A ja nie chcę sobie robić raju

Rozczarował mnie „Zrób sobie raj
Szczygła ze względu na kuriozalne moim zdaniem dociekania, jak
mianowicie Czechom żyje się bez Boga. Po pierwsze w Polsce też są, uwaga
uwaga, ateiści, żyją normalnie i mają się całkiem dobrze. Nie licząc
swej własnej osoby, znam osobiście całkiem nieźle z ośmiu innych (co do
których jestem absolutnie pewna), a nie starałam się wcale szczególnie
akurat ich znaleźć. I nie są to wcale wielokrotni mordercy. Ani nawet
jednokrotni. Pan Szczygieł chyba byłby taką wieścią zdumiony mocno.
Po drugie jeśli już nawet przyjmiemy, że ateista w kraju katolickim to
nie to samo co ateista w kraju ateistycznym, to co to za pytania „jak
pani nie wierzy w Boga, to czemu pani jest dobra?” Dziesięciolatkowi by
może uszły na sucho, ale inteligentnemu pisarzowi? W ten sposób ciekawy
temat: dlaczego Polska jest katolicka, a sąsiednie Czechy wprost
przeciwnie, został okrutnie spłycony i byłam zła. O braku pogrzebów
jednakowoż wstrząsające, choć nie mam pewności, czy to wynika z
ateizacji. Reszta oczywiście ciekawa i świetnie napisana.

Słowa, słowa, słowa…

Język ojczysty, ten którego się uczymy w ciągu pierwszych lat życia, umieszczony jest w mózgu w innym miejscu niż te nabyte później. Stąd polski nie, ale angielski z francuskim mieszają mi się od czasu do czasu. Sztandarowym przykładem jest „pain”, po angielsku „ból”, po francusku „chleb”, i za każdym razem muszę się chwilę zastanowić, które znaczenie jest akurat właściwe (na szczęście wymawia się inaczej). Zdarzyło mi się też sądzić, że angielskie „painful” (bolesne) to „pełne chleba”. Drugie takie to „chair” – po angielsku krzesło, po francusku „ciało” (również „chair de poule” – nasza gęsia skórka, a dosłownie kurza). Za każdym razem, kiedy w tekście angielskim ktoś na przykład siada na krześle, muszę zrobić przerwę i pozbyć się z mózgu obrazu… sami sobie wyobraźcie jakiego.

Francuskie „travailler” (pracować) uparcie kojarzy mi się z angielskim „travel” (podróżować) i już kilkanaście razy użyłam go w tym zupełnie niewłaściwym znaczeniu. Miasto Saint Cloud (po francusku nazwa własna pochodząca od imienia biskupa Clodoalda) już zawsze będzie dla mnie „Świętą Chmurką”. Merem tegoż był ongiś niejaki Silly, przez którego ulicę przejeżdżam regularnie, i nieustannie mnie to bawi straszliwie („silly” po angielsku to głuptas). Francuskie „hors” (oprócz) mimo braku „e” i tak zawsze jest dla mnie w pierwszym odruchu koniem, którego muszę usunąć sprzed oczu duszy mojej, zanim zrozumiem zdanie.

Natomiast w Polsce mam problem z wyprzedażami reklamowanymi na sklepowych witrynach angielskim „sale” – tyle że „sale” to po francusku „brudny” i takie właśnie jest moje pierwsze skojarzenie. Nieszczególnie zachęca do kupowania… W kwestii anegdotycznej „kary na kornerze” amerykańskiej Polonii mam tylko jedno, za to bardzo natrętne, mianowicie „commande” – zamówienie, które w moich polskich myślach uporczywie pojawia się jako „komenda” („chyba ślepa!” mówię do siebie z wyrzutem za każdym razem, jak się na tym złapię). Ale najgorszy ze wszystkiego jest miszmasz między przepisem a receptą, bo sami zobaczcie: po polsku przepis i recepta (chociaż lekarz przecież przepisuje leki), po francusku recette to przepis, recepta to ordonnance, a istnieje jeszcze urzędowo używane récépissé – potwierdzenie otrzymania czegoś; po angielsku receipt to kwit, a recepta to prescription. Nigdy nie wiem co mam sobie z tego wybrać, w jakim języku, i w jakim akurat znaczeniu mi wyjdzie.

