Niemiecki

Minęłam panią z wózkiem, która do zawartości tegoż przemawiała w jakimś języku. Odnotowałam, że to nie francuski, i przeleciało mi przez głowę „twardy jakiś taki… niemiecki?! Oni tam takie różne dziwne akcenty mają”. Ale myśli nie poświęciłam więcej czasu, a za chwilę na drodze stanęły nam drzwi. Uprzejmie przytrzymałam je przed panią z wózkiem, jednocześnie do potomka osobistego mówiąc
– Poczekaj… poczekaj!
Pani z wózkiem przeszła, podziękowała mi, po czym oznajmiła po francusku
– Pani jest Polką!
– Jestem – przyznałam się, myśląc „wiedziałam, że to Niemka – i proszę, jak od razu polski rozpoznaje!”
– Ja trochę rozumiem – radośnie powiedziała pani idąc koło mnie, i już się przygotowałam na opowieść, że babcia Ślązaczka, kiedy pani dodała
– My z Serbii jesteśmy, i też mówimy poczekaj. Słowiańskie języki są takie podobne!
– Oczywiście – przytaknęłam, uśmiechnęłam się do pani szeroko jako ta bratnia dusza slowiańska, myśląc jednocześnie pod swoim adresem „taa, niemiecki, taa, oczywiście, jasne, dwa niemieckie i trzeci słowiański, a uszy to chyba masz już całkiem sfrancuszczone…”

Jak zostać królem

Króla widziałam, jąkał się trochę. Trochę głupio, że już zgarnął te wszystkie Oscary i pozytywne recenzje – chcąc być oryginalną należałoby go teraz skrytykować, ale nijak się nie da. Kawał bardzo solidnej roboty filmowej, a Colin Firth jest powalający. Ja chyba nie wiedziałam, że to aż tak dobry aktor. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak trudne musiało być zagranie jąkania, jeśli się jest aktorem, który od lat pracuje właśnie głosem i dykcją. Jest przekonujący w każdej sekundzie.

Przy okazji w końcu zbliżyłam się do zrozumienia Edwarda. Nigdy nie byłam w stanie pojąć, jak można abdykować z powodu kobiety – dopiero teraz widzę, że to nie było takie znów poświęcenie z jego strony, w przededniu wojny z Hilterem (fakt, w 1936 oni jeszcze za bardzo w nią nie wierzyli, ale obawa narastała). Wcale nie jest tak znów fajnie urodzić się królem i mieć obowiązek odczytywania przemówień napisanych przez kogoś innego, co w filmie zostało tylko zasygnalizowane delikatnie, ale przekonująco.

I oczywiście na napisach końcowych wytrzeszczyłam oczy widząc Helenę Bonham Carter. Oczywiście, że jej nie poznałam – a wydawało mi się, że to jedna z nielicznych aktorek, które kojarzę. I niby kto jak nie ona mógł zagrać królową?

Co śmieszy Francuzów

Będzie rozprawa na temat francuskiego poczucia humoru na przykładzie. Radia oczywiście. Parę dni temu był w nim skecz na temat ludzi mieszkających w miejscowości Poil. Dosłownie oznacza to „włos”, natomiast „à poil” oznacza „nago”. Nie wiem czy muszę pisać dalej, czy wszyscy się już domyślili; w każdym razie mniej więcej przełożyć to na realia polskie można wyobrażając sobie ludzi mieszkających na ulicy Wiesława Golasa, i ich konwersacje
– Moja córka brała ślub na Golasa, a ponieważ nie mamy tu księdza, to ksiądz musiał przyjechać na Golasa.
– Wczoraj poszedłem do pewnej pani i powiedziałem, że widziałem ją niedawno na Golasa.
Nie wiem jak Państwo, ale ja z dowcipami tego typu ostatnio miałam do czynienia na koloniach dla dzieci z podstawówki. I to tych młodszych.

