Zgony i narodziny

Uwielbiam przeglądać rubryki zgonów, narodzin i ślubów w lokalnej gazetce, nie żeby mnie dotyczyły osobiście, ale przepadam za przyglądaniem się imionom i nazwiskom zwykłych ludzi. Ostatnio było tak: w rubryce zgonów André, Georges, Guillaume, Jean-Pierre, Jacqueline, Lucette, Michelle, Marcelle, Mireille, Odette, Suzanne, Thérèse. W
rubryce narodzin Amy-Love, Enoa, Halim, Kimmy, Laliya, Samudi, Solal, Tiana, Wandrille, Wajdi, Yasmine, Yessine.

Ta jest 213, czyli 8%

Kroki w nieznane 2010” są same w sobie bardzo dobrym zbiorem, ale jednak w porównaniu do dwóch ostatnich nie tak dobrym, bo miałam natrętne wrażenie powielenia tego, co już było. Znowu mamy lekko obrazoburczą religijnie fantastykę rosyjską (i o ile „Syndrom Łazarza” Kaługina z 2009 jest naprawdę znakomity, o tyle tegoroczna Julia Zonis jest bardzo przeciętna, w stylu Marcina Wolskiego). Znowu mamy przegadanego McDonalda o sztucznych inteligencjach w Indiach bliskiej przyszłości – owszem z rozmachem, owszem bardzo malownicze, tyle że to już było (a McDonald wcale nie tylko o Indiach pisuje, więc czemu taki monotonny wybór?). Nieuchronnie mamy jedno opowiadanie w zasadzie nie wyglądające na fantastykę, a dziejące się podczas drugiej wojny światowej (MacLeod, solidny i mało porywający). Obowiązkowo mamy Teda Kosmatkę, i ja nie mówię, że on nie jest ciekawy, ale może niech Solaris wyda po prostu jego zbiór opowiadań zamiast wsadzać po jednym do każdych „Kroków w nieznane”, co? Koniecznie mamy dwa opowiadania „kobiece”: w jednym bohaterka się miota, bo porzucił ją zrobiony na zamówienie mąż robot, i ono by się rozpadło od samego spojrzenia na brzytwę Lema. Wiem, że autorka niekoniecznie słyszała o tejże, ale pan redaktor Mirek Obarski już powinien. Nawet Ted Chiang mnie rozczarował, bo też przegadany (robi się ciekawy po 60 stronach) i nie ma tam nic, czego Dukaj by już na trzy sposoby nie odmienił. Charles Stross za to świetny z oszałamiającym melanżem Lovecrafta, hard sf i satyry na biurokrację, ale to trochę mało jak na cały zbiór. I ja sobie zdaję sprawę, że narzekam na zasadzie „panie, to nowe Ferrari to już nie to co poprzednia wersja, reflektor w podwoziu świeci w brzydkim odcieniu niebieskiego i fotel słabo podgrzewany”, bo przemawia przeze mnie rozczarowanie spowodowane straszliwie wyśrubowanymi oczekiwaniami; ale jeśli miałabym bezwarunkowo polecać, to wyłącznie tomy 2008 i 2009.

Dzieło tagowalnicze

Skończyłam otagowywać moje notki blogowe. Po pierwsze odkryłam, że mam naprawdę bardzo fajnego bloga, aczkolwiek nikogo nie zmuszam, żeby tę opinię podzielał, i cieszę się, że go pisałam. Znaczy, poza wszystkim dobrym, co z niego wynikło, cieszę się, że istnieje ten zapis mojego życia i że notki przywołują rozmaite fajne wspomnienia. Po drugie i ważniejsze proszę zgadnąć, ile notek otagowałam jako „o książkach”.

Atwood

Ogromnie kocham Margaret Atwood, to już nie od dziś, a aktualnie za
„Dobre kości” i „Morderstwo w ciemności”, dwa zbiory… yyy… 
właściwie nie wiem czego. Opowiadania to nie są, więc notatki, szkice?
Ale szkic zakłada niedokończenie, a to są teksty przemyślane, skończone,
dopracowane w swej maksymalnej zwięzłości. Błyskotliwe, ironiczne, i
czasem zabawne również. A chwilami poetyczne. Mamy tu przewrotne
nawiązania do baśni, literatury i niezliczonych stereotypów
naszej codzienności. Zgadzam się, żeby Atwood dostała Nobla nawet przed
Dukajem. Właściwie to na to czekam.
Bo i co można powiedzieć o pannach mądrych, tych bezbarwnych wzorach cnót?
Gryzą się w język, starają się nie mądrzyć, same sobie szyją ubrania,
zdobywają pozycję zawodową, robią wszystko jak należy, i to bez wysiłku.
Są na swój sposób nieznośne – nie mają wad, o których warto pisać,
uśmiechają się mądrze, jak ludzie, którzy zbyt dobrze znają się na rzeczy; zbyt wiele wiedzą o nas i naszych głupotach.
Podejrzewamy, że czasem mają niedobre serca.
Są zbyt bystre. Dla nas, niestety, zbyt bystre.
(…)
Obłudna czytelniczko! Moja bratnia duszo! Siostro!
Chwalmy panny głupie,
które dały nam Literaturę

