Rewers i idealny facet

Po „Tricku” był „Rewers”.
– Ależ my to już widzieliśmy! – zakrzyknęłam z oburzeniem.
– E, nie… – odpowiedziano mi, i wtedy sobie przypomniałam, że faktycznie nie.
– Oj, to ja to czytałam – zeznałam z żalem. Przypomnę, że jakiś czas temu z rozpędu przeczytałam książkę Barta opartą na scenariuszu i ze zdjęciami z filmu; jako książka było to średnie, oraz nie miało sensu potem już oglądanie filmu. Ale skoro już był w odtwarzaczu obejrzałam, zastępczo czerpiąc radość z obserwacji rodziny, którą ze dwa razy zwrot akcji mocno zaskoczył. Muszę przyznać, że film, nawet pozbawiony elementu niespodzianki, jest naprawdę bardzo dobry, a Agata Buzek radzi sobie świetnie w tej nieco przerysowanej roli. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to koniecznie.

Parę dni później szwagier przyniósł dvd zatytułowane „Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Dwie pary oczu spojrzały na niego z niewysłowioną zgrozą.
– Oszalałeś? Co ty tu masz?! POLSKĄ KOMEDIĘ ROMANTYCZNĄ!?!?! – równie dobrze mógłby nam chcieć zaserwować Piłę 25 albo Szczęki 13.
– Nie macie w domu tyle alkoholu, żebyśmy dali radę to obejrzeć – zauważyłam przytomnie, choć barek był całkiem nieźle wypełniony.
I otóż wszystko to musiałyśmy potem odszczekać pod stołem. Jak na polską komedię romantyczną to jest naprawdę niezły film, i ja wiem jak to brzmi. Zdarzyło mi się nawet raz rżeć ze śmiechu całkiem niepohamowanie. Zaczyna się trochę mętnie, ale ma świetną i doskonale dobraną obsadę (Iza Kuna! Olbrychski! ), kilka naprawdę odlotowych pomysłów (kilka gagów oczywiście jest mocno na siłę, ale nie czepiajmy się, w końcu de gustibus). Nie należy tego filmu pokazywać zwolennikom Radia Maryja (choć szwagier tego akurat naprawdę od czasu do czasu słucha i stwierdził, że filmowe kwestie nie dorastają prawdziwym do pięt), ale wszystkim z dystansem do naszej rzeczywistości ma szansę się spodobać.

Trick

O nic nie pytając szwagier umieścił w odtwarzaczu film polski „Trick”. Mieliśmy na jego temat różnicę zdań, on bowiem marudził, że kiepski i naiwny, ja zaś odpowiadałam
– Tak, mówisz tak, bo to polski film! Jak jest hollywoodzki z Bradem Pittem, to nikt się nie czepia, że naiwny! – Lecz przyznaję, że występowałam tu w roli adwokata diabła.

Dobrego można o tym filmie powiedzieć tyle, że nie ma product placement (naprawdę nie ma, nawet piwo piją ze szklanic bez logo), wnętrza są normalne, a nie rodem z serialu polskiego, a aktorzy zagrali dobrze. Z wyjątkiem jednego, Redbada Klynstry mianowicie, którego kojarzyłam raczej jako reżysera, i ze zdumieniem odkryłam, że to jest naprawdę aktor pełną gębą, w tym właśnie kierunku kształcony. Cóż, może nie miał czasu rozwinąć skrzydeł w swojej trzyzdaniowej roli, a może ja go nie doceniłam. Nawet gdyby zagrał jak Modrzejewska, i tak nie uratowałby filmu, który jest nijaki. Miał to być kryminał z przymrużeniem oka, coś w stylu Vabanków, rzecz o przekręcie genialnego fałszerza pieniędzy. Wyszło jak zwykle, czyli ani śmiesznie, ani wzruszająco, ani wciągająco, i nawet porządnie skrytykować się go nie da. A już puenta, która miała być szalenie zabawnym zwieńczeniem dzieła, jest żenująca. Odradzam oglądanie, a jeśli ktoś już będzie musiał, to niech przynajmniej się nie nastawia na puentę mimo starannie budowanego suspensu, bo poczuje się srodze oszukany i potraktowany jak jedenastolatek.

A może ja mam metal w kościach?

