Lot

Jak człowiek leci w grudniu i warunki pogodowe są zmienne, to wiadomo –
sprawdza w necie co pięć minut, czy aby lotu nie odwołali, a jak nie, to
ile będzie miał opóźnienia. Ale jak leci w sierpniu, i pogoda jest
wprawdzie nieszczególnie letnia, ale jednak nie leje, nie wieje, nie ma
zamieci śnieżnej, i nawet żaden wulkan ostatnio nie wybuchł, to nie
spodziewa się niczego złego, a już na pewno nie tego, że wejdzie na
lotnisko, a tam lot odwołany. Jeden na całej tablicy. Właśnie ten. Raz
już to przeżyłam, w styczniu właśnie, ale była to linia Air France, i
następny lot był raptem cztery godziny później. Tym razem leciałam
latającym PKSem i nie miałam bladego pojęcia CO TERAZ. Rzuciłam się do
informacji, bo akurat była nieopodal.

– Lot mi odwołali! I CO TERAZ?! – wrzasnęłam dramatycznie.
– Pani se zejdzie tu na dół, tam jest stanowisko przewoźnika, i tam pani
zobaczy – rzekł flegmatycznie pan w informacji. – Nie jest pani
jedyna… – dodał z lekkim przekąsem.
Jakoż i na dole było absolutnie pusto, z wyjątkiem jednego stanowiska,
do którego wił się ogon. Mniej więcej taki, jak ćwierć wieku temu w
Polsce po wołowe z kością, i nie przesadzam. Wywnioskowałam szybko, że
to tu, i karnie ustawiłam się w kolejce, by po chwili odkryć, że
współtowarzyszami nieszczęścia są głównie Anglicy wracający z urlopu w
Paryżu. 
– Oj, współczuję – rzekłam do przemiłej pani przede mną – ja to
przynajmniej lecę na wakacje, i najwyżej nie polecę, ale wy to jakoś
wrócić musicie…
– Na wakacje do Anglii?! – zdumiała się nieco pani.
– Tak. Wiem, że to dość nietypowy pomysł. – przyznałam.
– Owszem. My raczej staramy się stamtąd wyjeżdżać…
Na takich konwersacjach okraszonych brytyjskim poczuciem humoru mijał
nam czas, i kolejny raz zakochałam się w Anglikach, którzy karnie stali w
ogonie, nie marudzili, nie narzekali, nie dramatyzowali, nie obalali
rządu, tylko pragmatycznie dzwonili na linię przewoźnika rezerwując
sobie miejsca na przelot nazajutrz rano. Po krótkim namyśle uznałam, że
dorównam im opanowaniem, gdyż w duszy jestem Brytyjką. Kiedy w końcu
nadeszła moja kolej, na przelot nazajutrz rano nie było już miejsc, co
mnie nie bardzo zmartwiło, bo od bycia na lotnisku w ogóle gorsze jest
tylko bycie na lotnisku o 7 rano. Były za to miejsca na lot wieczorem, i
poleciałam.

