Na podstawie Dicka

Next” obejrzałam, bo akurat w tv dawali. Całkiem fajny i nawet zakończenie z sensem. Podobno oparty na opowiadaniu Dicka, ale trzeba się przez lupę przyglądać, żeby to zauważyć, bo poza pomysłem streszczającym się w jednym zdaniu „facet widzi dwie minuty w przyszłość” więcej wspólnego nie ma. Dick jest chyba jedynym na świecie pisarzem, który poddał filmowcom masę pomysłów na zupełnie dobre filmy, choć do oryginalnego rozwinięcia absolutnie niepodobne (tak samo mój ukochany „Blade Runner” i nie tylko; a teraz opowiadanie „Adjustment Team” stało się inspiracją dla filmu „The Adjustment Bureau„). Przy czym bynajmniej nie twierdzę, że gdyby kręcić dokładnie to, co on napisał, byłoby to lepsze, bo raczej nie. Klimatu jego powieści ani opowiadań sfilmować się nie da, a pomysły miewał świetne.

Tydzień bez kobiet

Obejrzałam i wcale nie było takie straszne. Tych kobiet (do spa w Marakeszu) wysłali cały autokar, chyba ze czterdzieści, z jednej wsi w centralnej Francji, a oglądamy bodaj 7 rodzin. W tym jedną parę uznałam za pokazaną zupełnie bez sensu, bo to miejscowy piekarz, który nie ma dzieci i pracuje razem ze swoją żoną – on piecze, ona sprzedaje. Jak mu żonę zabrali na tydzień, to musiał sprzedawać za nią, czyli zupełnie tak jakby mu pracownik po prostu zachorował, i małżeństwo nie miało tu nic do rzeczy. Ale pokazali go, bo to właśnie on się pierwszego dnia zupełnie rozkleił, i wyszlochał do kamery, że w sklepie jest w porządku, bo ma klientów i zajęcie, ale sam w domu całkiem nie może wytrzymać. Co najśmieszniejsze, jego żona w tym spa też parę łez uroniła, czego już kompletnie nie mogłam zrozumieć.

Oczywiście program zaczął się od pokazania jednej żony objaśniającej mężowi swemu, jak się obsługuje pralkę (czułam się dość dziwnie pamiętając, że w początkach mego małżeństwa to mąż robił pranie, ponieważ ja nie umiałam), ale poza tym nie było żadnego ośmieszania facetów. Najgorszy był ojciec ośmiomiesięcznego dziecka, który przed wyjazdem żony buńczucznie rzekł do kamery „oczywiście, że spędzam więcej czasu na polowaniu niż w domu!”, a jak już został sam, to bezustannie powtarzał z miną zbitego psa „dni są takie długie… dni tak się dłużą”. Za to mój pełen podziw wzbudził rolnik, który musiał rano wstawać oporządzać kozy i jeździć traktorem – i twardo zabierał dwuletnią córkę ze sobą! Fakt, że niesłychanie grzeczna była. Kolejny ojciec został sam z trójką dzieci nadających się wyłącznie do Superniani, a przed programem opowiadał, że uprawia tai-chi, jest zen, i nie chce podnosić głosu. Na długo mu tego zenu nie wystarczyło. Zaś u ojca trzech dziewczynek 4,5 i 7 lat już po dwóch dniach był tak niewyobrażalny bałagan, że trudno uwierzyć, co kamera pokazywała oczywiście z lubością – ale trzeba przyznać, że córkami się zajmował fajnie. Żony ze spa twierdziły, że mężowie na pewno będą potomstwo karmić kluskami, kluskami i może kluskami, ci zaś gotowali zapiekanki z kalafiora, eskalopki cielęce z pieczarkami, i umówili się na wspólny wieczór gotowania z piekarzem, by wspomóc tych, którym słabiej szło w kuchni.

Konkluzja była taka, że miłość i kobiety są mężczyznom potrzebne. Ja zaś od siebie dorzucę, że z kolei kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru ((c) by Irina Dunn).

