam koło jakiegoś obuwniczego, gdzie wpadły mi w oko całkiem przyjemne sandałki. Przymierzyłam, zapłaciłam, wyszłam w nich ze sklepu i chodziłam w nich następne parę dni (robiąc jednakowoż przerwy na prysznic i sen), nie nalepiając na stopy me osobiste ani pół plastra. Ani ćwierć plastra. W ogóle o plastrze nie myśląc. Nie mogłam wyjść z podziwu nad tym niespotykanym zjawiskiem. Sandałki były niemieckiej firmy Rieker i jesienią wróciłam do tego cudownego sklepu, gdzie przymierzyłam jedne niewiarygodnie wygodne buty, których jednak nie kupiłam ze względu na kolor, a nabyłam inne, nieco mniej spektakularnie komfortowe, które również radośnie nosiłam wielokrotnie bez efektów ubocznych.

Jakiś miesiąc temu znów przypadkiem weszłam do innego obuwniczego, przymierzyłam krótkie botki, zachwyciłam się, i zostałam zapytana, czy znam firmę – Tamaris.
– Nie, nie znam, pierwsze słyszę – odparłam zgodnie z prawdą, po czym dodałam tonem bynajmniej nie pytającym – niemiecka.
Niemiecka istotnie, botki noszą się znakomicie, w domu zalegają mi zapasy niepotrzebnych plastrów w wielkim wyborze, a ja podejrzliwie, lecz nie bez czułości przemawiam do moich stóp „wy szwabki jedne, wy!”

Przechodniu, wejdź śmiało pod koła

Moje niedawne apele do przechodniów, które wzbudziły w mych PT Czytelnikach wiele emocji, znalazły dość nieoczekiwany finał. Mianowicie od tygodnia w słodkim kraju Francja pieszy ma na ulicy bezwzględne pierwszeństwo, czyli może wyleźć na jezdnię gdziekolwiek, a kierowca ma obowiązek go przepuścić. Jak kierowca ma to zrobić, kodeks nie precyzuje, ale być może tylko kwestią czasu jest zapisanie w nim, że kierowca ma obowiązek zapewnić sobie drogę hamowania długości zero. W końcu papier jest cierpliwy i wszystko zniesie. Próbuję się zdecydować, czy ustawodawca nie lubi bardziej kierowców czy jednak pieszych, i wychodzi mi, że jest to mizantrop, który pragnie pozabijać pieszych przy pomocy kierowców, tych z kolei umieścić w więzieniu, i mieć już spokój w tym pięknym państwie. Przesiadam się w takim razie na rower.

Parc Asterix

Disneyland odwiedziłam dwa razy, przyszła kolej na jego wersję rodzimą, czyli Parc Astérix. Organizacja jednak sporo słabsza, ale za to nie ma aż takiej komerchy, albo usilnie w to chciałam wierzyć. Na atrakcji, gdzie się jeździło replikami starych aut, i „radar” po drodze robił zdjęcie, nie miałabym pojęcia, że to zdjęcie można potem kupić, gdyby mi uprzednio napotkany kolega nie powiedział. Budka z fotkami stała wciśnięta gdzieś z boku i niemal zamaskowana. W Disneylandzie trudno byłoby mi ją przeoczyć oraz wyrwać się ze szponów sprzedających. Bardzo mi się podobał spektakl na lodzie, jednak sporo większa atrakcja od Disneyowskiej parady. Są też pokazy delfinów, na które mi się nie udało załapać, trudno, będzie po co wracać. Urokliwy jest kawałek osiemnastowiecznego Paryża w miniaturze, i z całą pewnością nie raził tak mojego poczucia estetyki jak pałacyk u konkurencji. Doceniłam też parking gratis, niestety to tylko poza sezonem. 

A skąd

– A pani akcent, to skąd jest – zapytał kasjer na stacji benzynowej, przyjąwszy ode mnie opłatę.
– Yyy – odparłam niemądrze, gdyż w piątek rano nawet nad pytaniem o pochodzenie muszę się chwilę zastanowić – Pologne!
– Pologne? – zdumiał się on. – A ja znałem Polaków i mówili z innym akcentem.
– Aha – powiedziałam słabo, zastanawiając się czy ja aby na pewno jestem z Polski, po czym temat mnie nagle zainteresował – a pan myślał, że ja skąd?
– Ależ nie nie nie – spłoszył się nagle on – ja nie wiem, bo każdy ma jakiś akcent, nic w tym przecież złego…
– No dobra, ale myślał pan, że mój to skąd – drążyłam temat, bo już teraz nie zamierzałam odpuścić.
– No… północ Europy… Skandynawia – zeznał, spłoszony nie wiedzieć czemu.
– O, to ciekawe. Już mnie za Angielkę i Niemkę też brano – ucieszyłam się myśląc jednocześnie „taa, akcent, już to widzę, wysoka blondynka i tyle, żaden akcent”.
– Do-wi-dze-nia – pożegnał mnie starannie wymawiając głoski i dowodząc, że faktycznie jakichś Polaków znał. Albo Polki.