Strasznie długie, ale zaraz wyjeżdżam

Polacy w zasadzie nie mają już obowiązku posiadania carte de séjour,
skoro rynek pracy jest już otwarty. W praktyce jednak różnie to bywa: i
jeden znajomy Polak ostatnio się żalił, że z braku tegoż dokumentu
odmówiono mu w banku wypłacenia zwrotu podatku. Ja natomiast dokument
posiadam, nawet ważny do 2017, i ma on tylko jeden feler. Stary adres.
Niby można z tym żyć, ale w praktyce niestety tu i tam się czepiają
okropnie. Adres zmienić nie jest łatwo, okazało się bowiem swego czasu,
że nie można ani załatwić tego korespondencyjnie ani się umówić, należy
na prefekturę iść osobiście i mieć numerek do service des étrangers.
Numerki te wydawane są o godzinie 9 rano, kiedy to kłębi się tam dziki
tłum imigrantów spoza Europy, i w praktyce aby numerek otrzymać należy
stawić się pod prefekturą o jakiejś 7 rano i cierpliwie tam czekać.
Kiedyś już to robiłam i bardzo nie chciałam ponownie. Odkładałam więc tę
przyjemność przez całą zimę, czekając aż się ociepli. Przyszło lato,
nie ociepliło się. Przyszedł sierpniowy piątek.
– Idź na prefekturę, jest SIERPIEŃ!- wrzasnęła znienacka moja intuicja.
– Głupiaś, co z tego, że sierpień. Imigranci nie wyjeżdżają na wakacje, za to urzędnicy i owszem. – odrzekła jej logika.
– Właśnie, że wyjeżdżają do siebie, poza tym idź się tam rozejrzyj, skoro masz czas. – upierała się intuicja.
To moja intuicja i uparta jest jak ja. Pojechałam. Weszłam na
prefekturę, gdzie cisza i spokój. Bez specjalnego pomysłu skierowałam
się powoli w stronę pani w informacji, nie bardzo wiedząc, o co miałabym
właściwie pytać. Drogę zagrodził mi automat wydający numerki, na
którym, o niespodzianko, nie było znanej mi na pamięć kartki „do service
des étrangers nie ma już dziś numerków, przyjdź sobie jutro, zły
imigrancie”.
„O, zepsuło im się” – pomyślałam. „Ale nie ma kartki, że zepsute, jednak
trochę dziwne” – myślałam dalej. „A może jak nacisnę, to wydrukuje mi
coś w stylu ‚Ha ha ha, naiwniaku’?”. Z ciekawości nacisnęłam więc guzik.
Maszyna zaszumiała i wysunęła numerek. Był 554 i głosił, że przede mną
jest 50 osób. Stałam dobre dwie minuty gapiąc się na to zjawisko.
„Znaczy że co, że mam numerek, i mogę to dzisiaj ot tak sobie
załatwić?!”  dotarło do mnie w końcu.
– A nie mówiłam – powiedziała intuicja.
– Eee, idź, to nie może być tak prosto – ocknęłam się.
Poszłam na pierwsze piętro, gdzie przyjmują cudzoziemców. Było tam jak
zwykle, to znaczy zapowiadane 50 osób spoza Europy faktycznie tam
siedziało, a każda z nich posiadała ze dwie żony oraz z każdą jakąś
trójkę dzieci, sądząc po okolicznościach. Jedno dziecko właśnie bardzo
głośno i dobitnie informowało swych rodziców oraz wszystkich wokół, że
jego brat zrobił kupę w majtki. Na okrasę w kąt wcisnęło się jeszcze
paru przerażonych azjatyckich studentów. Standard. Odnotowałam, że
wyświetlacze numerków zdają się działać i pokazują 505, czyli rachuby
automatu były słuszne.

