Pralka

W pierwszej chwili stwierdziłam, że tego się nie da opisać, ale oczywiście jednak muszę, bo mnie rozerwie. Pralkę mam. Relatywnie nowa, rok ma. Ma również, jak to pralki, pojemnik na proszek, i ten pojemnik ma z boku trzymadło, dzięki któremu można sobie go wyjąć i umyć. Właściwie ma dwa trzymadła, ale ułamało się jedno. Przykleiłam, ale po pierwszym praniu się odkleiło. Przewidziałam, że tak będzie, więc nie przejęłam się zbytnio i używałam pojemnika metodą na wcisk i na „jakoś to się tam na razie trzyma”. Po czym podkusiło mnie ZŁE i zadzwoniłam do sklepu, gdzie pralkę nabyłam, żeby się dowiedzieć, czy nie mogliby mi tego pojemnika wymienić, w końcu to kawałek plastiku. Najpierw dzwoniłam długo i namiętnie, lecz bezcelowo. Potem dodzwoniłam się do serwisu i bardzo długo objaśniałam kwestię pojemnika i trzymadła, co nawet po polsku nie wiem jak się fachowo nazywa. Serwis na to zwrócił się do mnie w końcu tymi słowy
– To my pani przyślemy mechanika, i mechanik oceni, jakiej naprawy należy dokonać.
– Proszę pana – rzekłam ja – doceniam dobre chęci, ale to naprawdę nie ma sensu, tłumaczę, że ułamał się kawałek plastiku w wyjmowanym pojemniku, i tylko o wymianę tego pojemnika proszę, jeśli jest taka możliwość. Mogę go nawet przywieźć do sklepu.
– To my zbadamy sytuację i oddzwonimy do pani – rzekł salomonowo serwis.
Nie oddzwaniali ranki i wieczory, więc zadzwoniłam z ciekawości ja, i dowiedziałam się, że serwis skontaktował się z tym sklepem, gdzie zakupu dokonałam (to jest sieć, i serwis mają oddzielnie) i czeka na ich odpowiedź w kwestii sprowadzenia mego pojemnika. Czekałam i ja. Czekałam. Aż w końcu zadzwoniła miła pani i rzekła, że ona mi teraz przedstawi kosztorys naprawy mojej pralki. Od razu nie zabrzmiało mi to dobrze, ale słuchałam dalej grzecznie.
– 128 euro i 39 centów – oświadczyła pani miodopłynnie. – Czy akceptuje pani taki kosztorys?
Nie akceptowałam, gdyż odjęło mi mowę.
– Iiiileee? Ale za co?! Dlaczego?! – wydusiłam z siebie, gdy już mowa w pewnym stopniu mi wróciła.
– Za wymianę całych drzwi pralki, proszę pani – odparła konsultantka radośnie.
– Ale tu chodzi tylko o pojemnik na proszek, drzwi działają… – wystękałam.
– Rozumiem, ale nie mamy możliwości wymiany samego pojemnika – zaszczebiotała pani.
– Dobra – nagle wróciła mi zdolność myślenia – to skoro tak, to ja proszę o wymianę całych drzwi w ramach dwuletniej gwarancji na pralkę!
– Niestety nie możemy, to jest uszkodzenie mechaniczne i gwarancja tego nie obejmuje – wyrecytowała pani.
– Aha – rzekłam ja.
– Wie pani co, niech pani zaczeka 30 sekund – w pani włączył się nagle jakiś inny tryb.
Zaczekałam, bo cóż było czynić.
– Wie pani co? – odezwała się nadal radośnie pani po dwóch minutach. – My to pani wymienimy gratis, skontaktujemy się, niech pani czeka na telefon.
– Czekać. Czekać. – Powtórzyłam bezmyślnie jak papuga, gdyż obrót wydarzeń przerósł mnie po raz kolejny. W czekaniu w każdym razie mam wprawę.

Co tu zrobić?

