Tabu

Rozmyślając o rozmaitych tabu i o tym, jak się zmieniały przez wieki, a zwłaszcza w ciągu ostatnich lat, uświadomiłam sobie, że w dzisiejszych czasach wszechobecnego seksu, nagości, przemocy, obalania wszelkich norm, mamy jednak na co dzień jedno drobne tabu (nieuzasadnione logicznie), którego nikt nawet nie próbuje obalić. Ciekawa jestem czy Państwo zgadną co mam na myśli, i jakie jeszcze tabu nam wyjdą przy okazji.

The Virgin Suicides

„Przekleństwa niewinności” (wydane również jako „Samobójczynie”) Eugenidesa czytałam jakiś milion
lat temu (musiały w takim razie dość świeżo wyjść po polsku); pamiętam,
że zrobiły na mnie spore wrażenie misterną konstrukcją i przedziwnym
sposobem ładnego, gładkiego opowiedzenia o rzeczach trudnych, bolesnych i
niezrozumiałych. Eugenides czerpiąc chyba natchnienie ze swoich korzeni
greckich stosuje tam narracyjny wielogłos jak chór grecki w tragediach, i
konstruuje tragedię klasyczną w Ameryce współczesnej. Wydumane, a
jednak przekonujące. Teraz dorwałam w końcu film Sofii Coppoli i
obejrzałam z zachwytem. Niemal dorównuje mojemu ukochanemu „Piknikowi
pod Wiszącą Skałą”, jeśli chodzi o ładność wizualną i tajemnicę. Przy
czym „Piknik” jest zdecydowanie lepszy od literackiego pierwowzoru, a
„The Virgin Suicides” jednak niekoniecznie, ale Coppoli znakomicie udało się
zachować dziwność i precyzję oryginału. Natychmiast zachciało mi się
obejrzeć wszystkie jej pozostałe filmy („Między słowami” widziałam, ale
przydałoby się ponownie).

Chatka Puchatka

Nabyłam sobie i dziecku „Chatkę Puchatka” w wersji dwujęzycznej: lewa strona w oryginale, prawa w tłumaczeniu Ireny Tuwim. Potomkowi czytam po polsku, sobie w tym czasie po angielsku. To pierwszy raz, kiedy mam styczność z oryginałem Milne’a, i w stupor wpadłam odkrywszy, że Sowa jest facetem. Właściwie nie ma żadnego powodu, żeby było inaczej, ale i tak mnie to zszokowało. Nie zdziwiło mnie natomiast, że tłumaczenie należy do tych pięknych, choć niekoniecznie wiernych. Zgubiona została gra słów w nazwie Kanga i Roo (Kangurzyca i Maleństwo), ale tego trudno się czepiać. Krzyś w oryginale to Christopher Robin, co przypomina mi spotkane kiedyś francuskie dziecko noszące imię Charles-Emmanuel. Imion podwójnych we Francji się nie skraca, zdrobnienia też używane są tylko wyjątkowo, więc biedny maluch był wołany pełnym swym imieniem, i można było od tego zadyszki dostać.

Wracając do tłumaczenia, czepiam się właściwie tylko drobiazgów: Prosiaczek miał gotową odpowiedź i wygłosił ją „at once” (natychmiast, od razu) co w tłumaczeniu przybrało nie wiedzieć czemu postać „wręcz”, itp. Jakiś redaktor by się tu przydał. Niektóre zdania albo nawet całe fragmenty tekstu są pominięte, czasem z powodu trudności w tłumaczeniu, czasem nie wiadomo czemu. Kiedy Kłapouchy przychodzi do Krzysia, to w oryginale Krzyś wychodzi do niego z domu, i potem wraca się ubrać, natomiast w tłumaczeniu Krzyś go wpuszcza do domu. Czyżby Milne uznał, że osioł nie może wejść do domu, a Tuwimówna pomyślała, że to dyskryminacja gatunkowa? Tłumaczka w ogóle miała chyba obsesję na punkcie poprawności nazw zwierząt: właśnie Kangurzyca, oryginalny Tigger stał się po prostu Tygrysem, i chyba na tej kanwie Hefalump zamienił się w Słonia – o to mam do niej zdecydowaną pretensję. Z kolei sama nazwa „Chatka Puchatka” brzmi znacznie lepiej niż oryginalny „Pooh Corner”. Ale oczywiście za samego „Kubusia Puchatka” i „krewnych-i-znajomych Królika” należą się jej pamięć i szacunek.

Zgony i narodziny

Uwielbiam przeglądać rubryki zgonów, narodzin i ślubów w lokalnej gazetce, nie żeby mnie dotyczyły osobiście, ale przepadam za przyglądaniem się imionom i nazwiskom zwykłych ludzi. Ostatnio było tak: w rubryce zgonów André, Georges, Guillaume, Jean-Pierre, Jacqueline, Lucette, Michelle, Marcelle, Mireille, Odette, Suzanne, Thérèse. W
rubryce narodzin Amy-Love, Enoa, Halim, Kimmy, Laliya, Samudi, Solal, Tiana, Wandrille, Wajdi, Yasmine, Yessine.

