Prognozom nie ufajcie

Kiedy się już w końcu odważyłam zacząć jeździć do pracy na rowerze, największym problemem stała się pogoda. Strasznie się obawiałam, że w drodze powrotnej złapie mnie deszcz, więc obsesyjnie śledziłam prognozy pogody, i jeśli tylko w nich zapowiadali, że mogą być przelotne deszcze, to jechałam samochodem. W ten sposób w zeszłym tygodniu rowerem dojechałam dwa razy. Dzisiejszego ranka jednak pogoda była bardzo przyjemna, a w ikonce prognozy świeciło słońce, radośnie wsiadłam więc na rower. Po półgodzinie zajęć mego syna zaczęłam nerwowo wyglądać przez okno zaniepokojona szarymi chmurami, a kiedy wyszliśmy z zajęć, właśnie zaczynało kropić. Nie bardzo miałam inne wyjście, nie mieliśmy czasu przeczekiwać, musiałam dojechać do przedszkola (jakieś 3 km) rowerem, co też uczyniłam: na tyle szybko, że dojechałam tylko lekko pokropiona, dziecię też w stanie prawie suchym. Następnie okrutnie zirytowały mnie przedszkolanki, które się zebrały achać i ochać nade mną „ah, vous êtes si courageuse!”, gdyż odwagi w tym nie było nijakiej, tylko brak innego wyjścia.

Ale to było zupełnie nic. Przez oszklone drzwi przedszkola ujrzałam, że rozpadało się już na dobre. Chwilę tak pod nimi postałam bezradnie trzymając rower, po czym uznałam, że do sklepu, gdzie zamierzałam się planowo udać, w sumie nie mam tak znowu daleko, to jakoś dojadę, a tam spędzę na zakupach nieco czasu i na pewno deszcz ustanie. Jak pomyślałam, tak i zrobiłam, i do sklepu wpadłam w stanie już zdecydowanie zmokłej kury, a tam zaatakowała mnie klimatyzacja. Zrobiłam jednak dzielnie zakupy, tymczasem na świecie nadal lało i nie zanosiło się na przejaśnienie. Wychyliwszy nos na dwór odkryłam, że jest na nim cieplej niż w sklepie, chociaż znacznie mokrzej, postanowiłam więc dojechać już do domu i tam się osuszyć. Ach, co to była za jazda w strugach deszczu! Powiadam, że dawno tak nie zmokłam, oj dawno. Musiałam w domu wysuszyć włosy oraz przebrać się cała łącznie z bielizną. Oczywiście po pierwszych nieprzyjemnych chwilach człowiek migiem przywyka do swego mokrego stanu i nie robi już to na nim większego wrażenia. Ale bardzo przyjemnie było się osuszyć w domu, a do pracy dojechałam jednak samochodem. Mogę moknąć, ale nie więcej niż raz dziennie.

Na zjeżdżalni

Jak się chce zrobić własnemu dziecku przyjemność, i zabiera się je na basen, a na tym basenie na zjeżdżalnię, to należy się liczyć z tym, że po zjechaniu i wpadnięciu do wody z bardzo głośnym plum dziecko będzie zachwycone (ja nieco mniej, bo trzymając dziecko nie miałam sobie już czym zatkać nosa) i będzie się natychmiast stanowczo domagało encore. Należy się potem liczyć z tym, że odstawszy swoje w kolejce i wspiąwszy się po krętych schodkach na górę dziecko jednak kategorycznie odmówi kolejnego zjazdu, i trzeba będzie po tych krętych i mokrych schodkach zejść. Ot co.

