I oto

Nadeszła ta wiekopomna chwila, w której dam Państwu odpocząć od tego bloga aż do przyszłego roku. Proszę trzymać kciuki za punktualne starty i łagodne lądowania.

Życzę sobie i Państwu bardzo pogodnych Świąt, a na nadchodzące 365 dni określane zbiorczym numerem 2011: więcej życzliwości dla bliźnich, samodzielnego myślenia, przyjaciół, pogody ducha i poczucia humoru (bez względu na to, ile się tego wszystkiego już ma, zawsze przyda się trochę więcej).

Impreza w muzeum

Kiedy marudziłam jakiś czas temu na temat, gdzie będzie noworoczna impreza firmowa, usłyszałam tajemnicze
– A bo my szukamy jakiegoś specjalnego miejsca..
– To może na Wieży Eiffla, albo na Tour Montparnasse – prychnęłam i zapomniałam o temacie. Jednak okazało się, że faktycznie szukali specjalnego miejsca, i nawet znaleźli – muzeum kart do gry. Impreza zaczęła się od zwiedzania z energiczną panią przewodniczką, która najpierw objaśniła, że karty do gry wywodzą się z Chin (oczywiście) i że początkowo miały zastąpić domino, które było grą popularną, lecz ciężką i nieporęczną. Następnie pokazała nam prześliczną bogato złoconą kartę wykonaną techniką iluminacji (jak ilustracje w średniowieczu) i dumnie wyjaśniła, że jest to egzemplarz unikatowy. Chociaż nie całkiem – są jeszcze dwie podobne (pokazane obok w postaci slajdów) i znajdują się one… à Varsovie.
– Że CO?! – zapytałam, nie wierząc własnym uszom. – Czy ona naprawdę powiedziała Varsovie? – zwróciłam się do kolegi.
– Tak – rzekł kolega.
Pozostałe dwie średniowieczne karty do gry znajdują się zatem w warszawskim Muzeum Narodowym, i nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły. Ani czy są czasem wystawiane. Ale jeśli to kogoś interesuje, może spróbować się dopytać u źródła. A ja, całkiem jak ten Kant, mogłam się w ogóle nie ruszać z miasta rodzinnego.

Potem przemówił nasz szef, oznajmiając, że mieliśmy bardzo dobry rok, i że przygotował dla nas z tej okazji prezent. Pierwsza myśl, jaka przemknęła mi przez umysł, brzmiała „o – dostaniemy premie!”. Druga myśl nadeszła dostojnie za pierwszą i oznajmiła „oszalałaś całkiem? To Francja jest”. Istotnie, tu się nie pracuje dla pieniędzy i nikt pracownika nie obrazi posądzeniem, że mógłby chcieć premię. Mamy więc dostać smartfony. Kiedy jeszcze pracowałam w Polsce, w ślad za informacją o dobrym roku poszedł pasek wypłaty, i to taki, że przyglądałam mu się z niedowierzaniem przez tydzień, a potem kupiłam samochód. Ale w końcu nikt mnie we Francji siłą nie trzyma, więc nie wypada narzekać, a smartfon lepszy niż nic.

Następnie pozwolono nam zainteresować się cateringiem, który był jak zwykle – śliczne kolorowe tartinki z nie wiadomo czym. Ponieważ panicznie boję się przypadkiem napotkać ser pleśniowy, zawsze przyglądam im się bardzo nieufnie, jednak los był dla mnie łaskawy. Na ser pleśniowy z orzechami trafiła towarzysząca mi Inka i była tym zachwycona. De gustibus. Poszłyśmy usiąść nieopodal, a organizator zapytał, czy chcę iść zrobić coś, czego kompletnie nie zrozumiałam. Na wszelki wypadek odrzekłam, że nie. Ale potem przyszła koleżanka i zapytała o to samo, więc tym razem już się dopytałam. Okazało się, że w salce obok urzęduje pani wróżąca z kart. Stosunek mam do tego co najmniej sceptyczny, jeśli nie prześmiewczy, ale uznałam, że raz w życiu mogę zobaczyć jak to wygląda. Pani miała na sobie tyle biżuterii, że kompletnie nie mogłam się skupić na tym co mówiła, a pytała mnie na przykład, czy mam dzieci. W ostatniej chwili zdążyłam się ugryźć w język i nie powiedzieć „a jak pani jest wróżką, to powinna pani sama wiedzieć!”. Potem rozłożyła karty i zasępiwszy się orzekła, że interesująca mnie kwestia to raczej nie w przyszłym roku, chociaż oczywiście to tylko karty, i ona niczego nie wie na pewno, muszę być otwarta na wszystko oraz się nie wahać. Co jest zupełnie dobrą konkluzją i się sprawdza w bardzo wielu przypadkach.