Z okazji Dnia Kobiet

W radiu porannym zazwyczaj mówią, co będzie wieczorem w telewizjach. Na ogół słyszę to jednym uchem, i dziś mi w to ucho wpadło, że z okazji Dnia Kobiet pokażą nam reality show: będziemy oglądać, jak sobie radzą z obowiązkami domowymi mężczyźni, których żony wyjechały na tydzień. Co sobie pomyślałam, to się nie nadaje do napisania nawet na papierze wirtualnym. Mamy rok 2011, pralki, lodówki i sklepy pełne półproduktów: wydawałoby się, że nawet najdurniejszy chłop potrafi sobie poradzić ze sprzątnięciem i nakarmieniem siebie, a nawet potomstwa. Widać jednak nie, skoro aż show należy na ten temat robić. Swoją drogą ja już nic nie rozumiem: kobieta bez faceta radzi sobie świetnie, nawet nieraz lepiej niż nim obarczona, a faceta bez kobiety trzeba w telewizji pokazywać jako kuriozum. To właściwie po co w ogóle są faceci?

Listy na wyczerpanym papierze

Biorę w końcu z ciężkim westchnieniem tę książkę, długi czas obracam ją w dłoniach, czytam tytuł dwanaście razy, oglądam okładkę ze wszystkich stron i uparcie szukam w niej odpowiedzi na pytanie, czy ja naprawdę powinnam to czytać. Dręczy mnie poczucie niezręczności, które zapewne tylko voyeurom jest obce – ja jednak nigdy nie miałam takich inklinacji i podglądanie cudzej intymności zawsze budzi mój wewnętrzny opór. Owszem, poniekąd nawet kiedy zaczynam czytać nowy blog, a te przecież pisane są w pełni świadomie. Agnieszka i Jeremi nie mieli zielonego pojęcia, że ich korespondencję czytać będą osoby postronne, a jeśli nawet się tego spodziewali, to wiele, wiele lat później. Ale przedmowa Magdy Umer mnie przekonała o słuszności decyzji podjętej przez dzieci autorów. Kiedy już zaczęłam czytać, to oczywiście nie mogłam się oderwać, przeczytałam każdą literkę, każdy przecinek, każdą kropkę, obejrzałam każdy stempel pocztowy uważnie z bliska, a jak skończyłam (we łzach i nie zamierzam się tego wstydzić), to zaczęłam ponownie od początku. To jest rzeczywiście piękna literatura, świadectwo miłości straszliwie trudnej; świadectwo po prostu człowieczeństwa.

Umer wykonała benedyktyńską pracę zbierając i układając to wszystko, natomiast z przypisami w moim odczuciu przesadziła. Czy faktycznie listy miłosne Osieckiej i Przybory zainteresują człowieka, który nie wie, kim był Minio, czym był STS i SPATiF, a wręcz – to już kuriozum zupełne – kim są Mrożek i Młynarski? W innym miejscu Osiecka wspomina o posadzie Brezy w Paryżu. Przypis objaśnia solennie, że Breza był pisarzem, co niewątpliwie jest zgodne z prawdą, ale przydałoby się raczej w tym kontekście wyjaśnienie, co ówcześnie robił w Paryżu (ja nie jestem Umer i mogę powiedzieć: był radcą kulturalnym w ambasadzie). Ale wiadomo, jak to ja, muszę się przyczepić. I tak kocham Umer za doprowadzenie do wydania tej książki, bo możemy dzięki niej poznać od innej strony dwoje wspaniałych ludzi, dwa cudowne, niezrównane umysły. Fantastycznie, że się spotkali, chociaż oni na pewno tego nieraz żałowali.

