Polskę zwiedzać

Zwiedziłam również Zieloną Górę. W tempie ekspresowym, ale wrażenia przyjemne. Too postanowiła mnie zaciągnąć do klubu, gdzie miał być koncert. Weszła w jakąś bramę, ja się niepewnie rozglądam, nigdzie nic nie ma o żadnym klubie, ale idę za nią potulnie, bo w końcu chyba się zna lepiej ode mnie. Ciemna klatka schodowa, żadnych afiszy, cisza zupełna, Too się pnie do góry, ja za nią, choć z narastającymi wątpliwościami, a w tym momencie Too odwraca się i pyta groźnie
– A co sądzisz o moim mężu?
Nie wiedziałam czy od razu uciekać, czy wykrzykiwać, że cudowny jest, czy może wprost przeciwnie upierać się, że absolutnie nie w moim typie.
Teraz jestem daleko, to mogę odważnie napisać całą prawdę. Mąż Too jest przystojny, bystry, elokwentny, dowcipny, przesympatyczny, szalenie uczynny, jest świetnym ojcem, i w dodatku zmywa naczynia.

Do Poznania wróciłam pociągiem osobowym (Regio), i było to spore przeżycie, acz nie aż takie, jakiego się obawiałam. Doznałam pewnego szoku widząc te siedzenia z czerwonego skaju, które pamiętam z czasów liceum i o których zdążyłam całkiem już zapomnieć. Opóźnienia mieliśmy jednak raptem z 5 minut, a o to obawiałam się najbardziej.

Jak było?

Są takie relacje z ludźmi, że pięć lat braku kontaktu nie przeszkadza. Spotyka się człowieka z ogromną radością i podejmuje dialog niemal w tym samym miejscu, w którym się go przerwało lata temu, z nieustającym zachwytem, że zna się kogoś takiego, o pięknym umyśle i osobowości. Są to ludzie z mojego plemienia, i niesłychanie wdzięczna jestem Losowi, że było mi dane ich odnaleźć. Dzielące nas 1600 km przestało być bolesne, bo teraz już wiem, że naprawdę warto je pokonać.

Cudowne 4 dni, choć spuszczona ze smyczy zwanej dziecko oczywiście za dużo piłam (ale jak nie teraz, to kiedy), i u Too-tiki zjawiłam się wymięta tak, że było mi wstyd. Ale odzyskałam animusz nakarmiona absolutnie rewelacyjnymi ruskimi, które pożarłam w ilości zdecydowanie nieprzyzwoitej, i za nic sobie mając zasady dobrego wychowania, które nakazują pewien umiar w spożywaniu posiłków w gościnie. A teraz będą mi się te ruskie śnić po nocach. Nie napiszę nic na temat gościnności Too-tiki wraz z mężem, bo nie ma odpowiednich słów w żadnym znanym mi języku. Zachowywałam się jak okropny mieszczuch, zachwycając się kwoką z kurczętami, chyba tego nie widziałam nigdy w życiu, a na pewno nie od wczesnego dzieciństwa, którego nie pamiętam. Wyjęłam nawet osobiście jajka z kurnika i nie mogłam się nadziwić, że są takie czyściutkie. Too ma również absolutnie najpiękniejszego koguta, jakiego widziałam w życiu: przysięgam, że tak pięknych nie było nawet na paryskiej wystawie rolniczej. Pokazała mi też capa, i jakieś 15 razy pytałam z niedowierzaniem
– Znaczy to jest naprawdę taka normalna koza? Ale jesteś pewna? – bo wyglądał raczej jak jakieś egzotyczne zwierzę prosto z zoo, z tymi rogami i brodą. Widziałam przecież w życiu swym parę kóz, ale wcale nie takich.

Wizzair dał radę, opóźnienia nie było więcej niż pół godziny. W drodze powrotnej miałam dla siebie cały rząd, co wykorzystałam należycie, cały lot przesypiając snem kamiennym. Lotnisko poznańskie zauroczyło mnie czystością i bardzo porządna organizacją. Tak klarownych komunikatów przez megafon nie ma chyba na żadnym innym znanym mi lotnisku. Owszem, była spora kolejka do odprawy, ale jak tylko się dało, otworzyli drugie okienko. A w ogóle to nie piszczałam na bramce, więc moja miłość jest uzasadniona.

