39.9

To nie gorączka, tylko wiek, i nie mój (jeszcze) tylko bohaterki debiutu
Moniki Rakusy pod tym właśnie tytułem. Świetny debiut. Jedna z
nielicznych współczesnych książek zahaczających o temat pochodzenia
żydowskiego. Poza tym wiadomo, pamiętnik czterdziestolatki po
przejściach, dwoje dzieci z dwóch mężów, rozważania o rodzicach i innych
przodkach, niektóre przemyślenia niezwykle trafne. Nieprzegadane, co się
chwali: wciągnęło mnie i miejscami się odnajdywałam, choć jako żywo
niewiele mam wspólnego z bohaterką. „Żona Adama”, którą czytałam parę miesięcy temu, jednak gorsza, ale to
normalna kolej rzeczy, czekam więc spokojnie na trzecią powieść Rakusy.

Chwilowo będzie głównie o książkach, bo ciągle jeszcze mam zaległości. Jeśli nie chcecie czytać o książkach, to możecie czytać o chorobach. Ale uprzedzam, wciąga i śmieszy.

Odszkodowanie raz!

Serdecznie gratuluję redakcji Polityki poniższego wyjątkowego osiągnięcia.
Uprzejmie proszę wyjaśnić mi, gdzie się mogę zgłosić po odszkodowanie za
wypadnięte oczy, zwichniętą przy opadaniu ze zdumienia szczękę, zdarte
od jęczenia ze zgrozy gardło, oraz nieodwracalne zmiany w umyśle
spowodowane szokiem.
(Za to rozmowa z prof. Doboszem – cud, miód i cymes)

Z Polityki

Punkt widzenia

Lekarka przepisała mi witaminę D, mówiąc że raz w roku należy ją wziąć – dla dobra kości – zwłaszcza po takiej ciężkiej zimie jak ta. Mieliśmy +3 stopnie rano i koło 9 w dzień (dziś jest od rana 11), więc mnie trochę zatkało, zwłaszcza że zewsząd słyszę głosy o mrozach w Polsce. Jak już złapałam oddech, rzekłam pobłażliwie
– Pani doktor, ja jestem z Polski. Tutaj to nie jest żadna zima…
– Tak? Z Polski, pani mówi… – zamyśliła się lekarka, a potem dodała – ja jestem z południa i jak przyjechałam wiele lat temu do Paryża, to pierwszą zimę przepłakałam. Myślałam, że nie wytrzymam tego zimna!

Ostatnia wieczerza

Przeleżał mi się ten Huelle na półce straszliwie, ponieważ ja nienawidzę powieści z kluczem. Podchodziłam więc do niej jak do jeża, w końcu delikatnie wzięłam, ostrożnie otworzyłam, mówiąc do siebie uspokajająco „jak będzie bardzo źle, to od razu ją odłożymy”. Po czym nagle byłam w połowie. To nie jest tylko powieść z kluczem (przy czym postać księdza Monsignore, kabotyna i producenta kiepskiego wina, jednak mnie oczywiście bawiła). Interesująca mimo trochę chaotycznego przemieszania tematów bardzo poważnych z satyrą i ironią: chociaż może to właśnie jest jej zaleta? Śmiertelnie poważne podejście do tematu wiary w Polsce byłoby absolutnie niestrawne. Przepiękne i warte przeczytania są natomiast fantazje historyczne: a gdyby tak David Roberts, szkocki malarz, spotkał się w Jerozolimie ze Słowackim? Pomimo ewidentnej prześmiewczości wielu fragmentów, wymowa powieści wcale nie jest oczywista, zmusza do przemyśleń, i pewnie ponownej lektury za jakiś czas.