Eyes Wide Open

Z przejęciem obejrzałam „Eyes Wide Open” (francuski tytuł „Tu n’aimeras point” podoba mi się znacznie bardziej), o ortodoksyjnym żydzie z Jerozolimy, który ma żonę i dzieci, prowadzi sklep mięsny, studiuje Torę, i nagle zakochuje się w przybyszu znikąd, młodym geju. Przewrotny film: rabin naucza, że Bóg wcale nie popiera ascezy, że stworzył ludzi, aby się radowali światem i swoim życiem; ale kiedy Aaron chce się radować swoją miłością, okazuje się, że jednak nie ma do tego prawa. Równolegle w tle wątek dziewczyny z tej społeczności, która ma już zaaranżowane małżeństwo, ale kocha innego, z wzajemnością. Trzech starszych, w tym nasz bohater, idzie nie przebierając w słowach upomnieć tego innego, że jak jej nie da spokoju, to będzie z nim źle. Genialna tutaj zresztą scena: Aaron początkowo odmawia udziału w tej wizycie, mówiąc że ma dość swoich problemów, na co rabin spojrzawszy mu głęboko w oczy powiada „właśnie dlatego chodź”. Ten sam mądry rabin wyklnie go jednak tak samo jak inni, kiedy Aaron spróbuje mu wyznać swoje uczucia. Z równą fascynacją oglądałam stroje żydów, tałesy i filakterie, bo do tej pory tylko o tym czytałam (u Singera na przykład), a teraz w końcu zobaczyłam w użyciu. Piękne zdjęcia, świetne role, bardzo ciekawy film, chociaż dziwnie się ogląda, kiedy człowiek z mówionego przez aktorów tekstu rozumie tylko „jesziwa” i „cadyk”.

„The Last Dragonslayer”

Umiliłam sobie niecierpliwe oczekiwanie na kolejną Thursday Next przy pomocy „The Last Dragonslayer” tegoż Fforde’a, którego kocham. Z zastrzeżeniem, że kiedy ostatnio gadałam z kumplem na temat dlaczego go Fforde wcale nie zachwyca, chociaż powinien, doszłam do wniosku, że on pisze dla kobiet. A „Dragonslayer” to w ogóle jest dla młodych kobiet: bohaterką jest prawie szesnastolatka, sierota i podrzutek, która mimo młodego wieku już jest kierownikiem instytucji zatrudniającej czarodziejów. Rzecz się bowiem dzieje w Ununited Kingdoms (Niezjednoczone Królestwa), gdzie występują siły magiczne, choć akurat słabną. A w ogóle magia to już nie to co kiedyś, teraz czarodzieje zajmują się naprawami instalacji hudraulicznych, a i to jak mają szczęście. Jest to coś w stylu Pratchetta, jednocześnie będąc absolutnie do Pratchetta niepodobne, co jest jednak sporym osiągnięciem. Fforde miał strasznego pecha z tłumaczeniami na polski, wyszły tylko dwie pierwsze Thursdays. Myślę, że akurat „Dragonslayer” mógłby być świetnym wyborem na drugie podejście, zwłaszcza że Pratchett jest w Polsce lubiany. A dlaczego uważam, że to jest dla kobiet? Proszę uprzejmie: „The Kingdom of Hereford was unique in the Ununited Kingdoms for having driving tests bases on maturity, not age, much to the chagrin of a lot of males, some of whom were still failing to make the grade at thirty-two„.

Justificatif lub dwa

Z racji braku instytucji meldunku justificatif de domicile to jest jeden z najważniejszych papierków wymaganych przez wszelkie instytucje. Oznacza to „dowód zamieszkania” i jego rolę może pełnić czynsz, faktura za gaz lub prąd albo faktura za telefon – byle było tam nasze nazwisko i adres. Nauczyłam się już nosić ostatnią fakturę za gaz przy sobie, tak na wszelki wypadek, bo nie zna się dnia ani godziny; miałam więc ją przy sobie również ostatnio na merostwie, gdzie wzięłam numerek i poszłam sobie usiąść. Po chwili dopadła mnie pani
– A z czym pani przychodzi?
– Z tym i z tym – odparłam z wielką pewnością siebie.
– A jakie ma pani dokumenty?
– Takie i takie – odparłam radośnie.
– A justificatif de domicile? – pani postarała się mnie zagiąć.
– Mam, oczywiście – nie dałam się.
– Ale czy ma pani DWA? Bo my potrzebujemy DWÓCH – w głosie pani dźwięczał nieukrywany triumf.
– Hmmm – stropiłam się, bo oczywiście nie miałam dwóch, nigdy do tej pory nikt nie chcial dwóch – chodzi o dwie ostatnie faktury za gaz, tak?
– Nie! – z mocą i błyskiem w oku wykrzyknęła pani. – Dwa różne! Może być faktura za gaz i czynsz, albo za gaz i telefon… Bo jak pani nie ma dwóch, to niech pani nawet nie czeka i odda mi numerek.
Powiedziałam, że niczego nie oddam, pojechałam do domu, pod nosem rzucając straszliwe przekleństwa na biurokrację francuską oraz francuskich kierowców, znalazłam drugą fakturę, wróciłam na merostwo, uplasowałam się przezornie z dala od wiadomej pani, żeby się przypadkiem nagle nie okazało, że teraz potrzebują trzech lub na przykład świadectwa maturalnego pradziadka ze strony ojca matki. Odczekałam swoje i weszłam. I czy sądzicie, że pani urzędniczka przynajmniej rzuciła okiem na choćby jeden z moich dwóch justificatifs?

I love you Phillip Morris

Obejrzałam „I love you Phillip Morris”, bo Zuzanka o tym dobrze pisała. (I ponieważ ciągle jeszcze nie otrząsnęłam się ze zdumienia, że mam telewizor, mogę se nacisnąć guzik na pilocie i obejrzeć co sobie życzę z listy – ale nie martwcie się, za jakiś czas mi przejdzie). Najbardziej mi się kojarzyło z „Catch me if you can”, bo też o genialnym oszuście, choć nakręcone w poetyce bardziej teledyskowej. Jim Carrey naprawdę daje radę. Oraz po obejrzeniu było mi przykro, że skazali na dożywocie faceta, który nikogo jednak nie zabił ani nawet nie poturbował, i pewnie o to właśnie chodziło.