Król bólu

Król bólu” jest cudowny, znakomity, niesamowity, świetny, perfekcyjny, powalający na kolana i zapierający dech w piersiach. Howgh. Nie rozumiem zupełnie, dlaczego Dukaj nie był w tym roku nawet nominowany do Paszportów Polityki, ale w sumie nic mnie nie obchodzi ich głupota, spokojnie czekam na literackiego Nobla. Miewam do Dukaja, mimo całej miłości i podziwu, rozmaite uzasadnione zarzuty, ale ten zbiór nie ma wad. Jest doskonały. Pokazuje nieograniczone możliwości warsztatowe autora, i konsekwencję, z jaką od lat na rozmaite sposoby docieka natury i granic człowieczeństwa. Mamy tu premierową „Linię oporu”, i starą „Szkołę”, która bynajmniej nie straciła swojej ostrości ani świeżości, i absolutnie cudownego „Aguerre w świcie”, i coś, od czego naprawdę spadłam z krzesła: „Oko potwora”, czyli wariację na temat Lema, zanurzoną w kosmosie Lemowym – tym z komputerami na lampach próżniowych – z bohaterami prowadzącymi dialogi Lemowe, i napisaną jego stylem. Tylko lepiej. Nie potrafię opisać obłędnej uciechy, jaką mi to sprawiło. A zamykający kolekcję „Piołunnik” jest gotowym scenariuszem świetnego filmu, i ja uprzejmie proszę, żeby Smarzowski mi to nakręcił szybciutko.

Mr. Nobody

Wprawdzie nadal mogę o sobie mówić, że nigdy w życiu nie kupiłam telewizora, ale już z trochę mniejszą dumą niż poprzednio, bo jednak taki sprzęt zagościł u mnie w domu. Ponieważ i tak płacę abonament za dostęp do telewizji (mam internet, telefon i telewizję w jednym: z niczego nie da się zrezygnować, chociaż próbowałam), włączyłam urządzenie, żeby się zorientować, co teraz w świecie nadają. Niestety nadal fakt, że posiada się dostęp do stu czy może dwustu programów (w tym nawet TV Polonia) nie oznacza, że na którymkolwiek z nich jest cokolwiek do oglądania, zajęłam się więc łażeniem po innych opcjach, i odkryłam wideo na żądanie. Można sobie pobrać film i go obejrzeć jak na dvd. Celem wypróbowania tego wynalazku wzięłam „Mr. Nobody” i obejrzałam, już w trakcie żałując decyzji. Jeśli ktoś jest fanem „Efektu motyla” oraz „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona” to pewnie mu się spodoba; ewentualnie jeśli jest wczesnym nastolatkiem. Inni stwierdzą, że można umrzeć z nudów przy tej wielce mętnej i rozwlekłej historii o możliwych wersjach życia i wpływie przypadku na los ludzki, inkrustowanej pseudonaukowymi wstawkami, które nie były aktualne już w momencie kręcenia tego filmu. Towarzyszyły mi przy oglądaniu dwa drinki z żubrówką, ale nawet trzeci nie zmieniłby mojej opinii. Uczciwie należy natomiast przyznać, że sceny miłosne nader urocze.

O żłobkach

Ucieszyła mnie bardzo informacja (w ubiegłotygodniowej Polityce) o nowej ustawie o żłobkach w Polsce, wyraźnie wzorowanej na sprawdzonych rozwiązaniach francuskich. Przewidziano między innymi spore ułatwienia przy zatrudnianiu niani oraz instytucję „dziennego rodzica ” czyli tutejszej assistante maternelle, która może się opiekować trójką dzieci, w tym ewentualnie własne, i jest szkolona oraz nadzorowana. Ze zdumieniem, niedowierzaniem i zgrozą przeczytałam natomiast dalej o protestach płynących od poważnych instytucji. Fundacja „Cała Polska czyta dzieciom” orzekła bezkompromisowo, że cały ten projekt należy od razu wyrzucić do kosza, bowiem żłobki dzieciom szkodzą i wyrastają z nich pacjenci zakładów psychiatrycznych oraz bywalcy więzień. Z takim poglądem trudno w ogóle polemizować, więc po prostu serdecznie zapraszam przedstawicieli Fundacji do Francji. Niech sobie porównają liczbę więzień i psychiatryków w obu krajach. Chętnie też poznam z moimi kolegami, którzy od młodego wieku przebywali w żłobkach, i można samemu sprawdzić, co z nich wyrosło. Na wszelki wypadek, choć nie sądzę żeby na tym blogu ktoś tego nie zrozumiał, dodam jeszcze, że w ustawie nie ma ani słowa o obowiązku posyłania dziecka do żłobka.