Udałyśmy się potem zwiedzać jeszcze trochę wystawę, i chcemy te wszystkie cudne pudełka na karty do gry, które tam mają, oraz te żetoniki z masy perłowej. W ramach atrakcji rozstawiono stoliki do gier karcianych, i kiedy koleżanka zaczęła mi tłumaczyć zasady gry w blackjacka, oświeciło mnie, że to jest przecież nasze oczko. Uznałam, że gra w oczko nie przekracza moich możliwości nawet po trzech kieliszkach wina i możemy zagrać; ale na drodze stała ruletka. Spojrzałam niezobowiązująco. Krupier objaśniał zasady:  wiedziałam o parzystych, nieparzystych, czerwonych i czarnych, ale nie wiedziałam, że można obstawiać cztery albo sześć liczb naraz, albo cały rząd, albo całą kolumnę.
– Chcecie spróbować?
Chciałyśmy. Wciągnęło mnie szybciej niż sądziłam. Obstawiałam głównie dwunastki. Wygrywałam, wygrywałam, wygrywałam, po czym nagle wszystko przegrałam. Krupier orzekł mądrze, że gra w ruletkę wcześniej czy później się tym właśnie kończy. I nagle okazało się, że należy już się udać na spoczynek. Przy wychodzeniu szatniarka podała nam płaszcze, po czym spytała Inkę, czy miała torbę. Inka stanowczo i bez namysłu odparła na to „oui”. Było już późno i kilka kieliszków wina przepłynęło przez moje gardło, więc kompletnie nie zorientowałam się, że jakoś nagle zaczęła rozumieć po francusku, i ubierałam się spokojnie dalej. Pani spróbowała się więc dowiedzieć, jaka ta torba była. Bez rezultatu, więc powtórzyła pytanie, i tu już Inka zdecydowała się zwrócić moją uwagę na fakt, że pani coś od niej chce. Ocknęłam się w końcu i wyjaśniłam, że nijakiej torby nie miała, i przepraszam bardzo, ale koleżanka nie mówi po francusku.
– A to się zdarza – odparła z wyrozumiałym uśmiechem pani szatniarka.

Uważam, że była to jedna z lepszych imprez firmowych, w jakich miałam okazję uczestniczyć. Byłaby niewątpliwie lepsza, gdyby nie była w środę, ale to doprawdy drobna wada.

Kataklizm à la française

Kiedy wczoraj rano radio oznajmiło surowo „przewidywane obfite opady śniegu. 3 centymetry!” to nawet się uśmiechnęłam pod nosem. Ale kiedy po południu faktycznie zaczęło sypać i nie chciało przestać, mina mi rzedła z kwadransa na kwadrans. Nie chodziło o sam śnieg, tylko o to, co się będzie wyprawiać na drogach. Nie przewidziałam tego, że w panice pozamykają główne drogi, a to właśnie uczynili, cały ruch skierował się zatem na boczne, z wiadomym skutkiem. Strona komunikacji miejskiej padła z powodu obciążenia i informowała tylko, że żadne autobusy w rejonie paryskim nie jeżdżą. Wyszłam z pracy o 17, było jakieś +3, śnieg (ostatecznie według oficjalnych komunikatów w sumie 11 cm) częściowo stopniał, częściowo zamienił się w nieprzyjemną śliską breję. Kawałek od pracy jechało się zupełnie dobrze, acz bardzo powoli, na drodze było pusto, dopóki nie natknęłam się na osobnika stojącego na środku drogi i nie mogącego ruszyć pod lekką górkę. Zaraz zebrała się ekipa ratunkowa, coś wsadzili pod koła i auto ruszyło. Wyjechałam na główniejszą drogą i stanęłam. Dobre 20 minut przestałam kompletnie bez ruchu. W końcu trochę się ruszyło. Przepchałam się jakoś bokiem do mostu, który dla odmiany był całkiem pusty, ale moja radość nie trwała długo, bo za mostem – byłam już jakieś 2 km od domu – stanęliśmy znowu. I staliśmy. I staliśmy.