Poza tym przeraża mnie reklama radiowa, w której pracownik swemu szefowi oznajmia, że właśnie stracił wszystkie punkty na prawie jazdy, a szef na to radośnie „ależ nic się nie martw, właśnie kupiłem małą ciężarówkę, na którą prawo jazdy nie jest potrzebne” (typowo francuskim wynalazkiem są samochodziki, którymi można jeździć bez prawka, i które mają prędkość ograniczoną do 45 km/h).

Na podstawie Dicka

Next” obejrzałam, bo akurat w tv dawali. Całkiem fajny i nawet zakończenie z sensem. Podobno oparty na opowiadaniu Dicka, ale trzeba się przez lupę przyglądać, żeby to zauważyć, bo poza pomysłem streszczającym się w jednym zdaniu „facet widzi dwie minuty w przyszłość” więcej wspólnego nie ma. Dick jest chyba jedynym na świecie pisarzem, który poddał filmowcom masę pomysłów na zupełnie dobre filmy, choć do oryginalnego rozwinięcia absolutnie niepodobne (tak samo mój ukochany „Blade Runner” i nie tylko; a teraz opowiadanie „Adjustment Team” stało się inspiracją dla filmu „The Adjustment Bureau„). Przy czym bynajmniej nie twierdzę, że gdyby kręcić dokładnie to, co on napisał, byłoby to lepsze, bo raczej nie. Klimatu jego powieści ani opowiadań sfilmować się nie da, a pomysły miewał świetne.

Tydzień bez kobiet

Obejrzałam i wcale nie było takie straszne. Tych kobiet (do spa w Marakeszu) wysłali cały autokar, chyba ze czterdzieści, z jednej wsi w centralnej Francji, a oglądamy bodaj 7 rodzin. W tym jedną parę uznałam za pokazaną zupełnie bez sensu, bo to miejscowy piekarz, który nie ma dzieci i pracuje razem ze swoją żoną – on piecze, ona sprzedaje. Jak mu żonę zabrali na tydzień, to musiał sprzedawać za nią, czyli zupełnie tak jakby mu pracownik po prostu zachorował, i małżeństwo nie miało tu nic do rzeczy. Ale pokazali go, bo to właśnie on się pierwszego dnia zupełnie rozkleił, i wyszlochał do kamery, że w sklepie jest w porządku, bo ma klientów i zajęcie, ale sam w domu całkiem nie może wytrzymać. Co najśmieszniejsze, jego żona w tym spa też parę łez uroniła, czego już kompletnie nie mogłam zrozumieć.

Oczywiście program zaczął się od pokazania jednej żony objaśniającej mężowi swemu, jak się obsługuje pralkę (czułam się dość dziwnie pamiętając, że w początkach mego małżeństwa to mąż robił pranie, ponieważ ja nie umiałam), ale poza tym nie było żadnego ośmieszania facetów. Najgorszy był ojciec ośmiomiesięcznego dziecka, który przed wyjazdem żony buńczucznie rzekł do kamery „oczywiście, że spędzam więcej czasu na polowaniu niż w domu!”, a jak już został sam, to bezustannie powtarzał z miną zbitego psa „dni są takie długie… dni tak się dłużą”. Za to mój pełen podziw wzbudził rolnik, który musiał rano wstawać oporządzać kozy i jeździć traktorem – i twardo zabierał dwuletnią córkę ze sobą! Fakt, że niesłychanie grzeczna była. Kolejny ojciec został sam z trójką dzieci nadających się wyłącznie do Superniani, a przed programem opowiadał, że uprawia tai-chi, jest zen, i nie chce podnosić głosu. Na długo mu tego zenu nie wystarczyło. Zaś u ojca trzech dziewczynek 4,5 i 7 lat już po dwóch dniach był tak niewyobrażalny bałagan, że trudno uwierzyć, co kamera pokazywała oczywiście z lubością – ale trzeba przyznać, że córkami się zajmował fajnie. Żony ze spa twierdziły, że mężowie na pewno będą potomstwo karmić kluskami, kluskami i może kluskami, ci zaś gotowali zapiekanki z kalafiora, eskalopki cielęce z pieczarkami, i umówili się na wspólny wieczór gotowania z piekarzem, by wspomóc tych, którym słabiej szło w kuchni.