Ta jest 213, czyli 8%

Kroki w nieznane 2010” są same w sobie bardzo dobrym zbiorem, ale jednak w porównaniu do dwóch ostatnich nie tak dobrym, bo miałam natrętne wrażenie powielenia tego, co już było. Znowu mamy lekko obrazoburczą religijnie fantastykę rosyjską (i o ile „Syndrom Łazarza” Kaługina z 2009 jest naprawdę znakomity, o tyle tegoroczna Julia Zonis jest bardzo przeciętna, w stylu Marcina Wolskiego). Znowu mamy przegadanego McDonalda o sztucznych inteligencjach w Indiach bliskiej przyszłości – owszem z rozmachem, owszem bardzo malownicze, tyle że to już było (a McDonald wcale nie tylko o Indiach pisuje, więc czemu taki monotonny wybór?). Nieuchronnie mamy jedno opowiadanie w zasadzie nie wyglądające na fantastykę, a dziejące się podczas drugiej wojny światowej (MacLeod, solidny i mało porywający). Obowiązkowo mamy Teda Kosmatkę, i ja nie mówię, że on nie jest ciekawy, ale może niech Solaris wyda po prostu jego zbiór opowiadań zamiast wsadzać po jednym do każdych „Kroków w nieznane”, co? Koniecznie mamy dwa opowiadania „kobiece”: w jednym bohaterka się miota, bo porzucił ją zrobiony na zamówienie mąż robot, i ono by się rozpadło od samego spojrzenia na brzytwę Lema. Wiem, że autorka niekoniecznie słyszała o tejże, ale pan redaktor Mirek Obarski już powinien. Nawet Ted Chiang mnie rozczarował, bo też przegadany (robi się ciekawy po 60 stronach) i nie ma tam nic, czego Dukaj by już na trzy sposoby nie odmienił. Charles Stross za to świetny z oszałamiającym melanżem Lovecrafta, hard sf i satyry na biurokrację, ale to trochę mało jak na cały zbiór. I ja sobie zdaję sprawę, że narzekam na zasadzie „panie, to nowe Ferrari to już nie to co poprzednia wersja, reflektor w podwoziu świeci w brzydkim odcieniu niebieskiego i fotel słabo podgrzewany”, bo przemawia przeze mnie rozczarowanie spowodowane straszliwie wyśrubowanymi oczekiwaniami; ale jeśli miałabym bezwarunkowo polecać, to wyłącznie tomy 2008 i 2009.

Dzieło tagowalnicze

Skończyłam otagowywać moje notki blogowe. Po pierwsze odkryłam, że mam naprawdę bardzo fajnego bloga, aczkolwiek nikogo nie zmuszam, żeby tę opinię podzielał, i cieszę się, że go pisałam. Znaczy, poza wszystkim dobrym, co z niego wynikło, cieszę się, że istnieje ten zapis mojego życia i że notki przywołują rozmaite fajne wspomnienia. Po drugie i ważniejsze proszę zgadnąć, ile notek otagowałam jako „o książkach”.

Atwood

Ogromnie kocham Margaret Atwood, to już nie od dziś, a aktualnie za
„Dobre kości” i „Morderstwo w ciemności”, dwa zbiory… yyy… 
właściwie nie wiem czego. Opowiadania to nie są, więc notatki, szkice?
Ale szkic zakłada niedokończenie, a to są teksty przemyślane, skończone,
dopracowane w swej maksymalnej zwięzłości. Błyskotliwe, ironiczne, i
czasem zabawne również. A chwilami poetyczne. Mamy tu przewrotne
nawiązania do baśni, literatury i niezliczonych stereotypów
naszej codzienności. Zgadzam się, żeby Atwood dostała Nobla nawet przed
Dukajem. Właściwie to na to czekam.
Bo i co można powiedzieć o pannach mądrych, tych bezbarwnych wzorach cnót?
Gryzą się w język, starają się nie mądrzyć, same sobie szyją ubrania,
zdobywają pozycję zawodową, robią wszystko jak należy, i to bez wysiłku.
Są na swój sposób nieznośne – nie mają wad, o których warto pisać,
uśmiechają się mądrze, jak ludzie, którzy zbyt dobrze znają się na rzeczy; zbyt wiele wiedzą o nas i naszych głupotach.
Podejrzewamy, że czasem mają niedobre serca.
Są zbyt bystre. Dla nas, niestety, zbyt bystre.
(…)
Obłudna czytelniczko! Moja bratnia duszo! Siostro!
Chwalmy panny głupie,
które dały nam Literaturę