Taka sytuacja, bynajmniej nie hipotetyczna. Jedziecie sobie rowerem uliczką jednokierunkową dość wąską, z autami po obu stronach, a tu nagle z prawej wyjeżdża śmieciara. Powoli wyjeżdża, bo trudno jest zakręcić, więc czekacie, żeby przejechała. W końcu udaje jej się jakoś wpasować między auta, ale ostatecznie rogiem zawadza o prawidłowo zaparkowany samochód, i odrywa mu zderzak oraz uszkadza przednie światło. Po czym dodaje gazu i naprawdę nie sądziłam, że śmieciara może tak szybko jechać. Samochód to stary grat, jakieś może piętnastoletnie renault. Wy jesteście, przypominam, rowerem, oraz spieszycie się po dziecko i potem dalej z dzieckiem. Czy coś robicie w takiej sytuacji i jeśli tak, to co?

A może to pomyłka?

No, tośmy się ponabijali niedawno z sześciu tygodni oczekiwania na paszport (notka na samym dole tej strony), a teraz zbiorowo przepraszamy, bowiem dziś wyjęłam ze skrzynki zawiadomienie, że jest i czeka. Datowane na 19 lipca (w konsulacie byłam, przypominam, 5), acz ze stempla wynika, że wysłane wczoraj. Tak czy siak zaskoczyli mnie nieźle – chyba że się okaże pomyłką, bo w konsulacie jeszcze nie byłam, jako że zupełnie sobie tego w planie zajęć nie uwzględniłam.

Pupa

Wiem, że takie rzeczy śmieszą wyłącznie szalone matki, ale ponieważ to mój blog (od ponad dziewięciu lat, przypominam) i nikt mi nie zabroni, to właśnie, że sobie odnotuję. Dziecię moje jest w fazie „to moje” czyli „à moi!”, ewentualnie „à moi?”. Wszystko na świecie jest określane w ten sposób. Poza tym świeżo nauczył się słowa „pupa”, aczkolwiek Gombrowicza jeszcze nie czyta. W sobotę wieczorem kazałam mu iść do łazienki i rozbierać się do mycia. Syn radośnie przebiegł koło mnie, informując w przelocie, że ma pupę, i trzymając się za rzeczoną część ciała, po czym coś nagle wzbudziło jego wątpliwość. Zatrzymał się i spoglądając na mnie niepewnie wielkimi niebieskimi oczami zapytał rzewnie „c’est à moi, pupa?”. Popłakałam się ze śmiechu, i to nie jest tylko takie określenie literackie.

Pytanie na piątek

Kiedy siedzę po nocy rozwiązując jakieś sudoku, zawsze przychodzi mi na myśl mój ojciec. Tak samo siadywał, i tak samo jak u mnie potem wszędzie walały się kartki pokreślone enigmatycznymi notatkami; wtedy nie było sudoku i wyboru kolorowych pisemek, ale była rubryka Rozkosze Łamania Głowy (chyba tak) w Życiu Warszawy. Jeszcze się na nią zdążyłam załapać i to tam odkryłam krzyżówki liczbowe. Nie ojciec mi to przecież świadomie przekazał, przeszło jakoś przez osmozę. Choć to on objaśnił mi system binarny, gdy miałam lat siedem. Po Mamie mam nonkonformizm, idealistyczną i irracjonalną wiarę w sprawiedliwość, zamiłowanie do książek, upodobanie do języka rosyjskiego, i tak dalej…

Wiadomo, że dzieci ma się zazwyczaj z myślą o przekazaniu im swojego systemu wartości. W procesie wychowania i w genach dostają rozmaite zalety i wady. Co dostaliście od rodziców (lub co przekazaliście swoim dzieciom)? Z czego są lub byliby dumni, a z czego nie bardzo?