Wróciłam do informacji i zapytałam, co właściwie muszę mieć, aby zmienić adres na carte de séjour.
– Justificatif de domicile, paszport, carte de séjour – zaczęła wyliczać pani. To nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia.
– … zdjęcie – ciągnęła pani.
– ZDJĘCIE?! – przeraziłam się.
– Tak, tak, zdjęcie – z ogromną satysfakcją powtórzyła pani.
Tego posiadane przeze mnie informacje nie uwzględniały, ale dotarło do mnie, że mogą przecież chcieć mi wydać nową carte de séjour z nowym adresem. Poza tym zdjęcie miałam, pozostawało tylko wrócić do domu i je znaleźć.
– A ile mniej więcej będę czekać, jeśli przede mną jest 50 osób? – zapytałam podchwytliwie.
– Hmm, nie wiem… półtorej godziny? – strzeliła sobie pani.
– Półtorej?! -powtórzyłam z uzasadnionym niedowierzaniem.
– Oj, no nie wiem, może dwie. To różnie bywa, wie pani.
Rzekłam, że wiem, pojechałam do domu, znalazłam zdjęcie, upewniłam się, że mam cztery różne justificatifs de domicile,
w końcu nigdy nie wiadomo; sprawdziłam 17 razy, czy nie zgubiłam po
drodze bezcennego numerka, i wróciłam. Osób przede mną było 30. Poszłam
zrobić ksero jednego justificatif (czyli po prostu faktury za gaz) i
oddałam się czekaniu. Po jakiejś godzinie urozmaiciłam je sobie
spacerkiem wokół prefektury, ale potem już musiałam się przemieścić pod
wyświetlacze, bowiem źli imigranci oczywiście nie zasługują na to, aby
zmianie numerka towarzyszył jakiś dźwięk. Należy siedzieć i się wgapiać w
to co wyświetlane, aby nie przeoczyć swego. 553 się nie pojawił. 554.
Rzuciłam się do okienka jak żbik.
– W celu zmiany adresu – rzekłam obdarzając panią w okienku stosikiem
papierków. Nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, lecz moje papierki i
owszem. Obejrzała z zainteresowaniem paszport i carte de séjour.
– Kserokopię tego należy zrobić – rzekła oddając mi te dwa dokumenty.
Oklapłam cokolwiek, i bardzo brzydko pomyślałam o kobiecie z dezinformacji.
– I co, przyjmie mnie pani potem, jak wrócę z ksero…? – zapytałam z nadzieją.
– Tak, no przecież nie będzie pani stała w tej kolejce jeszcze raz, hehe
– urzędniczka pierwszy raz okazała, że widzi we mnie człowieka.
Wzruszona pognałam do ksero, nakarmiłam je 30 eurocentami (automat nie
wydaje reszty, a co myśleliście) i wróciłam na górę. Przeczekałam
petenta numer 555 i wręczyłam dokumenty z kopiami ich. Urzędniczka
wykonała różne tajemnicze czynności biurowe, wydrukowała mój nowy adres
na pasku papieru, nakleiła go na carte de séjour, przypieczętowała i oddała mi.
– Et voila!
Podziękowałam, drugi raz pomyślałam bardzo brzydko o kobiecie z dezinformacji
– od razu przecież sądziłam, że zdjęcie do niczego się nie przyda – i
poszłam, nie mogąc wyjść z podziwu, że oto załatwiłam to, co mi sen z
powiek spędzało od roku. Intuicja w mojej głowie skakała do góry z
uciechy. Czy co tam robią ucieszone intuicje.

Thoiry

Nie rozchorowałabym się pewnie aż tak, gdybyśmy się w niedzielę, kiedy poczułam się lepiej, nie wybrali do Thoiry. Ale warto było. Jest to zoo i park safari jakieś 40 km na zachód od Paryża. Już na samym początku pozytywne wrażenie zrobił na mnie wybieg dla wilków, który ma zamaskowane ogrodzenie i w nim tylko szpary dla oglądających, więc te wilki można faktycznie zobaczyć. Byłam swego czasu straszliwie rozczarowana, kiedy w zoo wrocławskim zrobili wspaniały wybieg dla wilków z pomostami dla ludzi, i wszystko pięknie, tylko wilków nie było w ogóle widać, bo się gdzieś pochowały. Nie wiem, jak jest teraz. Następnie było wiwarium, w nim warany z Komodo i pytony, wszystko fajnie, odwracam się do następnej klatki, a tam szok – za szybą woda, a w niej przyczajony i łypiący na mnie złym okiem krokodyl, praktycznie do tej szyby przyklejony, więc na wyciągnięcie ręki ode mnie. Wszyscy ludzie reagowali podobnie, a co wrażliwsze osoby odmawiały w ogóle zbliżenia się do tego akwarium. Muszę przyznać, że wrażenie było nieziemskie. Widziałam już krokodyle nieraz, ale zawsze w wodzie z góry, albo za szybą z oddali, tu pierwszy raz był tuż koło mnie w całej okazałości. Dalej były przyjemniejsze zwierzątka: kangury i wallaby. Młode wallaby w momencie narodzin waży pół grama. GRAMA. W pierwszej chwili przeczytałam „0,5 kg” i przeszłam nad tym do porządku dziennego, tymczasem mowa była jednak o gramie, na co uwagę zwróciła mi znacznie bardziej spostrzegawcza Scarbossa. Następnie takie małe wallaby spędza pół roku w kieszeni swej matki i przybiera na wadze dużo.