Kuszetka w autokarze

Jechaliśmy wynalazkiem, który budził moją żywą ciekawość, ponieważ nie miałam dotychczas pojęcia, że takie w ogóle istnieją, i wiem że zaraz w komentarzach się okaże, że ależ istnieją od lat, wszyscy nimi jeździli, i tylko ja nie. Autokarem z kuszetkami mianowicie. Kiedy wsiedliśmy, byłam bardzo rozczarowana, bo żadnych kuszetek nie było, normalne siedzenia, tylko dość niewygodne. Potem zatrzymaliśmy się na postój i kierowca w ciągu kwadransa przemienił siedzenia w kuszetki – rozłożone na całkiem płasko na dwóch poziomach. Miejsca w pionie tam nie było nawet tyle, żeby usiąść, należało leżeć, a poza tym powierzchnia nie była jednak idealnie równa. Poza tym ja nadmiernie optymistycznie założyłam, że to będzie prawie jak na jachcie. Nie jest. Trzęsie zupełnie inaczej, silnik hałasuje, i nie jest to najlepszy pomysł na nocleg. Ale na leżąco jest i tak znacznie lepiej niż cała noc na siedząco, więc zastanawiam się, czemu takie autokary nie są stosowane na trasach typu Polska-Francja (chyba że są, a ja o tym nie wiem).

Relacja z kursu dla początkujących narciarzy rozbawiła mnie szalenie, bo okazało się, że ekipa po przeszkoleniu na oślej łączce została wwieziona na trasę niebieską wyciągiem krzesełkowym, po czym z niej… zwieziona skuterem śnieżnym. Ja tam się nie znam, ale jak mnie uczono, to mnie wwieziono na Gubałówkę, kazano z niej zjechać, i nie było takiej opcji, że nie dam rady i mnie zwiozą. W końcu po to jest instruktor, żeby pomóc w razie czego. Ale wiadomo, co kraj to obyczaj. W ten sposób początkujący nie mogli z nami w niedzielę przejechać na stronę włoską, dostępną jedynie na nartach – lub samochodem przez tunel pod Mont Blanc, podobno 140 km objazdu. Zjedliśmy obiad we włoskiej knajpie, i było to zdecydowanie najlepsze spaghetti bolognese w moim życiu. Za to wino jednak lepsze po stronie francuskiej.

Bolą mnie nawet łydki

Spędziłam wspaniały weekend u stóp Mont Blanc, odkrywając, że z jazdą na nartach jest faktycznie jak z jazdą na rowerze, nie zapomina się. Przyznaję, że po czterech latach przerwy moje obawy rosły wykładniczo w miarę zbliżania się do stoku, a stanąwszy na tym i wpiąwszy się w narty byłam już absolutnie przekonana, że nie umiem zjechać nawet po oślej łączce. Stałam jak sparaliżowana i całkiem poważnie rozważałam już dołączenie do kursu dla początkujących, ale przyszedł kolega i powiedział „mais lache-toi!” co po głębokim namyśle uczyniłam. Za chwilę zjeżdżałam z czerwonej trasy, wiatr mi zrywał czapkę z głowy, słońce świeciło na idealnie błękitnym niebie, śnieżek był jak marzenie, i obawiam się, że dawałam upust pozytywnym emocjom na całe gardło, w języku bliżej nieokreślonym. Wieczorem zrobiono mi drink pn. „martini polonaise” i mogą Państwo zgadywać, co w jego skład wchodziło. Uszczęśliwił mnie w każdym razie jeszcze trochę bardziej, o ile to w ogóle możliwe. A potem poszliśmy na kręgle. I nadal trzymam się w swojej normie, bo kiedy mniejsza ode mnie od 20 cm koleżanka zawachlowała rzęsą i zapytała towarzystwo w większości męskie
– A co będzie, jak wyjdzie na nas niedźwiedź?
odparłam sucho
– Jest styczeń, w styczniu niedźwiedzie śpią – zamiast milczeć i się uczyć od mistrzyń. Wiadomo, nie ma już dla mnie nadziei. (A i tak się dowiedziałam, że mam oczy jak oliwki. OLIWKI. A co się stało ze szmaragdami, na bogów? Wyszły z mody?)