A tymczasem w Polsce

A tymczasem w Polsce niektóre panie sklepowe nie tylko nie mówiły pierwsze, ale wręcz nie odpowiadały na moje dzień dobry, co jednak mocno zbijało mnie z tropu. Powinnam być wprawdzie przyzwyczajona przez długie lata wychowania w polskiej gospodarce alternatywnej, ale jakoś nie jestem, wyraźnie rozbestwiłam się na tym dzikim Zachodzie. Na szczęście tylko niektóre i być może wymrą bezpotomnie. W autobusie raz musiałam poprosić o ustąpienie miejsca, bo to dla matki z dzieckiem okupował potężnie zbudowany młody człowiek, a jechaliśmy akurat na Pragie, i wygłaszając swą prośbę byłam przygotowana na stek wyzwisk. Chłopak jednakże się poderwał i bardzo grzecznie powiedział „przepraszam, nie zauważyłem”. Poza tym ludzie ustępowali, zanim jeszcze zdążyłam dobrze nogę w autobusie postawić.

W aptece całodobowej w niedzielę wielkanocną (!) napotkałam przemiłe panie, którym wyraziłam swe współczucie, że muszą tak w święta w pracy siedzieć, na co usłyszałam
– O, jak możemy komuś pomóc tak jak Pani, to dobrze – gorzej, jak przychodzi ktoś kupić pastę do zębów, jak przed chwilą miałyśmy…

Się dobrze żyje

Prezydent Sarko na szczycie francusko-włoskim z właściwą sobie emfazą rzekł, że wszyscy Francuzi darzą Włochy szczególną sympatią, uważają za jedyny kraj, w którym żyje się równie dobrze jak we Francji, i że gdyby jakiegokolwiek Francuza o to zapytać, to by to niewątpliwie potwierdził. Przytoczyło to z uciechą radio poranne, i faktycznie zapytało kilku Francuzów, jaki mianowicie jest jedyny kraj, w którym żyje się równie dobrze co we Francji. Odpowiedzi były następujące:
– Hiszpania.
– Hiszpania!
– Hiszpania.
– Maroko.
– Stany (że co?!)
– Australia.
– Hiszpania.
– Nowa Zelandia.
– Laos.

Latanie jest ok, ale lądowań nienawidzę

Miałam wczoraj jeden z najlepszych w moim życiu powrotów do Paryża. Na dobry początek wcale nie zapiszczałam na bramce (moim zdaniem była zepsuta), co zdumiało mnie tak, że z pretensją w głosie rzekłam do agentki ochrony
– A czemu to nie piszczało!? Na mnie zawsze piszczy! – na szczęście zostałam zignorowana. Ale czegoś mi trochę brakowało, szczególnie że tydzień wcześniej na de Gaulle’u zostałam dość porządnie oklepana na okoliczność posiadania na sobie nielegalnego metalu. Następnie okazało się, że tuż obok naszego wyjścia pojawił się mały plac zabaw dla dzieci lat 1-6, z domkiem, zjeżdżalenką i innymi huśtawkami, więc moje dziecko natychmiast tam pognało się wyszaleć, ja zaś usiadłam sobie na ławeczce i się relaksowałam, a do wyjścia poszłam dopiero jak je otwarto. Przed nami zaś do samolotu podążał pan z kotem w specjalnej torbie, a kot sobie pomiaukiwał, więc moje dziecko nie mówiło o niczym innym przez cały lot, ja natomiast przytakiwałam i czytałam Pilipiuka „Wampir z M-3” (potwornie zazdroszczę Pilipiukowi tego lekkiego pióra, też bym tak chciała umieć). Spóźnienia mieliśmy w sumie 15 minut, ponieważ były jakieś problemy z miejscami: zdaje się, że sprzedali dwa razy tę samą miejscówkę (a sądziliście, że takie rzeczy to tylko w PKP?), za to mieliśmy dwie stewardessy mówiące po polsku, co spotkało mnie w Air France pierwszy raz. Mój syn wybrał sobie jednak stewardessę francuską, i kiedy udaliśmy się w stronę łazienki, natychmiast poszedł ją zaczepiać, za co dostał ciasteczko. Pod koniec lotu stewardessa przechodząc koło nas pożegnała się z mym synem po imieniu, i spytała czy pośle jej buziaka na pożegnanie. Posłał, bo to grzeczne dziecko jest, więc się rozpłynęła i stała nade mną przez kwadrans informując, że „oooh, il est si mignon!” Wiem. To moje dziecko w końcu. Lądowanie natomiast było twarde i z podskokiem, ale nie można mieć wszystkiego.