Chwilowo nie o książce

Parę dni temu radio poranne oznajmiło, że zrobili w Paryżu „Dead Drop„, czyli ukryli na placu w pobliżu ich siedziby pendrajw z tajemniczą zawartością. Należało go znaleźć, zawartość przegrać, pendrajw zostawić dla innych, i poinformować radio co się tam znajduje, aby coś wygrać.
„Ha, ha, ha” pomyślałam od razu „a w Polsce to by im tego pendrajwa zaraz ukradli!”
Dziś to samo radio powiedziało
– Pamiętacie drodzy słuchacze naszego Dead Dropsa? Otóż niestety został on ukradziony!
„Ha, ha i ha” pomyślałam z satysfakcją „przecież wiedziałam, że tak będzie!”.
– Nasz słuchacz przejechał kawał drogi specjalnie w tym celu – kontynuowało radio – przeszukał wszystko i niczego nie znalazł, ale ponieważ się do nas zgłosił z zażaleniem, to i tak wygrywa nagrodę.

„Stolik”

Na Gruzy „Stolik” ostrzyłam sobie zęby, zapowiadał się ciekawie. Zaczęłam
czytać i uczucia mi się zmieszały. Anegdoty niepowiązane ze sobą, dużo
narzekania na starość, jeszcze więcej epatowania sporo młodszą kochanką,
masa wulgaryzmów – i kto jak kto, ale Gruza powinien już wiedzieć, że
niektóre wulgaryzmy śmieszą, kiedy przy wódce wplata je Holoubek w
dowcip, ale na piśmie już wyglądają znacznie gorzej. Rozumiem chęć
ocalenia tamtej stolikowej atmosfery od zapomnienia, lecz lepiej chyba
byłoby zaakceptować, że to niemożliwe. Choć może nie jestem do końca
uczciwa, bo jednak wciąga. I zbieg okoliczności: akurat wczoraj czytałam jak Gruza wspomina Irenę Kwiatkowską, która dziś rano odeszła w wieku 98 lat.

„Sługa boży”

Nagle odkryłam Piekarę. Historia alternatywna, w której demony i źli czarownicy naprawdę istnieją, a walczący z nimi inkwizytor nie przebiera w środkach, aby grzeszników nawrócić. Napisane jest to świetnie, choć oczywiście czytadło klasy B, natomiast Piekarze udała się rzadkość – stworzenie bohatera naprawdę złego, w dodatku narratora pierwszoosobowego. Jedyni podobni przychodzący mi na myśl to oczywiście Humbert Humbert Nabokova (narrator „Lolity”), i zdaje się że „Łaskawe” Littella oparte są na podobnym pomyśle, ale ciągle jeszcze ich nie czytałam. Piekara to wprawdzie nie ta klasa literacka, ale koło tego bohatera nie da się przejść obojętnie. To nie żaden wiedźmin z mieczem oraz z sercem szlachetnym i rozdartym; to prawdziwy psychopata, któremu się jego zawód bardzo podoba (coś jak w tym starym dowcipie Mleczki „w zawodzie wikinga najbardziej cenię gwałcenie„). A przy tym psychopata w swoim pojęciu uczciwy, i chyba to jest najbardziej przejmujące. Można się długo zastanawiać, czy to świat go tak ukształtował – a świat u Piekary w ogóle nie jest miejscem przyjemnym ani przyjaznym  – czy taki już jest z natury.

Wiem, że nie należy autora z jego dziełem utożsamiać, ale w tym przypadku przyznaję, że nie chciałabym Piekary spotkać w ciemnej uliczce. Poczytałam sobie poza tym recenzje innych jego książek, i wychodzi mi, że to kolejny ultraprawicowy fantasta, który nadmiernie folguje w dziełach swojej nienawiści do istniejących porządków politycznych i obyczajowości. Jest takich w Polsce trochę, niestety. O inkwizytorze jednak jeszcze poczytam.

P. zadała ładne pytanie w komentarzach pod poprzednią notką: „jaką książkę trzeba koniecznie przeczytać, gdyby jutro miał nastąpić już koniec świata?”. Macie jakieś pomysły?