Serial. W dodatku polski.

Niektórzy pewnie znów poczują się mną rozczarowani, lecz mimo to śmiało wyznam, że z zadowoleniem obejrzałam ostatnio… polski serial. „Londyńczyków 2” mianowicie, bo na to trafiłam przypadkiem pewnego razu na Polonii, i ku memu osobistemu zdziwieniu mnie szalenie wciągnęło. Nie tylko z powodu tematyki emigracyjnej. I przysięgam, że na początku w ogóle się nie zorientowałam, że kręcił to Wojciech Smarzowski, bo pewnie tylko z tego powodu by mi się podobało, a tak mogę być obiektywna. Okazało się, że mamy sporo całkiem niezłych aktorów, którzy w dodatku zupełnie nieźle mówią po angielsku (dużym zaskoczeniem była tu Figura). I że można w Polsce (oraz Londynie, który mi się szalenie podobał na ekranie) nakręcić coś, co się przyjemnie ogląda i jest niegłupie. Mam nadzieję, że Polonia będzie to jeszcze powtarzać, może uda mi się trafić na serię pierwszą.

Właściwie na tej kanwie mogę sie również przyznać do oglądania również serialowego „Szatana z siódmej klasy” – w pierwszym momencie byłam przekonana, że to powtórka jakiegoś starocia, a to kręcone w 2006 roku! Niestety, gdyby nie ogromna sympatia dla pierwowzoru literackiego, oraz dla mężczyzn w białych garniturach, chyba nie zniosłabym tych śpiewanych wstawek. Ale de gustibus.

Się czepiam

Wyborcza zamieszcza recenzję książki napisanej przez ofiarę pedofila.
Ja doskonale rozumiem, i nie neguję tego żadną miarą, że opisanie takich
przeżyć ze szczegółami może stanowić część terapii – i oby okazało się
skuteczne. Rozumiem też, że dziennikarz dostaje książkę do recenzji i
napisać coś musi, zresztą uczynił to bardzo zgrabnie. Rozumiem tezę Orlińskiego każącą się zastanowić nad
tym, jak wychowujemy dzieci. To jest bardzo dobre pytanie. Wszystko to nie
ulega wątpliwości. Mam jednak następujące pytania, i liczę na to,
że dostanę zupełnie poważne odpowiedzi.

  • Dlaczego trzeba koniecznie taka książkę w wielu egzemplarzach wydać, i
    czy w ramach terapii nie wystarczyłoby jej włożenie do szuflady,
    ewentualnie udostępnienie wyłącznie specjalistom?
  • Kto decyduje się na jej wydanie i w jakim właściwie celu?
  • Kto, i to jest moje pytanie zasadnicze, taką książkę nabywa i czyta,
    oprócz oczywiście psychologów? Bo ja podejrzewam głównie innych pedofili, a
    chciałabym się mylić.
  • Czy dziennikarz piszący recenzję nie mógłby poprzestać na stwierdzeniu,
    że rzecz zawiera drastyczne szczegóły, nie jest dla osób o słabych nerwach, i
    już nie informować jakie te szczegóły konkretnie są?

A może ja jak zwykle przesadzam?

Grimsvötn trochę łatwiej wymówić

Wczoraj pierwszy raz obejrzałam kątem oka polskie Wiadomości (na TV Polonia: te same co na TVP1), i nieprzyjemnie mnie uderzył sensacyjny ton prowadzących. Każda wiadomość rozdmuchana była do granic sensacji, i ze sposobu relacjonowania spodziewałabym się raczej informacji o zaczynającym się właśnie końcu świata, a nie o wybuchu wulkanu, który nikogo nie zabił. Niusy francuskie muszą brzmieć znacznie bardziej rzeczowo, skoro zwróciłam na to uwagę.  Poza tym zachwyciła mnie perfekcyjna wymowa nazwy Eyjafjallajökull, prawdopodobnie lepsza niż niejednego rodowitego Islandczyka. Zastanawiam się ile czasu trzeba trenować, żeby tak wymawiać, i kosztem czego się to odbywa. Nie pamiętam, jak to dokładnie wymawiali Francuzi, ale z całą pewnością przypominało to bardziej słowo francuskie niż islandzkie, jak to u nich bywa ze wszystkimi nazwami obcymi.

Co mi przypomina, że Polka nosząca po mężu francuskie nazwisko powiedziała mi, że Francuzi miewali do niej pretensję „jak to się dzieje, że ma nazwisko francuskie, a mówi po francusku z akcentem”. Przy czym nie tyle chodziło o akcent, co o nazwisko. Chyba powinnam w takim razie się cieszyć swoim, które na pierwszy rzut oka jest niefrancuskie.

O zwracaniu

Problemu opisanego w poprzedniej notce nie miewają chyba Francuzi. Jeden z nich, starszy już pan, wczoraj zaczepił mnie, gdy siedziałam u optyka.
– A pani syn to mówi i po polsku i po francusku?
– Tak – odparłam zwięźle, wbrew jego oczekiwaniom nie indagując skąd wie, że to akurat polski, bo już mi się to trochę znudziło. Pan jednak nie dał za wygraną, wypytał, od kiedy jestem we Francji, po czym dodał
– A bo ja mam żonę Polkę, stąd rozpoznałem język…
– Aha – przytaknęłam, nadal nie wdając się w konwersację, ale to ciągle pana nie zniechęciło. Poinformował mnie, że ma również mieszkanie w Warszawie, i oznajmił
– Lepiej robić okulary we Francji niż w Polsce, bo tu zwracają koszty!
Już miałam na końcu języka, że zarabiam, płacę składki, to i zwracają, ale doszłam do wniosku, że niech go żółć zalewa, że przyjechała i korzysta, więc tylko się uśmiechnęłam
– Ano – zwracają.
Po dalszym namyśle podejrzewam, że wcale nie miał tego na myśli i chciał tylko sobie pokonwersować, ale wiadomo, przewrażliwienie imigrantki.