Salon d’Agriculture

Wśród licznych targów organizowanych w Paryżu, dotyczących najrozmaitszych tematów, na plan pierwszy wybijają się rokrocznie Targi Rolnicze, Salon d’Agriculture. Odwiedza je dziki tłum ludzi, wcale niekoniecznie związanych zawodowo z rolnictwem, i jeśli ciągną ze sobą dzieci w wieku różnym, to też nie po to, aby te w świetlanej przyszłości zostały rolnikami. Chodzi o pokazanie progeniturze krów, koni, świni, kóz, kur itd. Wiem, ponieważ sama w tym właśnie celu się tam udałam, i już na wejściu napatoczyłam się na pana, który własnym ciałem zasłaniał owcę przed tłumem wyciągających się w jej stronę rąk koniecznie chcących pogłaskać żywe zwierzę. W ludziach w bliskim kontakcie z naturą budzi się coś dziwnego – czyżby jakiś atawizm? – i pragną głaskać, klepać i dotykać. Nieco dalej sama uległam tej pokusie i poklepałam po smutnym pysku osła, potem zaś dotknęłam kurczaczka wyklutego dwa dni wcześniej. Me dziecię nie zamierzało poprzestać na dotknięciu, tylko od razu chciało kurczaczka zagarnąć dla siebie, na szczęście hodowca miał refleks.

Potem odkryłam, że ważący ponad tonę byk rozpłodowy budzi wielki szacunek i aż trudno uwierzyć, że jest blisko spokrewniony z naszymi poczciwymi krasulami. Te kłęby mięśni przypominały mi raczej bizona. Byki zresztą były w kagańcach i uwiązane solidnymi łańcuchami, a i tak jeden się strasznie pienił na pysku i toczył po zwiedzających wzrokiem bardzo nieprzyjaznym. Nie żebym mu się dziwiła. Obok były cielaki, i ja się długą chwilę upierałam, że to nie jest żadna krowa, w końcu wiem jak krowa wygląda – jest większa, nie taka włochata, i ma ogon z chwostkiem na końcu, a nie taki płaski i futrzany. Jak już przyjęłam do wiadomości, że to jednak jest krowa, to zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy ja aby już kiedyś widziałam cielaka na żywo, i wcale nie jestem pewna odpowiedzi. Następnie napatoczyłam się na automatyczną myjnię dla krów, z takimi okrągłymi szczotkami jak w myjniach samochodowych, tylko trochę mniejszymi. Za niewiele ponad tysiąc euro można sobie takie ustrojstwo nabyć, i zastanawiam się, czemu jeszcze nikt nie stworzył takiej myjni dla homo sapiensa. Niektórym by się przydała. Bardzo fajna wystawa, tylko zdecydowanie za dużo na niej przedstawicieli człekokształtnych.

Requiescat in pace

Mail ze świetnie znanego adresu poinformował mnie spokojnie, że „my brother passed away in Casablanca” i że „thanks for all the wonderful things
and experiences you brought into my brothers life”. Kiedy już przeczytałam to siedem razy i zrozumiałam, jeszcze trochę czasu zajęło mi uwierzenie. A potem wróciły wspomnienia: N w 1995, i w 1999, i w 2001, i kiedy właściwie była ta szalona impreza w Czechach, i jak był we Wrocławiu, a w zeszłym roku w maju przyjechał do mnie do Paryża i upierał się, żeby przekazać mi wszystkie stare zdjęcia, jakby wiedział. Zawsze się potem myśli, że jakby wiedział. Zawsze był na wyciągnięcie maila gdzieś w świecie, a teraz kolejny raz jest już nieodwołalnie za późno na wszystko, na cokolwiek, i przecież to nie tak miało być.

No to chlup

Wiadomo, że Polacy potrafią z dużą dozą fantazji robić i spożywać mocne alkohole, wiadomo że Francuzi za ten talent podziwiają nacje wschodnie i opowiadają sobie rozmaite legendy o wódce. Ale to we Francji kupiłam ostatnio spray na ból gardła, użyłam go obficie, zakrztusiłam się, a kiedy w końcu złapałam oddech i przeczytałam skład, stało tam jak byk: 36% alkoholu. (Plus chyba drugie tyle ekstraktu miętowego, co zdecydowanie potęguje doznania). Spryskiwali sobie kiedyś Państwo gardło wódką?

Tabu

Rozmyślając o rozmaitych tabu i o tym, jak się zmieniały przez wieki, a zwłaszcza w ciągu ostatnich lat, uświadomiłam sobie, że w dzisiejszych czasach wszechobecnego seksu, nagości, przemocy, obalania wszelkich norm, mamy jednak na co dzień jedno drobne tabu (nieuzasadnione logicznie), którego nikt nawet nie próbuje obalić. Ciekawa jestem czy Państwo zgadną co mam na myśli, i jakie jeszcze tabu nam wyjdą przy okazji.