W drodze powrotnej na lotnisku im. Chopina przed przejściem przez kontrolę przezornie i z własnej woli zdjęłam buty, o pasku nie wspominając, ale bramka i tak na mnie zapiszczała. Nie pierwszy raz, lecz do tej pory w takich przypadkach zadowalano się krytycznym popatrzeniem na mnie, a w wyjątkowych przypadkach objechaniem ręcznym wykrywaczem metalu; tym razem natomiast zasłużyłam na ręczne obmacanie, i to naprawdę dokładne. Strach pomyśleć, co będzie następnym razem. Czas chyba się zaopatrzyć w staniki bez fiszbinów specjalnie na tę okazję, chociaż nie mam pewności, czy to coś pomoże. Potem już tylko pół godziny na pasie startowym czekaliśmy na odlodzenie (chyba zmyśliłam to słowo, ale analogicznie do „odśnieżenia” musi być) skrzydeł.

A między lotami działy się różne rzeczy, spotkałam na przykład niezwykle uprzejme panie urzędniczki i do dziś nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Czy w urzędach między Świętami a Nowym Rokiem rozpylane były jakieś substancje psychoaktywne, ewentualnie rozdawane premie? Oraz około dwudziestu pięciu razy usłyszałam teksty w stylu „ojej, a on ma jedno uszko odsłonięte” „ojej, a dzidzia zmarzła”, i tak dalej. Słowo daję, że wystarczyło wyjść z dzieckiem przed dom, żeby natychmiast ktoś leciał do mnie z jakąś uwagą na temat zimy i dziecka (ubranego, zaznaczam, stosownie do okoliczności przyrody). Nie wiem czy chodzi o brak zimy, ale w kraju Francja wychodzę z tym samym dzieckiem tak samo, i nigdy niczego podobnego nie usłyszałam. Niestety to zainteresowanie biednym zmarzniętym maleństwem jakoś wcale nie idzie w parze z pomaganiem kobiecie z wózkiem we wsiadaniu do autobusu lub otwieraniu drzwi. Parę razy tymi drzwiami wręcz oberwałam, kiedy byłam absolutnie pewna, że osoba idąca przede mną przecież mnie widziała i na pewno je przytrzyma przez dwie sekundy. Otóż nie. Wszystkim tym ludziom ślę ciepłe życzenia nagłego, permanentnego, bolesnego i spektakularnego rozstroju żołądka.

Poza tym wiadomo – nuda: pierogi, śledzie, serniki, pierogi, barszczyki, kabanosy, pierogi, i kino polskie oraz nie tylko.

Ja chcę 13!

Samolot do Warszawy już na wstępie miał opóźnienia pół godziny, więc spokojnie wypiłam sobie kawę, a następnie spokojnie udałam się w kierunku bramki. Równie spokojnie zatrzymał mnie po drodze umundurowany młodzian z bronią, który stanowczo rzekł
– Akcja antyterrorystyczna, podejrzany bagaż. Wszyscy z piętra proszę precz!
– Yyy, ale ja muszę teraz iść do bramki! Samolot mi odleci! – rzekłam.
– Nic nie odleci, dopóki nie skończymy. Wszyscy mają opuścić piętro! – uparł się osobnik pod bronią.
Opuściłam piętro, bo cóż było robić, i stanęłam na półpiętrze, gdzie dołączył do mnie spory tłumek ludzi w podobnej sytuacji. Niektórzy fortelem próbowali się wedrzeć na piętro z odlotami, ale liczni osobnicy z bronią im skutecznie to uniemożliwiali. Czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy, a ja mimo zapewnień nabierałam coraz większej pewności, że samolot jednak odleci beze mnie, za to z moimi walizkami pełnymi prezentów. Gdy w końcu nas puścili, pognałam bez tchu do bramki, gdzie już właśnie zaczynali wpuszczać pasażerów.

Miałam na bilecie miejsca w rzędzie 14 i w drodze do niego osłupiałam całkiem, ponieważ okazało się, że występuje on bezpośrednio po 12. 13 nie było, ot tak po prostu. Stanęłam w przejściu przyglądając się numerom wnikliwie i usiłując pojąć, GDZIE jest zagubiony 13, ale najwyraźniej wpadł w lukę w czasoprzestrzeni. Nie było go i już. Wcale go nie było, ani trochę. Trudno, siadłam w rzędzie zwanym 14, i zaczęłam się zastanawiać, czy tak jest we wszystkich samolotach, a ja tego nigdy przedtem nie zauważyłam, czy to może jest jakaś zupełna nowość, wprowadzona, by podnieść komfort psychiczny pasażera. I czy na pewno mamy XXI wiek, czy cofnęłam się jednak niepostrzeżenie w czasy średniowiecza, a to czym mam lecieć, to miotła, a nie samolot. Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale w samolocie powrotnym (i nie był to ten sam egzemplarz) też brakowało rzędu 13. Mam nadzieję, że Air France sprawdza również, czy żadna ze stewardes nie jest przypadkiem urodzona 13 dnia miesiąca, a już na pewno piloci.