Przeszliśmy koło obłędnie pięknego kazuara, i czekała na nas największa atrakcja – karmienie lwów. Nie byłam do tego nastawiona szczególnie entuzjastycznie, bo co: rzucą lwom parę kawałków mięsa, lwy to pożrą gdzieś w kącie i tyle. Tymczasem w Thoiry wchodzi się do specjalnego częściowo wpuszczonego w ziemię szklanego tunelu. Z karmienia zrobiony jest cały show – karmiciel włazi na ambonę, z  niej przemawia objaśniając lwie zwyczaje (byłam jednak tak przejęta, że przestałam rozumieć po francusku), i rzuca zwierzakom kawałki mięsa, między innymi NA tunel, w którym jesteście, więc lew wykonuje skok, prosto przed waszymi oczami i nad waszą głowę! Nie wiem czy widzieliście kiedyś łapy dorosłego lwa od spodu. Nie jest to widok, który gotowa jestem szybko zapomnieć. I w ogóle  – lwia paszcza 10 cm od mojej twarzy… co z tego, że przez szybę. Fantastyczne przeżycie, i ja jeszcze tam na pewno wrócę.  Na podobnej zasadzie odbywa się karmienie tygrysów, ale z tego już zrezygnowaliśmy, oglądając tylko tygrysy z podobnego szklanego tunelu. Tygrysy robiły wrażenie znacznie bardziej nieprzyjaznych niż lwy.

Zoo jest naprawdę świetnie zorganizowane (całkiem jak nie we Francji), jest strefa piknikowa, jest ogród linowy dla dzieci – niestety od lat pięciu, a dorosłym wstęp wzbroniony, musiałam więc własnego nieletniego powstrzymywać siłą, bo oczywiście strasznie chciał się tam udać. Ale obok jest plac zabaw dla mniejszych dzieci, mogłam go więc tam trochę wybiegać, chociaż wrażeń i tak miał masę. Obok jest zagroda z młodymi kozami, które natychmiast do nas podbiegły, ciekawsko i natrętnie obwąchując. Przez chwilę nawet się bałam, że jedna zechce zeżreć moje spodnie, tymczasem żywo zainteresowała się planem zoo, który wystawał mi z kieszeni. I nie, nie zamierzała go czytać. Wyciągnęła go bezczelnie i nadgryzła ze smakiem. Przeżyłam moment paniki, bo wprawdzie podobno kozy są wszystkożerne, ale te kolorowe farby niekoniecznie są dla nich najzdrowsze. Dzielnie wyrwałam zwierzęciu resztki planu z pyska, tymczasem Scarbossa jeszcze dzielniej walczyła z kolejną kozą, która w chwili naszej nieuwagi postanowiła zagrodę opuścić. Szczerze podziwiam hodowców kóz. Po kozach obejrzeliśmy resztę zwierzaków, czyli rozmaite
lamy, i makaki, których zachowanie było akurat obserwowane przez
studentów z włoskich uniwersytetów, i kapibarę skaczącą do wody na
główkę z rozbiegu jak zawodowy pływak. Niewiele widziałam
śmieszniejszych rzeczy.

Potem nadszedł czas na przerwę obiadową, a po niej druga część atrakcji,
czyli samochodem do parku safari. Przed wejściem były wielkie
ostrzeżenia, żeby jechać powoli, nie otwierać okien i nie zatrzymywać
się. Jak to ja, oczywiście we wszystko święcie uwierzyłam, więc koło
wielbłądów i zebr przejechaliśmy zdecydowanie zbyt szybko. Potem okazało się, że po
pierwsze to się nie da, po drugie nikt zakazu nie przestrzega. Ludzie z
BMW przed nami karmili zebry bagietką, co uznałam już za grubą przesadę,
ale zatrzymać się dla podziwiania żyraf i słoni należało. Okna trzeba
było mieć otwarte, bo wprawdzie wcale nie było gorąco, ale słońce mocno
grzało samochód i upał w nim panował niemiłosierny. Zamykałam okna
tylko, gdy pojawiały się wszędobylskie strusie, bo miałam schizę, że jak
mi wsadzi tę długą szyję do auta, to się już go nigdy nie pozbędę.
Żyrafy były majestatyczne i pełne wdzięku, a jeden słoń tańczył taniec
godowy, przestępując z nogi na nogę i wywijając trąbą. Mam nadzieję, że
to nie widok mojego samochodu go tak nastroił, choć to w końcu wysoka
blondynka. Dalej była masa antylop i chyba już teraz nie zapomnę, jak
wygląda gnu. Takie brzydkie jest z twarzy. Hipopotamy pławiły się w
bajorku, za pierwszym razem myślałyśmy, że jest tam jeden, może dwa, za
drugim okazały się cztery. Dlaczegoś wszystkie na kupie, choć miejsca
były sporo. Otwierały bardzo szeroko imponujące paszcze i nurkowały nader wymyślnie.