Językiem

Nie wiem na czym to polega, i czy tylko ja tak mam, ale nieodmiennie głupio się czuję, kiedy jestem w miejscu publicznym i słyszę język polski. Nie mam zwyczaju lecieć i się witać z obcymi tylko dlatego, że mówią tym samym językiem co ja (chociaż w ten właśnie sposób poznałam niedawno na ulicy bardzo sympatyczną Polkę mieszkającą nieopodal mnie, i bardzo sobie chwalę, że mnie zagadnęła). Z drugiej strony głupio tak jakoś obok gadać w tym samym języku jak gdyby nigdy nic, chociaż dalibóg nie umiem tego uczucia logicznie uzasadnić. Tak więc wczoraj się spontanicznie uśmiechnęłam do pani na placu zabaw, która mówiła po polsku do swej córki. Pani spojrzała na mnie z brakiem zrozumienia, ale za chwilę też się odśmiechnęła, kiedy ja w ojczystym języku odezwałam się do syna. Zamieniłyśmy parę słów, i oczywiście zaraz potem zaczęłam żałować, że nie dowiedziałam się niczego więcej: gdzie mieszkają i czy bywają tam regularnie. Ale wypytywać o takie prywatności tylko z racji wspólnego języka jednak nie umiem. Oraz dodam, że nie chodzi o polskość jako taką. Podobnie głupio się czułam, kiedy w Polsce na placu zabaw spotkałam francuskiego ojca z synem. Anglicy natomiast takiego wpływu na mnie nie mają, ciekawe czemu.

Nowe przyszło

Poszłam do banku zdeponować czek, jak to od czasu do czasu czynię, i okazało się, że brak tam bordereaux, druczków, na których się wpisuje, ile czeków się przyniosło, na jakie kwoty, kwot tych sumę, numer swojego konta, słowem masa roboty. Stałam rozglądając się bezradnie, więc zainteresowała się mną pracownica.
– Ależ proszę pani, już nie mamy bordereaux! Teraz deponuje się czeki maszynowo! – oznajmiła dumnie.
– O – powiedziałam, i zostałam niemal za rączkę zaprowadzona do maszyny nieopodal, gdzie włożyłam swoją kartę płatniczą, zostałam zidentyfikowana, następnie włożyłam czek i zostałam poproszona o podanie kwoty.
– Ale ja nie pamiętam! – wykrzyknęłam bezradnie.
– Spokojnie, proszę zobaczyć, na ekranie wyświetla się kopia tego czeku! – puchła z dumy pracownica.
– Aha, to bardzo sprytnie – pochwaliłam, wpisałam kwotę z czeku i potwierdziłam, że tak, to ja i tak, chcę zdeponować tę kasę z czeku na moim koncie.
– A teraz dostanie pani takie wielkie potwierdzenie z kopią czeku! – pracownica nadal tryskała radością. Potwierdzenie istotnie zostało wydrukowane, pracownica starannie je złożyła i kazała zachować. Podziękowałam, pochwaliłam uproszczenie procedury, i sobie poszłam, nie wspominając ani słowem o tym, że w Polsce to w takich automatach gotówkę można wpłacić. Pewnie i tak by mi nie uwierzyła.

Ogrodnictwo to sport niebezpieczny

W weekend uprawiałam ogrodnictwo u Kai, którą znam dzięki temu blogowi, i jest to na pierwszym miejscu listy dobrych rzeczy, które zrobił dla mnie blog („nie pytaj co blog może zrobić dla ciebie, pytaj, co ty możesz zrobić dla bloga”). Dobra, trochę przesadziłam, jak to wypada uczynić pisząc o ogrodnictwie: moje czynności ograniczyły się do wsadzenia w ziemię ziaren ogórka, cukinii, brokuła i słonecznika, oraz do odchwaszczenia, przy czym prawie każdy chwast należało mi pokazać palcem, bo oczywiście nie odróżniam chwastów od roślin pożytecznych. A nawet ich bronię
– Ale on ma KWIATEK. To mam go wyrwać?!
– Tak, wyrwać – odpowiadała stanowczo i cierpliwie Kaja.
Jak się już rozpędziłam z tym wyrywaniem, to nawet pozbyłam się sporej ilości wijącego, czepliwego i opajęczonego bluszczu. Kiedyś taki bluszcz (aczkolwiek bez pajęczyn) miałam w doniczkach i dbałam oń starannie, a tu każą bez pardonu wyrwać. Wszystko jest względne.

Niestety ogrodnictwo okazało się być sportem ekstremalnym. W pewnym momencie unosząc się zbyt żwawo z pozycji klęczącej poczułam, jak coś mi strzeliło z tyłu w okolicy kolana, i od tego czasu tamże boli. Nawet jakby coraz bardziej. Mam trochę kłopotów z chodzeniem oraz poważne z umieszczaniem się na klęczkach, co nie byłoby może aż takie problematyczne, gdyby nie fakt posiadania przeze mnie dziecka o wzroście poniżej metra. Mam nadzieję, że bolesność przejdzie sama i szybko.