Thoiry

Nie rozchorowałabym się pewnie aż tak, gdybyśmy się w niedzielę, kiedy poczułam się lepiej, nie wybrali do Thoiry. Ale warto było. Jest to zoo i park safari jakieś 40 km na zachód od Paryża. Już na samym początku pozytywne wrażenie zrobił na mnie wybieg dla wilków, który ma zamaskowane ogrodzenie i w nim tylko szpary dla oglądających, więc te wilki można faktycznie zobaczyć. Byłam swego czasu straszliwie rozczarowana, kiedy w zoo wrocławskim zrobili wspaniały wybieg dla wilków z pomostami dla ludzi, i wszystko pięknie, tylko wilków nie było w ogóle widać, bo się gdzieś pochowały. Nie wiem, jak jest teraz. Następnie było wiwarium, w nim warany z Komodo i pytony, wszystko fajnie, odwracam się do następnej klatki, a tam szok – za szybą woda, a w niej przyczajony i łypiący na mnie złym okiem krokodyl, praktycznie do tej szyby przyklejony, więc na wyciągnięcie ręki ode mnie. Wszyscy ludzie reagowali podobnie, a co wrażliwsze osoby odmawiały w ogóle zbliżenia się do tego akwarium. Muszę przyznać, że wrażenie było nieziemskie. Widziałam już krokodyle nieraz, ale zawsze w wodzie z góry, albo za szybą z oddali, tu pierwszy raz był tuż koło mnie w całej okazałości. Dalej były przyjemniejsze zwierzątka: kangury i wallaby. Młode wallaby w momencie narodzin waży pół grama. GRAMA. W pierwszej chwili przeczytałam „0,5 kg” i przeszłam nad tym do porządku dziennego, tymczasem mowa była jednak o gramie, na co uwagę zwróciła mi znacznie bardziej spostrzegawcza Scarbossa. Następnie takie małe wallaby spędza pół roku w kieszeni swej matki i przybiera na wadze dużo.

Przeszliśmy koło obłędnie pięknego kazuara, i czekała na nas największa atrakcja – karmienie lwów. Nie byłam do tego nastawiona szczególnie entuzjastycznie, bo co: rzucą lwom parę kawałków mięsa, lwy to pożrą gdzieś w kącie i tyle. Tymczasem w Thoiry wchodzi się do specjalnego częściowo wpuszczonego w ziemię szklanego tunelu. Z karmienia zrobiony jest cały show – karmiciel włazi na ambonę, z  niej przemawia objaśniając lwie zwyczaje (byłam jednak tak przejęta, że przestałam rozumieć po francusku), i rzuca zwierzakom kawałki mięsa, między innymi NA tunel, w którym jesteście, więc lew wykonuje skok, prosto przed waszymi oczami i nad waszą głowę! Nie wiem czy widzieliście kiedyś łapy dorosłego lwa od spodu. Nie jest to widok, który gotowa jestem szybko zapomnieć. I w ogóle  – lwia paszcza 10 cm od mojej twarzy… co z tego, że przez szybę. Fantastyczne przeżycie, i ja jeszcze tam na pewno wrócę.  Na podobnej zasadzie odbywa się karmienie tygrysów, ale z tego już zrezygnowaliśmy, oglądając tylko tygrysy z podobnego szklanego tunelu. Tygrysy robiły wrażenie znacznie bardziej nieprzyjaznych niż lwy.

