O Nowaku

Najpopularniejsze nazwisko w Polsce to Nowak (około 200 tysięcy ludzi nosi to nazwisko, czyli jeden na 200 Polaków). Jakoś tak się dziwnie składa, że nie znam osobiście żadnego Nowaka ani żadnej Nowak, choć pewnie po prostu o tym nie wiem. (Za to Piotrów Kowalskich chyba ze czterech, tak dla równowagi). Kto z Państwa jest lub był Nowakiem, ma Nowaków w rodzinie, albo chociaż zna Nowaków osobiście?

Franglais

Radio poranne rzekło z dumą, że Francuzi wcale nie są tacy źli, jeśli chodzi o władanie językiem angielskim, jak się powszechnie uważa. Są wprawdzie na 17 miejscu w klasyfikacji, jaki procent narodu zna angielski (nie dotarło do mnie, czy chodzi o Europę czy o cały świat), czyli daleko za Niemcami, którzy są na ósmym miejscu, ale przed Hiszpanami i Włochami. Krytykowani są za niezrozumiały akcent, ale powinni mieć więcej wiary we własne umiejętności.

Johnny is back

Pisałam już kiedyś o lokalnym fenomenie pn. Johnny Hallyday, 50 –
bagatela – lat kariery piosenkarza, najpopularniejszy człowiek we
Francji, kochany przez publiczność od lat 7 do 77, jak głosi slogan. W
sobotę obejrzałam – na TF1, a gdzieżby, mówiłam że to poważna sprawa – początek Johnny Hallyday show z okazji jego
powrotu na scenę i wydania nowego albumu, po długiej przerwie
spowodowanej kłopotami zdrowotnymi, które zresztą cała Francja śledziła na bieżąco z wielkimi emocjami. W wieku lat 67 niejeden myśli raczej
o emeryturze, ale nie Johnny. Ten triumfalnie powraca. Uznałam, że to świetna okazja przekonać się w końcu, co on właściwie śpiewa, bo do tej
pory znany mi był praktycznie tylko z reklamy Optic 2000. Wrażenie mniej
więcej takie, jakby Francuzowi pokazać Marylę Rodowicz. Niewątpliwie
wielce zasłużona, ma głos, ma talent sceniczny, wiele zaśpiewała
wspaniałych piosenek (do dzisiaj słucham czasem „Małgośki”), ale
cudzoziemiec raczej by tego nie pojął. Obejrzałam pierwsze pół godziny,
bo na scenie dołączył do niego bardzo przeze mnie lubiany Gad Elmaleh,
podobno przyjaciel.  Różnica wieku między nimi wynosi dobre pokolenie, i
Gad to komik, a nie piosenkarz, ale showbiznes wszak nie takie przyjaźnie już
widział. Ale to wszystko nieistotne: trzeba było widzieć publiczność!
Te natchnione i wzruszone twarze, wszyscy śpiewający razem z nim
przeboje, które mnie oczywiście nic nie mówiły. Coś pięknego.

Thursday

Wczoraj w telewizji pokazali „Kotkę na gorącym blaszanym dachu” w ramach wspomnienia o Liz Taylor. Obejrzałam ją z przyjemnością mimo nieuniknionego francuskiego dubbingu; teraz nie robią już takich kobiet jak ona.

Przeczytałam szóstą Thursday Next, oczywiście jest dobra i zabawna, ale to jest jednak szósta część, i już nie ma tej świeżości poprzednich. Fforde postarał się uniknąć powtarzalności, i tutaj bohaterką jest napisana Thursday, mieszkanka świata fikcyjnego, więc mamy nieco inny punkt widzenia niż poprzednio. Mam wrażenie, że niekoniecznie powstanie kolejna część. Fforde wie kiedy przestać, a w planach są aż dwa następne Dragonslayery oraz drugi tom „Shades of Grey”, ale dopiero w 2013 – i dobrze, przynajmniej mam motywację, żeby przeżyć następne dwa lata. Mam nadzieję, że będzie warto. Ponieważ jest wiosna, wygrzebałam następnie z półki „Skok w dobrą książkę” , który jakimś cudem mam tutaj po polsku (tłumaczenie jest naprawdę w porządku), po czym natychmiast zabrałam się za część kolejną, i pewnie przeczytam wszystkie na nowo. Oprócz pierwszej, która jest we Wrocławiu, i zastanawiam się, czy nie kupić jej sobie w oryginale. „Alabama Song” Leroya o Zeldzie Fitzgerald będzie w takim razie musiała jeszcze chwilę poczekać na swoją kolej, choć ostrzę sobie na nią zęby. Yyy… oczy.

O wiośnie

Zdecydowanie cierpię na niemoc wiosenną. Wiosnę poznajemy po tym, że

1) Mam nagłą i nieodpartą chęć kupienia sobie nowego laptopa, co miałam w
mglistych planach już od roku, ale w zeszłym roku chyba nie było
wiosny, w każdym razie plany się nie skonkretyzowały. W tym już tak. Pragnienie też się skonkretyzowało. To
będzie asus. Byłby znowu dell, ale do tych uporczywie dodawany jest mc-a-fee, z którym ja się nie toleruję od dawna i nie zacznę się nagle tolerować w drugiej dekadzie XXI wieku.