W północ się odzieję

To jest Pratchett przewidywalny i taki jak zawsze – może z wyjątkiem tego kawałka na początku, gdzie występuje dziewczyna, która po pobiciu przez ojca straciła dziecko. Wybałuszyłam oczy zastanawiając się, czy to aby na pewno jest nadal Pratchett, i to w wersji dla młodzieży? Ale dalej już przewidywalnie: wiedźmy, głowologia zamiast magii, problemy ludzkie, śmierć i ślub, dorastająca Tiffany Obolała, z której robi się czarownica i mądra kobieta pełną gębą. I sama nie wiem: krytykować, że akcja trochę na siłę i że właściwie nic tu się nie dzieje, czy jednak podziwiać, że 39 tom cyklu, a to się nadal daje z przyjemnością czytać? Z trzeciej strony to niesamowite, jak on ewoluował: z pierwszymi tomami, gdzie Dwukwiat, Bagaż, magowie nieudacznicy i zabawna fantastyka z przymrużeniem oka, ten ma już niewiele wspólnego. A przecież świat i filozofia cały czas te same.

Co za długo to niezdrowo

Bardzo proszę mi szczerze powiedzieć, czy poprzednia notka była dla kogoś za długa. Pytam z ciekawości, i nie obiecuję, że z ewentualnych odpowiedzi twierdzących wyciągnę jakieś wnioski, ale może i tak.

W radiu porannym zafascynowała mnie dziś historia pana, który jechał z małżonką na urlop, zrobili sobie postój, i pan potem sobie odjechał całkiem o małżonce zapomniawszy. Podobno odnalazł ją dopiero po paru godzinach. Ciekawe, czy urlop mieli udany.

Cud w Paryżu

Przez kwadrans jeżdżenia wokół konsulatu polskiego klęłam na czym świat stoi, że zachciało mi się tam jechać autem, bo oczywiście miejsca do parkowania nie było ani ćwierć. Bez żadnego przekonania wjechałam w końcu w uliczkę, przy której stoi konsulat, a tam WTEM wyskoczyło na mnie piękne, legalne (i słono płatne) miejsce parkingowe. Wrzasnęłam na cały głos „CUD!”, skorzystałam z miejsca, i radośnie pognałam do konsulatu, a tam radość natychmiast ze mnie wyparowała na widok strasznej kolejki skwaszonych rodaków. Pobrałam numerek, który głosił, że przede mną jest 13 osób, co wyglądało na gorzką prawdę. Rozejrzałam się nieco i wzięłam drugi numerek, do informacji. Tam kolejki nie było.
– Dzień dobry, co tak naprawdę potrzeba do odnowienia paszportu? – zapytałam z grubej rury.
– A stan cywilny pani zmieniła? – podchwytliwie zapytała pani informatorka.
– Na szczęście nie! – uradowałam się i pogratulowałam sobie w duchu rozsądku.
– A to paszport, kopię paszportu, justificatif de domicile, kopię, zdjęcia, i to właściwie wszystko – wyliczyła pani.
– No właśnie, a zdjęcia. Czy takie może być? – zaprezentowałam zdjęcie, które Francuzi mi przyjęli do prawa jazdy, ale wiadomo, że Francuzi mają dziwne pomysły. – Bo taka kolejka jest, i jak się nie nadaje, to ja nie będę stała… – dodałam żałośnie na wszelki wypadek.
– Hmm…. – pani krytycznie zmierzyła zdjęcie wzrokiem- Hmmm… no wie pani, te zdjęcia biometryczne to nie są ładne… – Parsknęłam śmiechem i przyznałam jej rację. Chyba ją tym ujęłam, bo poszła sprawdzać u wyższej instancji. Wróciwszy rzekła
– Proszę pani, to tak na granicy! Bo tło powinno być jaśniejsze, mniej szyi, i nad głową powinno być trochę więcej miejsca! Na granicy to jest!
– No dobrze, ale na granicy to znaczy, że państwo przyjmą czy nie? Bo ta kolejka jest i jak ja mam czekać na próżno… A mam już takie zdjęcie i przecież widać, że to ja… – wyjęczałam rzewnie.
– Przyjmiemy – westchęła pani. – Ale wie pani, jakby jakiś perfekcjonista był, to by odrzucił!
Obiecałam solennie, że w przyszłości będę miała lepsze zdjęcie, i poszłam siedzieć do kolejki. Po czym się poderwałam i poszłam do auta po audiobooka, czule myśląc o Małgośce, ale mój cwany plan spalił na panewce, bo nie miałam słuchawek. Znaczy miałam, ale tylko od Nokii, z odtwarzaczem Sony nie chciały współpracować. Zirytowałam się okropnie, ale pomysł, żeby opuścić kolejkę odrzuciłam, bo wiedziałam, że drugi raz już takiego miejsca parkingowego nie znajdę za nic w świecie.