Pragnę przy tej okazji serdecznie przeprosić władze miasta Poznań, gdyż przejechałam z Dworca Głównego na lotnisko linią L nie kasując biletu, bo automat okazał się nieczynny, a kierowca odmówił sprzedania mi biletu i jeszcze na mnie nakrzyczał. Nikt z nielicznych pasażerów nie miał odsprzedać, lecz byli oburzeni zachowaniem kierowcy i powiedzieli, żebym jechała bez, bo oni w razie czego będą świadkami. Byłam z wielką walizą i nie miałam już czasu szukać żadnego kiosku, więc z duszą na ramieniu pojechałam na gapę. Jest mi głupio z tego powodu, i obiecuję przy następnej okazji skasować dwa.

Ach te inteligentne parkingi

Dziś o poranku dowiedziałam się, jak się oszukuje automat parkingowy, żeby uwierzył, że podjechaliśmy samochodem i pozwolił nam skasować kartę. Musiałam taki manewr wykonać, opłaciłam bowiem uprzednio bilet na 5 dni pozostawienia auta, którego parking nie pozwolił mi użyć, zdecydował bowiem, że jest już pełny – oczywiście akurat, jak podjeżdżałam. I nie dał się przekonać, że wcale nie jest. Wjechałam na mój zwykły abonament, który działa zawsze, ale miałam problem, nie mogłabym bowiem na niego po pięciu dniach wyjechać. Spróbowałam więc najpierw zwyczajnie włożyć bilet do czytnika, udając, że właśnie wjeżdżam, ale parking nie dał się oszukać, brakowało mu bowiem samochodu. Poszłam z tym problemem do parkingowego, przekonana, że on na pewno może komputerowo pomanipulować systemem, i skonałam ze śmiechu, kiedy podszedł do czytnika z moim biletem i z profesjonalnym metalowym segregatorkiem zawierającym puszkę, który ustawił na ziemi w zasięgu wykrywacza metalu. Parking natychmiast dał się przekonać, że segregatorek jest równie metalowy jak samochód, pozwolił mu wyjechać z moim abonamentem i wjechać z biletem. Wszystko przy akompaniamencie mojego perlistego śmiechu, i długo musiałam przekonywać parkingowego, że śmieję się z podziwu.

Poprzedni i jedyny jak do tego pory mój lot Wizzairem wspominam bardzo dobrze, dziś jestem więc na wszelki wypadek przygotowana na najgorsze. Proszę trzymać kciuki.

Vatran Auraio

Ja naprawdę sobie za każdym razem obiecuję, że już dorosnę i nie będę się aż tak zachwycać różnymi książkami, bo ileż można; i niewykluczone, że kiedyś to faktycznie nastąpi, ale jeszcze nie teraz. „Vatran Auraio” jest powalająca. Zarwałam przez nią dwie noce, bo musiałam się od niej odrywać siłą. Powiem krótko, że przy tym moja ostatnio ukochana i skądinąd naprawdę znakomita „Peanatema” robi się blada jak bajeczka dla dzieci. Ja już wcześniej wiedziałam, że Huberath to świetny i bardzo ciekawy pisarz, stojący w jednym rzędzie z Lemem i Dukajem (do których wcale nie jest podobny, ma własny styl, własny głos i własne zainteresowania). Niewiarygodnie realistyczna, mięsista kreacja literacka. Jak to u Huberatha zazwyczaj, mamy świat na skraju rozpadu: plemię dawnych kolonizatorów stara się przetrwać na obcej planecie, w coraz trudniejszych warunkach. Mówią językiem słowiańskim, pieczołowicie kreowanym przez autora, co nie ma znaczenia fabularnego, ale dodaje realizmu. Mamy tu wizję, jak homo sapiens mógł się przystosować do warunków obcego świata, pozostając jednak nadal homo sapiensem. I właściwie mimochodem mamy również wspaniale nakreślone studium schizofrenii.

Więcej tu pytań niż odpowiedzi, co denerwuje okropnie. Chciałoby się wiedzieć, skąd pierwotnie przybyli kolonizatorzy, dlaczego się zdegenerowali, gdzie nastąpił błąd, czy poza Matcinu Dolanu naprawdę nie ma innych ludzi, skąd przybywają goście z gwiazd – wyraźnie z jakiejś bardziej zaawansowanej technicznie cywilizacji, ale skoro tak, to dlaczego  w ogóle tu przybyli i dlaczego nie są w stanie o niej opowiedzieć? Odpowiedzi nie będzie. Zakończenie nie jest wprawdzie tak mroczne, jak spodziewałam się po Huberathu, ale pozostawia piekące uczucie niedosytu. I absolutną niewiarę w to, że ten świat znajduje się tylko w głowie autora.