Konkluzja była taka, że miłość i kobiety są mężczyznom potrzebne. Ja zaś od siebie dorzucę, że z kolei kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru ((c) by Irina Dunn).

Z okazji Dnia Kobiet

W radiu porannym zazwyczaj mówią, co będzie wieczorem w telewizjach. Na ogół słyszę to jednym uchem, i dziś mi w to ucho wpadło, że z okazji Dnia Kobiet pokażą nam reality show: będziemy oglądać, jak sobie radzą z obowiązkami domowymi mężczyźni, których żony wyjechały na tydzień. Co sobie pomyślałam, to się nie nadaje do napisania nawet na papierze wirtualnym. Mamy rok 2011, pralki, lodówki i sklepy pełne półproduktów: wydawałoby się, że nawet najdurniejszy chłop potrafi sobie poradzić ze sprzątnięciem i nakarmieniem siebie, a nawet potomstwa. Widać jednak nie, skoro aż show należy na ten temat robić. Swoją drogą ja już nic nie rozumiem: kobieta bez faceta radzi sobie świetnie, nawet nieraz lepiej niż nim obarczona, a faceta bez kobiety trzeba w telewizji pokazywać jako kuriozum. To właściwie po co w ogóle są faceci?

Listy na wyczerpanym papierze

Biorę w końcu z ciężkim westchnieniem tę książkę, długi czas obracam ją w dłoniach, czytam tytuł dwanaście razy, oglądam okładkę ze wszystkich stron i uparcie szukam w niej odpowiedzi na pytanie, czy ja naprawdę powinnam to czytać. Dręczy mnie poczucie niezręczności, które zapewne tylko voyeurom jest obce – ja jednak nigdy nie miałam takich inklinacji i podglądanie cudzej intymności zawsze budzi mój wewnętrzny opór. Owszem, poniekąd nawet kiedy zaczynam czytać nowy blog, a te przecież pisane są w pełni świadomie. Agnieszka i Jeremi nie mieli zielonego pojęcia, że ich korespondencję czytać będą osoby postronne, a jeśli nawet się tego spodziewali, to wiele, wiele lat później. Ale przedmowa Magdy Umer mnie przekonała o słuszności decyzji podjętej przez dzieci autorów. Kiedy już zaczęłam czytać, to oczywiście nie mogłam się oderwać, przeczytałam każdą literkę, każdy przecinek, każdą kropkę, obejrzałam każdy stempel pocztowy uważnie z bliska, a jak skończyłam (we łzach i nie zamierzam się tego wstydzić), to zaczęłam ponownie od początku. To jest rzeczywiście piękna literatura, świadectwo miłości straszliwie trudnej; świadectwo po prostu człowieczeństwa.

Umer wykonała benedyktyńską pracę zbierając i układając to wszystko, natomiast z przypisami w moim odczuciu przesadziła. Czy faktycznie listy miłosne Osieckiej i Przybory zainteresują człowieka, który nie wie, kim był Minio, czym był STS i SPATiF, a wręcz – to już kuriozum zupełne – kim są Mrożek i Młynarski? W innym miejscu Osiecka wspomina o posadzie Brezy w Paryżu. Przypis objaśnia solennie, że Breza był pisarzem, co niewątpliwie jest zgodne z prawdą, ale przydałoby się raczej w tym kontekście wyjaśnienie, co ówcześnie robił w Paryżu (ja nie jestem Umer i mogę powiedzieć: był radcą kulturalnym w ambasadzie). Ale wiadomo, jak to ja, muszę się przyczepić. I tak kocham Umer za doprowadzenie do wydania tej książki, bo możemy dzięki niej poznać od innej strony dwoje wspaniałych ludzi, dwa cudowne, niezrównane umysły. Fantastycznie, że się spotkali, chociaż oni na pewno tego nieraz żałowali.