Zatem siedziałam. I siedziałam. I siedziałam. Numer na wyświetlaczu zmienił się na same kreski i tak trwał, ale państwo przede mną również trwali w nadziei, więc czyniłam to samo. W końcu numer drgnął, państwo przede mną zostali załatwieni, a potem okazało się, że kolejnych 8 numerów nie ma, i nagle jest moja kolej. Rzuciłam się do okienka jak do zbawienia, podałam wszystkie papiery i oddałam się oczekiwaniu. Zdjęcie zostało zaakceptowane.
– Proszę położyć wskazujący palec lewej dłoni na skanerze – płynnie i znudzonym tonem wygłosiła formułkę panienka z okienka. Wiedziałam, gdzie jest skaner, bo przyglądałam mu się przez ostatnie 10 minut oczekiwania przy okienku, i nawet zdążyłam wymyślić, że to właśnie to. Spojrzałam na swoje dłonie celem ustalenia, która jest lewa, i z namaszczeniem umieściłam palec.
– Ale tak bardziej płasko – zażądała panienka.
Umieściłam bardziej płasko i oddałam się obserwacji paska, który mnie informował, jaką jakość ma mój odcisk palca. Miał dobrą. A nawet bardzo dobrą.
– Dziękuję – rzekła panienka, po czym kazała mi to samo uczynić z palcem wskazującym prawej ręki.
– A teraz – podała mi kopertę z nadrukiem „Ambasada Polski”- pani tu napisze swój adres francuski, i my pani wyślemy zawiadomienie, jak paszport będzie do odbioru.
– A kiedy mniej więcej to będzie? – ośmieliłam się zapytać, bo to pytanie wydawało mi się bezpieczniejsze niż „a dlaczego nie mailem albo telefonem? A lasy polskie to kto będzie oszczędzał?”
– Za sześć tygodni – odparła panienka niczym ten prorok.
Adres napisałam, w kasie uiściłam 106€, kartą oczywiście nie można, i poszłam sobie pełna niedowierzania, że udało mi się to załatwić za pierwszym razem, i nawet nie czekałam w tej kolejce dłużej niż godzinę. Tego to się nie spodziewałam.

Obwodnica i akcent polski

Otóż obwodnica wewnętrzna i zewnętrzna to ta sama obwodnica, tylko wewnętrzna to ta część, po której się jeździ w kierunku zgodnym z wskazówkami zegara, a zewnętrzna przeciwnie. Byłoby chyba łatwiej, gdyby były drogowskazy na strony świata, i gdzieś na pewno widziałam również podział na obwodnicę północną i południową, ale przeważnie jest jednak intérieur i extérieur.

Wczoraj na placu zabaw zaznajomiłam się z kolejną polską matką, która była tam ze swoim francuskim mężem. Obie gadałyśmy do dzieci po polsku. Po pewnym czasie zapytała mnie, skąd w Polsce pochodzę. Przyznałam się do Wrocławia.
– A bo mój mąż twierdzi, że my po polsku mówimy z zupełnie innym akcentem! – usłyszałam na to. – Ja tego zupełnie nie rozumiem, bo ja jestem z Rzeszowa, i przecież nie ma żadnych różnic, co innego gdybym była może ze Śląska…
Przytaknęłam z lekkim zdumieniem, bo w końcu polski, o ile wiem, jest dość słabo pod tym względem zróżnicowany, nie licząc tych oczywistych odrębnych gwar.