Strach przed liczbą dziewięć

Piszę to z drobnym opóźnieniem, ale w tym roku wyjątkowo nie przeoczyłam, bo różne blogowe koleżanki
świętowały ostatnio 10 lat. Ten blog zaś pięć dni temu skończył lat dziewięć. Przeraża mnie ta liczba
tak, że na wszelki wypadek o niej w ogóle nie myślę. W urodziny blogusia
mój syn otrzymał pierwsze dorosłe łóżko, i zastanawiam się, czy
objęłabym umysłem taką informację lat temu dziewięć. Obstawiam, że nie.

Łóżko zmontowałam w sposób następujący: parę minut przed godziną
dziewiątą wieczorem stwierdziłam, że ja może sobie niezobowiązująco
spojrzę na instrukcję, żeby nazajutrz wiedzieć, od czego zacząć montaż.
Spojrzałam i stwierdziłam, że te pierwsze dwie śrubki to ja sobie mogę
po cichu już wkręcić, żeby nazajutrz mieć dobry początek. Wkręciłam i
stwierdziłam, że właściwie to kolejne 22 (!) śrubki też mogę już
wkręcić, żeby nazajutrz poszło z górki. W ten sposób o godzinie
dziesiątej na nazajutrz nie pozostało mi już do zrobienia nic. I życzę
sobie, aby w kolejnym roku blogowania wszystko przychodziło mi z taką
łatwością.

14 lipca

Od zawsze uwielbiam pokazy fajerwerków, uważając je za jeden z najrozkoszniejszych wynalazków homo sapiens. Nie ma chyba innej równie spektakularnej metody błyskawicznego puszczania z dymem sporych pieniędzy, a poza tym zachwyca mnie, że w zasadzie zawsze są takie same, a jednak za każdym razem inne. Kraj wybrałam sobie dla tej namiętności właściwy, dzień 14 lipca bowiem tradycyjnie świętowany jest właśnie przy pomocy fajerwerków. Właściwie to 14 w samym Paryżu, a w jego okolicach dzień wcześniej, chyba po to żeby konkurencji nie robić. Przez ostatnie parę lat przyjemność sobie odpuszczałam z racji posiadania dziecięcia mocno nieletniego, ale w tym roku uznałam, że już możemy oboje się radować tym pokazem; chociaż nie bez wątpliwości, bo nieletni chadza zazwyczaj spać o 20:30 – 21, a pokaz przewidziany był dopiero na jedenastą. Ale do 21:30 dotrwaliśmy oboje w pełnej przytomności i udaliśmy się rowerem do pobliskiego parku, gdzie zalegliśmy na trawie w towarzystwie podkładu muzycznego i wirujących form wyświetlanych na telebimie. Im bliżej godziny 23, tym bardziej z form wyłaniały się hasła „liberté” „égalite” „fraternité” „13 lipca 2011”  oraz zaskakujące „undefined”, co nie wiem czy było zamierzonym efektem artystycznym czy jednak błędem w oprogramowaniu. W tej niepewności dotrwałam do godziny 23, kiedy zrobiło się ciemno, a niezwykle stremowany kobiecy głos oznajmił przez głośniki, że pokaz oglądamy dzięki niesłychanej uprzejmości naszego mera, a jego rozpoczęcie obwieszczą trzy oddalone od siebie wystrzały. Jakoż i wystrzał się rozległ, zachwycając mego syna. Potem drugi i trzeci – i zaczęło się na dobre. Pisanie o fajerwerkach to coś jak strzelanie o poezji, więc nie będę próbować, tylko napomknę, że w tym roku wyjątkowo zachwyciły mnie takie złociste fontanny światła strzelające z ziemi do góry. No właśnie. Może ktoś umie to sugestywnie opisać, ja nie. Ale było bardzo pięknie i jestem w pełni usatysfakcjonowana. Potem tylko należało jeszcze park opuścić, co okazało się słabym punktem programu, bo na ten pomysł wpadli wszyscy równocześnie. W przyszłym roku udaję się czternastego pod wieżę Eiffla. Ktoś się dołączy?