2) Ludzie za kółkiem wyprawiają różne, i mogę sobie chyba pozwolić na
taką krytykę, bo sama ostatnio nie dalej jak tydzień temu wyprawiłam co
nieco, zorientowawszy się w ostatniej chwili, że niechcący właśnie
wjeżdżam na obwodnicę, która była mi zupełnie do niczego niepotrzebna,
oraz zakorkowana. Skręciłam więc dość fantazyjnie ze środkowego pasa trochę pod prąd, narażając się na solidne otrąbienie, co doprawdy
dziwnym nie jest. Ale obwodnicy uniknęłam i o to chodziło. Nie jestem wprawdzie wyznawczynią poglądu, że cel uświęca środki: z wyjątkiem właśnie obwodnicy. Zakorkowanej.

3) Wczoraj
zamiast samochodem zawiozłam syna i siebie na poranne zajęcia rowerem.
Dość jestem z siebie dumna.

O znaczkach

Śniło mi się, że pisałam notkę na bloga: miała początek, środek, zakończenie, oraz sens, i bardzo byłam z niej zadowolona. Niestety obudziłam się i żadna notka na blogu mi nie przybyła, a co gorsza w głowie też mam kompletną pustkę, jak to zazwyczaj w poniedziałki.

W takim razie będzie o znaczkach. Otóż ja wysyłam kartki, pocztą, znaczy nie przez Internet – kiedyś tak ludzie robili i niektórzy robią nadal. W celu wysłania kartki należy na nią nalepić znaczek. We Francji można sobie takowy wydrukować samodzielnie w automacie na poczcie, ale on jest wtedy gigantyczny i mnie denerwuje, bo miejsce na kartce zabiera, a ja lubię tam jeszcze coś napisać. Odręcznie. Piórem. Ale o znaczkach miało być, nie o piórze. Można kupić normalne małe znaczki na poczcie, ale w tym celu należy stać w kolejce, a potem długo tłumaczyć pani w okienku, jakich znaczków sie potrzebuje i dlaczego nie można ich sobie samej wydrukować w automacie. Z radością więc ostatnio odkryłam, że można sobie kupić znaczki przez Internet i nawet wysyłka jest gratis od pewnej niezbyt wygórowanej kwoty. Kliknęłam, wybrałam dwa razy po 10 sztuk z każdego z dwóch nominałów (Europa oraz reszta świata), zapłaciłam, i dwa dni później w skrzynce znalazłam wielki płaski solidny karton.
– Yyy – rzekłam do siebie – a to CO? Czyżby moje 40 znaczków tak opakowali?!
Okazało się, że owszem. Karton był pancerny, a każdy 10-znaczkowy arkusz był w oddzielnej przejrzystej kopercie, i całość w jeszcze jednej, większej przejrzystej kopercie. Potraktowali mnie najwyraźniej jak wybredną filatelistkę, co bardzo mi się spodobało. Ale nie jestem całkiem pewna, czy mogę teraz tych znaczków tak po prostu używać i bezczelnie je ślinić na odwrocie.

O światełku

Z okazji nadejścia wiosny poszłam do działu rowerowego w dużym sklepie sportowym. Znalazłam jedną potrzebną mi rzecz i zaczęłam szukać drugiej, ale bezskutecznie. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam pracownika zajmującego się naprawą rowerów. Podeszłam i zapytałam o tylne światło montowane na bagażniku. Pan zaproponował mi na dynamo.
– Eee, to widziałam, ale ja bym wolała takie na baterie – skrzywiłam się trochę.
– A to chyba nie ma – rzekł pan.
– Miałam takie, ale wzięło się i stłukło – zebrało mi się na zwierzenia – i nie mogę znaleźć – podkoloryzowałam trochę, bo wcale jeszcze nie szukałam.
– A może takie – pan obrócił się i pokazał mi na jednym z wystawionych rowerów nieduże światełko doczepiane do ramy.
– O, bardzo dobre by było – ucieszyłam się, że montaż będzie prosty.
Pan wrócił na swoje stanowisko, wyciągnął z szuflady światełko, włożył doń baterie, sprawdził, że działa i mi je wręczył.
– Dziękuję – rzekłam trochę niepewnie, bo tak bez żadnego opakowania i kodu paskowego? Ale zaraz pomyślałam, że na pewno nie pierwszy raz to robi, i na kasie będą już wiedzieli jak to skasować i sobie poszłam. Wzięłam jeszcze ze dwie rzeczy, wrzuciłam wszystko na taśmę, przygotowałam się na pytania, dlaczego to światło nie ma kodu paskowego, ale dziewczyna migiem wszystko skasowała. Zapłaciłam, zabrałam, pożegnałam się i poszłam, po czym mnie tknęło i spojrzałam na paragon. Oczywiście światełka na nim nie było. Doprawdy nie wiem, co mam o tym myśleć.