Radio prosiło, żeby pod żadnym względem nie porzucać auta na środku drogi, tylko w nim zostać. Informowało też w ramach ciekawostek, że zamknięta dla turystów została wieża Eiffla. Na pobliskim rondzie zablokowana została straż pożarna, która w desperacji w końcu wjechała pod prąd tuż koło mnie i tak stanęła. Nie było się gdzie ruszyć mimo najlepszych chęci. W końcu jakoś bocznymi drogami dotarłam do żłobka o 19, moje dziecko nawet nie było tam jedyne. Ostatni teoretycznie kilometr objechałam naokoło, ale mimo to prawie pod samym domem znowu napotkałam blokadę. Ryzykownie manewrując pojechałam pod prąd i dotarłam do domu o 20, zmęczona, ale szczęśliwa.

Rano dowiedziałam sie z radia, że ponad 3 tysiące ludzi w rejonie paryskim spędziły noc w centrach noclegowych, sporo innych w samochodach na środku drogi. Tłumy nocowały na lotnisku Charles de Gaulle, gdzie ruch powietrzny został całkowicie wstrzymany. Na drogach nadal są ponad 2 tysiące zablokowanych ciężarówek, główne drogi są ciągle zamknięte. Minister spraw wewnętrznych oświadczył, że mieliśmy do czynienia z fenomenem meteorologicznym o rozmiarach niespotykanych od pokolenia. I że zdecydowanie odradza wyjeżdżanie dziś autem, ponieważ jest gołoledź. Nieco oklapłam i nie spieszyłam się z wychodzeniem z domu, ale jak już wyszłam, to uznałam, że ja sobie sprawdzę na własne oczy, jak to wygląda. Droga owszem była dość śliska, ale na większości główniejszych dróg było praktycznie czarno (choć te naprawdę główne, jak N118, były zamknięte na amen). Za to niemal kompletnie pusto. Dojechałam do pracy bez żadnych problemów, acz rozważnie nie przekraczałam 50 km/h. Świat wyglądał jak po kataklizmie, na chodnikach i poboczach porzucone były liczne auta. Sytuacja ma wrócić do normy dziś po południu. Opady śniegu nie są na razie przewidywane, i oby ta prognoza się sprawdziła.

Na ogół znajdują

Udałam się ostatnio na pocztę, bo czasem trzeba. Na ten pomysł jednocześnie ze mną wpadło jeszcze kilka osób, tak więc staliśmy sobie karnie oczekując na swoją kolej, a mnie w pewnym momencie zdało się, że słyszę język ojczysty. „Omamy słuchowe już mam ze zmęczenia” mruknęłam do siebie, i oczekiwałam dalej. Jednak za pięć minut podszedł do mnie sympatyczny młodzieniec, i w tymże języku zapytał nieśmiało
– Czy pani mówi..
– Mówię po polsku! – ucieszyłam się, że jednak słuch mi nie płatał figli. – Tak mi się właśnie zdawało, że słyszałam polski!
– A po francusku..? – indagował nadal młodzieniec.
– Też – zeznałam.
– A pomoże mi pani, bo ta pani coś ode mnie chce, i ja nie wiem co. Dostałem awizo, wczoraj już byłem, i nie wiem o co chodzi… – rozgadał się młodzian.
– Na pewno zgubili, oni tu zawsze gubią – wyjaśniłam radośnie, nie dodając, a powinnam była uczciwie, że wprawdzie gubią, ale zawsze (jak dotychczas) w końcu znajdują. – Albo mieli incident local, nie mogli dostarczyć i nie wiedzą gdzie jest – ciągnęłam dalej ku rosnącemu zdumieniu młodego człowieka. Pojawiła się jednak pani z obsługi, rzekłam do niej, że ja będę tłumaczyć, ona się zatroskała wskazując kolegę
– Ale tu kolega mówi po angielsku i miał po angielsku…
– Ale ja mówię po francusku – nie dałam koledze żadnej szansy posłużenia się nabytym językiem obcym.
– Ja tylko chciałam wiedzieć, czy ten pan był tu już wczoraj – powiedziała pani. Wiedziałam już, że tak, więc to jej powiedziałam, ona się rozpromieniła, gdzieś na chwilę znikła i wróciła z listem. Młodzian się ucieszył, podziękował mi, ja zaś na swoją przesyłkę musiałam jeszcze poczekać. Dość długo, ponieważ jej szukali. Ale się doczekałam i to się liczy.