Wjazd do drugiej części safari opatrzony był groźnymi tablicami, że
teraz to już naprawdę nie wolno mieć otwartych okien, bo wywalą z parku,
gdyż zbliżamy się do bardzo niebezpiecznych zwierząt. Odezwały się we
mnie tatrzańskie nawyki i poczułam się cokolwiek niewyraźnie widząc w
krzakach po lewej niedźwiedzicę z małymi. Oczywiście zignorowała nas
kompletnie, a maluchy baraszkowały uciesznie, po czym… wbiegły na
drzewo zwinnie jak koty. To już nie wiem, jak to w końcu jest – czy
niedźwiedzie umieją chodzić po drzewach? Może tylko młode? Kolejne dwa misie
były dość solidnie ogrodzone. Niestety nie było napisów, więc nie wiem
czy to jakiś inny gatunek, czy może tylko jakiś groźny samiec, choć nauki
głoszą przecież, że naprawdę niebezpieczna jest właśnie niedźwiedzica z
młodymi. Za chwilę z krzaków po lewej wyszedł kolejny niedźwiedź i
leniwie przeszedł tuż przed moim zderzakiem, nie zwracając na nas
kompletnie żadnej uwagi i kolebiąc się na boki. Był trochę wyliniały. Od
razu przypomniał mi się John Irving i jego obsesja na punkcie
tresowanych niedźwiedzi. A potem był już wyjazd, na pożegnanie żubry i konie Przewalskiego, i ja tam jeszcze na pewno wrócę.

Ja jako świadek

Powiadam Państwu, że z tą stłuczką, której byłam świadkiem dwa tygodnie temu, to jakaś lepsza afera. Wydzwania do mnie pełnomocnik poszkodowanej, bo okazało się że firma Sepur, właściciel śmieciary, wyparł się wszystkiego. „Nas tam nie było, to nie my, nie mamy takiej śmieciary, nic nie wiemy, to niemożliwe” – generalnie taką przyjęli linię obrony. Dziś zostałam zapytana
– Ale pamięta pani jak wyglądał szofer?
– Pamiętam, ale to nic panu nie pomoże. Był młody i czarny – zeznałam zgodnie z prawdą.
– No właśnie – westchnął pan. – A firma Sepur twierdzi, że nie mają czarnego szofera…
Prychnęłam w telefon, bo generalnie wszyscy śmieciarze są młodzi i czarni. Pewnie są jakieś wyjątki, ale rzadko. Zaczęłam się już osobiście tym irytować, bo w końcu to mnie ktoś zarzuca kłamstwo, a to mi się wcale nie podoba.

Drobniutka różnica kulturowa

Jeśli nie chodzi się do pracy, lecz leży się w łóżku będąc powalonym przez wyjątkowo paskudne i wredne zapalenie oskrzeli, i akurat dzwoni kolega z pracy, który o sytuacji jest poinformowany dość dokładnie, i zaczyna oczywiście konwersację od nieodzownego
Ça va?
to należy powstrzymać swą galopującą polskość i nie odpowiadać, że właśnie nie bardzo ça va, że pluje się na zielono, wypluwa płuca kaszląc, nie może spać w nocy, i generalnie raczej wolałoby się pisać testament niż odpowiadać na pytania zawodowe, jeno odpowiedzieć dzielnie, że owszem, ça va, a czy u niego też. A jak uważacie, że to łatwe, to od dziś na pytania typu „jak leci”, co słychać” bardzo proszę odpowiadać „świetnie, a u ciebie?”.

2021

Mam paszport. Wygląda na prawdziwy, chociaż ważny do lipca 2021, co wygląda trochę jak początek opowiadania s-f. Serdecznie pozdrawiam panią z konsulatu, która miłym uśmiechem skwitowała moje pełne szczerej rozpaczy
– Och, nie pożegnałam się należycie ze starym! A to przecież dziesięć lat razem!
i odrzekła cierpliwie
– Ależ ja go pani zaraz oddam, tylko unieważnię…
Przypomną mi Państwo na początku 2021 na tym blogu, że mam odnowić paszport, umowa stoi?