Polska to fajny kraj?

Strajkujący pracownicy Carrefoura dostali 2% podwyżki i premie, a strajkowało ich podobno 95%. W jednym miejscu doszło do zamieszek z udziałem siedemdziesięcioletniego niedoszłego klienta, który koniecznie chciał zrobić zakupy, a kiedy mu się to nie udawało, zranił jednego strajkującego pracownika wjeżdżając w niego samochodem, a drugiego ugryzł w rękę. Nie wiem, czy podwyżki i premie wynagradzają takie poświęcenia, ale w końcu ja nie pracuję w Carrefourze.

Jadę na tydzień do Polski i zostawiam Państwu zadanie domowe. Otóż do żłobka przychodzi pan prowadzący zajęcia, w ramach których dzieci bawią się w podróże. Ostatnio do Algierii, gdzie jedli kuskus.
– Szkoda, że nie do Polski – machinalnie zauważyłam odbierając dziecko.
– A bo my nic nie wiemy o Polsce! – ożywiła się Natasza. – Niech pani napisze nam na kartce coś o Polsce: co się tam je i zwiedza, to pojedziemy do Polski!
– Yyy – rzekłam na to ja i poszłam sobie. Po czym pomyślałam, że Smoleńsk, Kaczyńsk i inne sPISki to jedna strona medalu, a po drugiej musi być przecież coś jeszcze, i że jak JA im nie powiem że Polska to fajny kraj, to nikt im nie powie. A wiecie, wśród tych żłobkowych dwulatków może jest na przykład przyszły prezydent Francji albo inna szycha i potem będzie latami czule wspominać, że tak ładnie się w dzieciństwie bawił w zwiedzanie Polski. Tu prośba do Państwa: co jest fajnego w Polsce? Na razie wymyśliłam do jedzenia zupę pomidorową i bigos albo pierogi, a do zwiedzania Wawel ze smokiem i kopalnię soli w Wieliczce. A może Puszczę Białowieską i żubry? Ale na pewno wymyślicie całą masę innych rzeczy i wspólnie przygotujemy elaborat na zajęć dziesięć, a nie jedne, prawda? Podsyłajcie też wszelkie linki, zdjęcia i obrazki.

Pean na cześć Peanatemy

Najpierw to odwlekałam żeby ochłonąć i pisać powściągliwie, a potem co się odwlekło, to prawie uciekło, ale nawet po długim czasie (paru miesiącach) nadal uważam, że „Peanatema
jest cudowna, wspaniała, znakomita, świetna, powalająca, odurzająca i
mam ochotę ją zjeść! No. To jest science-fiction,
gdzie w roli science występuje filozofia interesująco przemieszana z
matematyką i fizyką. Stephenson fantastycznie kreuje swój świat, gdzie
zamknięci w zakonach ateistyczni mnisi uprawiają teoretyczną naukę
całkowicie odcięci od jej ewentualnych praktycznych zastosowań, a
państwo sekularne od czasu do czasu wykorzystuje ich wiedzę. Są jeszcze
itowie (owszem, to aluzja do IT), ale cokolwiek pogardzani, a może
niesłusznie. Wchodzi się w tę kreację z pełną akceptacją, i ja przez co
najmniej tydzień żyłam bardziej w matemie niż w skrzeczącej pospolitości
francuskiej. A ledwie się wejdzie, Stephenson natychmiast wykonuje
woltę, rozkręca akcję, wszystko się zmienia, miga jak w kalejdoskopie, a
po drodze mamy zupełnie przyzwoite wykłady naukowe wymagające odrobiny
myślenia. Dość powiedzieć, że pół wieczoru poświęciłam na wymyślenie dowodu
twierdzenia Pitagorasa. Poza tym są tu oczywiście Spisek Przez Wieki oraz
Żyd Wieczny Tułacz (tyle, że nie całkiem Żyd, a mnich), czyli dwa znaki
firmowe autora, i jego niezrównane zwichrowane poczucie humoru w
najmniej oczekiwanych momentach. Parę razy śmiałam się prawie do łez.
900 stron cudownej, szalenie rozrywkowej, niegłupiej, potwornie wciągającej
lektury. Właściwie spokojnie można napisać, że na miarę najlepszych
dzieł Dukaja, choć oni mają inne cele, inny warsztat i osiągają zupełnie
inne rezultaty – a jednak jest dziwne podobieństwo w emanującej z ich
powieści inteligencji. Martwi mnie jak zwykle tylko to, że po Cyklu
Barokowym i zupełnie do niego niepodobnej „Peanatemie” nie ma siły,
żeby Stephenson napisał jeszcze coś dobrego. To się po prostu fizycznie
nie da. Niepokoi mnie jeszcze trochę ta woda, którą przelewali na
orbicie poza atmosferą, ale możliwe, że czegoś nie doczytałam
dostatecznie uważnie. Poza tym drobna skaza na urodzie tylko podnosi
doskonałość, jak powszechnie wiadomo. A teraz się oddalam poszukać sobie
odpowiedniego matemu do dalszego życia.