The Virgin Suicides

„Przekleństwa niewinności” (wydane również jako „Samobójczynie”) Eugenidesa czytałam jakiś milion
lat temu (musiały w takim razie dość świeżo wyjść po polsku); pamiętam,
że zrobiły na mnie spore wrażenie misterną konstrukcją i przedziwnym
sposobem ładnego, gładkiego opowiedzenia o rzeczach trudnych, bolesnych i
niezrozumiałych. Eugenides czerpiąc chyba natchnienie ze swoich korzeni
greckich stosuje tam narracyjny wielogłos jak chór grecki w tragediach, i
konstruuje tragedię klasyczną w Ameryce współczesnej. Wydumane, a
jednak przekonujące. Teraz dorwałam w końcu film Sofii Coppoli i
obejrzałam z zachwytem. Niemal dorównuje mojemu ukochanemu „Piknikowi
pod Wiszącą Skałą”, jeśli chodzi o ładność wizualną i tajemnicę. Przy
czym „Piknik” jest zdecydowanie lepszy od literackiego pierwowzoru, a
„The Virgin Suicides” jednak niekoniecznie, ale Coppoli znakomicie udało się
zachować dziwność i precyzję oryginału. Natychmiast zachciało mi się
obejrzeć wszystkie jej pozostałe filmy („Między słowami” widziałam, ale
przydałoby się ponownie).

Chatka Puchatka

Nabyłam sobie i dziecku „Chatkę Puchatka” w wersji dwujęzycznej: lewa strona w oryginale, prawa w tłumaczeniu Ireny Tuwim. Potomkowi czytam po polsku, sobie w tym czasie po angielsku. To pierwszy raz, kiedy mam styczność z oryginałem Milne’a, i w stupor wpadłam odkrywszy, że Sowa jest facetem. Właściwie nie ma żadnego powodu, żeby było inaczej, ale i tak mnie to zszokowało. Nie zdziwiło mnie natomiast, że tłumaczenie należy do tych pięknych, choć niekoniecznie wiernych. Zgubiona została gra słów w nazwie Kanga i Roo (Kangurzyca i Maleństwo), ale tego trudno się czepiać. Krzyś w oryginale to Christopher Robin, co przypomina mi spotkane kiedyś francuskie dziecko noszące imię Charles-Emmanuel. Imion podwójnych we Francji się nie skraca, zdrobnienia też używane są tylko wyjątkowo, więc biedny maluch był wołany pełnym swym imieniem, i można było od tego zadyszki dostać.

Wracając do tłumaczenia, czepiam się właściwie tylko drobiazgów: Prosiaczek miał gotową odpowiedź i wygłosił ją „at once” (natychmiast, od razu) co w tłumaczeniu przybrało nie wiedzieć czemu postać „wręcz”, itp. Jakiś redaktor by się tu przydał. Niektóre zdania albo nawet całe fragmenty tekstu są pominięte, czasem z powodu trudności w tłumaczeniu, czasem nie wiadomo czemu. Kiedy Kłapouchy przychodzi do Krzysia, to w oryginale Krzyś wychodzi do niego z domu, i potem wraca się ubrać, natomiast w tłumaczeniu Krzyś go wpuszcza do domu. Czyżby Milne uznał, że osioł nie może wejść do domu, a Tuwimówna pomyślała, że to dyskryminacja gatunkowa? Tłumaczka w ogóle miała chyba obsesję na punkcie poprawności nazw zwierząt: właśnie Kangurzyca, oryginalny Tigger stał się po prostu Tygrysem, i chyba na tej kanwie Hefalump zamienił się w Słonia – o to mam do niej zdecydowaną pretensję. Z kolei sama nazwa „Chatka Puchatka” brzmi znacznie lepiej niż oryginalny „Pooh Corner”. Ale oczywiście za samego „Kubusia Puchatka” i „krewnych-i-znajomych Królika” należą się jej pamięć i szacunek.