Niedosyt osładzają dwa zamieszczone w tomie opowiadania: „Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe” i „Maika Ivanna”, które są tematycznie niezwiązane, ale osadzone w tym samym wszechświecie. Pierwsze wyjaśnia kwestię gości z gwiazd oraz kolonizatorów obcych planet; bardzo ładny pomysł swoją drogą. Obydwa koncentrują się mocno na religii i teologii, co też częste u Huberatha, a czego, o dziwo, w „Vatran Auraio” praktycznie nie ma. Jak zwykle ciekawa jestem, co Huberath napisze następne. Tę pisał 13 lat, więc chyba jeszcze poczekamy.

Kulinarnie

Powiadam, że szaleństwo to jest. W ciągu trzech godzin na mieście dziecko me otrzymało
– lizaka od sprzedawcy w kiosku
– ciasteczko od kelnera w knajpie, którą poszło zwiedzać na własną rękę
– cukierka od sprzedawczyni w innym sklepie
– piłeczkę od sprzedawcy w sklepie z pamiątkami, gdzie normalnie nie bywam, ale okoliczności mnie tym razem zmusiły.
Nie licząc jakiegoś miliona ciasteczek z anyżkiem, upieczonych przez moją alzacką znajomą. Myślę, że po prostu przestanę go karmić, i nieźle na tym zaoszczędzę.

Ciasteczka z anyżkiem dobrze pasują do le grand vin de Bordeaux. Jak również paluchy serowe mojego własnego wyrobu.

Inkwizytor

Po ostatnich biografiach dla odmiany coś całkiem fikcyjnego, mianowicie dwa
kolejne tomy Piekary o inkwizytorze („Młot na czarownice” i „Miecz Aniołów”). Zaskakujące, jak to wciąga, mimo że
w tym świecie, gdzie Chrystus zszedł z krzyża i brutalnie rozgromił
swoich prześladowców, Anioły Stróże naprawdę istnieją i są bardzo
drażliwe, a Inkwizycja ma władzę największą, ja byłabym persona non
grata – jako ateistka i w dodatku kobieta. Piekara za kobietami
ewidentnie nie przepada, służą mu jako intrygantki i ewentualnie
ozdobniki do wykorzystania, o ile tylko są młode i wyposażone w strome
piersi
. A jednak mnie wciąga ta seksistowska lektura pełna sadyzmu i
granicząca z grafomanią (choć jednak za dobrze napisana, aby z czystym
sumieniem tak to zaszufladkować). Być może dlatego, że – zapewne wbrew
intencjom autora – nasz świat wydaje się miejscem normalnym i przyjaznym w
zestawieniu z tą fantazją. Być może dlatego, że ta lektura jednak
zmusza do zastanowienia się nad definicjami dobra i zła, które u Piekary
też nie są wcale zawsze jednoznaczne. Być może dlatego, że postać
narratora inkwizytora nakreślona jest naprawdę wspaniale, z nutką
cynizmu i czarnego humoru. Narracją Piekara w ogóle nadrabia niedostatki
fabularne, których jest tu całkiem sporo. Jest to zresztą również casus
Wiedźmina, może zatem to jakaś szczególna choroba polskich pisarzy
fantastów. A w ogóle chylę czoło przed głównym pomysłem, który jest
cudownie obrazoburczy i tak przecież oczywisty, że nie rozumiem, jakim
cudem nikt wcześniej nań nie wpadł.

Kierowca

Człowiek jest sobie tą feministką, i wierzy święcie w to
równouprawnienie, i ogólnie się cieszy, że może taki raczej męski zawód
wykonywać, i tak dalej w błogości trwa, po czym idzie na grilla, i
napotyka tam gospodynię. Łatwiej ją przeskoczyć niż obejść, oraz ma dość nietypowe uzębienie, policzalne na palcach jednej ręki bardzo nieostrożnego drwala, z którego to powodu (uzębienia, nie drwala) po pierwszym rzucie okiem dałam
jej lat 50. Potem się przyjrzałam i odjęłam 15 – słusznie. Słuchałam
sobie, co mówią, słuchałam, w coraz większy wpadając stupor, i w końcu
– Znaczy, co to jest semi? – bo niby wiedziałam, ale zwątpiłam w swą wiedzę.
Wyjaśnili mi ochoczo.
– Znaczy, ona jest kierowcą tira?! – upewniłam się jeszcze dokładniej.
Tak. Jest kierowcą tira. Największego w firmie. Firaneczka w oknie i kabina pełna pluszaków. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że nie mówiłam o niczym innym przez następne pół dnia.