Humor francuski na przykładach

France 2, czyli drugi publiczny program telewizji francuskiej, ogólnokrajowy i z misją, o ile Francuzi w ogóle znają to pojęcie. Sobota, wczesny wieczór, dzieci jeszcze niekoniecznie śpią. W programie przegląd znanych i mniej znanych komików oraz ich najlepszych numerów.

Zakazano burek we Francji, żeby chronić godność kobiecą. Należałoby jeszcze w tym celu zakazać noszenia stringów po czterdziestce (…) A ja kupiłem burkę mojej narzeczonej. Nie, nie jest muzułmanką, ale jest brzydka (buczenie z sali). Spoko, wie o tym. Ale wiecie co, doszedłem do wniosku, że chować pasztet (w oryginale boudin, kaszanka) pod burką to nie bardzo halal (muzułmański koszer).”

„Znajoma poleciała do Iranu na ślub gejowski. Tak, w Iranie są śluby gejów! Tylko jak wychodzą z kościoła, to nie rzucają w nich ryżem, tylko kamieniami.”

Kolejny komik porównuje zwyczaje amerykańskie z francuskimi. „Kelnerki amerykańskie mówią do ciebie „honey, darling”. We Francji jedyne kelnerki, które się tak do was zwracają, to te z lasku bulońskiego…”

Paryż

Koleżanki moje przyjechały do Paryża i zainstalowały się w samym sercu Les Marais, jednej z najurokliwszych dzielnic paryskich, obecnie zamieszkałej głównie przez Żydów i gejów (to połączenie bardzo je rozbawiło). Pognałam tam co tchu, bo poza tęsknotą za koleżankami nie byłam w Les Marais wieki całe, a każda do tego okazja jest dobra. Ledwie wysiadłszy z samochodu już się na dwóch starozakonnych napatoczyłam, a za chwilę okazało się, że naprzeciwko mieszkania koleżanek jest boulangerie, na której szybie widnieje niedwuznaczne „Pain razowy” pisane przez ozdobne z. Zapiszczałam z radości: wprawdzie Les Marais mi nie po drodze, ale nadal trochę bliżej niż Warszawa. Usiłowałam sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby Historia całkiem innym kołem się potoczyła, i to w Warszawie mielibyśmy piekarnie prowadzone przez Izaaków i Rywki, ale nie mogłam.

W niedzielę, żeby dołączyć do koleżanek w d’Orsay, wsiadłam w metro, które nieodmiennie pełne jest przeciągów i pachnie metrem paryskim (oraz dwa z dwóch automatów sprzedających bilety były hors service, ale nie bądźmy drobiazgowi) i wysiadłam na placu Concorde, który w pełnym słońcu też mnie oszałamia. Chyba najbardziej mnie zachwyca, że mają taki wielki pusty plac w samym środku miasta, zamiast tam biurowców sobie nastawiać. Było niemal zupełnie pusto, ostre słońce, nieliczni turyści, wieża Eiffla jak rysunek ołówkowy, rzeźby na moście Aleksandra III złoto lśniące w słońcu, obelisk luksorski na swoim miejscu; a zanim go tam postawili, leżał przez dwa lata w okolicznych krzakach, o czym myślę za każdym razem, kiedy go widzę. A potem wyszłyśmy na bulwar Saint Germain, zastanawiałyśmy się czy przejść na jego drugą stronę, i nie zdążyłyśmy się zdecydować, kiedy drogę nam odcięły jakieś trzy tysiące ludzi na rolkach. Wyglądało to niesamowicie, taki ruchliwy kolorowy tłum, i szum tysięcy rolek też robił olbrzymie wrażenie. Poza tym kasztanowce kwitną, koleżanki chciały się żywić wyłącznie mulami, w Dzielnicy Łacińskiej już można zjeść poza świętymi godzinami południowymi, kelner jest miły i zadaje sobie trud powiedzenia dwóch słów po polsku, a piwo z widokiem na d’Orsay jest chyba najdroższe w Paryżu.