Zoo jest naprawdę świetnie zorganizowane (całkiem jak nie we Francji), jest strefa piknikowa, jest ogród linowy dla dzieci – niestety od lat pięciu, a dorosłym wstęp wzbroniony, musiałam więc własnego nieletniego powstrzymywać siłą, bo oczywiście strasznie chciał się tam udać. Ale obok jest plac zabaw dla mniejszych dzieci, mogłam go więc tam trochę wybiegać, chociaż wrażeń i tak miał masę. Obok jest zagroda z młodymi kozami, które natychmiast do nas podbiegły, ciekawsko i natrętnie obwąchując. Przez chwilę nawet się bałam, że jedna zechce zeżreć moje spodnie, tymczasem żywo zainteresowała się planem zoo, który wystawał mi z kieszeni. I nie, nie zamierzała go czytać. Wyciągnęła go bezczelnie i nadgryzła ze smakiem. Przeżyłam moment paniki, bo wprawdzie podobno kozy są wszystkożerne, ale te kolorowe farby niekoniecznie są dla nich najzdrowsze. Dzielnie wyrwałam zwierzęciu resztki planu z pyska, tymczasem Scarbossa jeszcze dzielniej walczyła z kolejną kozą, która w chwili naszej nieuwagi postanowiła zagrodę opuścić. Szczerze podziwiam hodowców kóz. Po kozach obejrzeliśmy resztę zwierzaków, czyli rozmaite
lamy, i makaki, których zachowanie było akurat obserwowane przez
studentów z włoskich uniwersytetów, i kapibarę skaczącą do wody na
główkę z rozbiegu jak zawodowy pływak. Niewiele widziałam
śmieszniejszych rzeczy.

Potem nadszedł czas na przerwę obiadową, a po niej druga część atrakcji,
czyli samochodem do parku safari. Przed wejściem były wielkie
ostrzeżenia, żeby jechać powoli, nie otwierać okien i nie zatrzymywać
się. Jak to ja, oczywiście we wszystko święcie uwierzyłam, więc koło
wielbłądów i zebr przejechaliśmy zdecydowanie zbyt szybko. Potem okazało się, że po
pierwsze to się nie da, po drugie nikt zakazu nie przestrzega. Ludzie z
BMW przed nami karmili zebry bagietką, co uznałam już za grubą przesadę,
ale zatrzymać się dla podziwiania żyraf i słoni należało. Okna trzeba
było mieć otwarte, bo wprawdzie wcale nie było gorąco, ale słońce mocno
grzało samochód i upał w nim panował niemiłosierny. Zamykałam okna
tylko, gdy pojawiały się wszędobylskie strusie, bo miałam schizę, że jak
mi wsadzi tę długą szyję do auta, to się już go nigdy nie pozbędę.
Żyrafy były majestatyczne i pełne wdzięku, a jeden słoń tańczył taniec
godowy, przestępując z nogi na nogę i wywijając trąbą. Mam nadzieję, że
to nie widok mojego samochodu go tak nastroił, choć to w końcu wysoka
blondynka. Dalej była masa antylop i chyba już teraz nie zapomnę, jak
wygląda gnu. Takie brzydkie jest z twarzy. Hipopotamy pławiły się w
bajorku, za pierwszym razem myślałyśmy, że jest tam jeden, może dwa, za
drugim okazały się cztery. Dlaczegoś wszystkie na kupie, choć miejsca
były sporo. Otwierały bardzo szeroko imponujące paszcze i nurkowały nader wymyślnie.

Wjazd do drugiej części safari opatrzony był groźnymi tablicami, że
teraz to już naprawdę nie wolno mieć otwartych okien, bo wywalą z parku,
gdyż zbliżamy się do bardzo niebezpiecznych zwierząt. Odezwały się we
mnie tatrzańskie nawyki i poczułam się cokolwiek niewyraźnie widząc w
krzakach po lewej niedźwiedzicę z małymi. Oczywiście zignorowała nas
kompletnie, a maluchy baraszkowały uciesznie, po czym… wbiegły na
drzewo zwinnie jak koty. To już nie wiem, jak to w końcu jest – czy
niedźwiedzie umieją chodzić po drzewach? Może tylko młode? Kolejne dwa misie
były dość solidnie ogrodzone. Niestety nie było napisów, więc nie wiem
czy to jakiś inny gatunek, czy może tylko jakiś groźny samiec, choć nauki
głoszą przecież, że naprawdę niebezpieczna jest właśnie niedźwiedzica z
młodymi. Za chwilę z krzaków po lewej wyszedł kolejny niedźwiedź i
leniwie przeszedł tuż przed moim zderzakiem, nie zwracając na nas
kompletnie żadnej uwagi i kolebiąc się na boki. Był trochę wyliniały. Od
razu przypomniał mi się John Irving i jego obsesja na punkcie
tresowanych niedźwiedzi. A potem był już wyjazd, na pożegnanie żubry i konie Przewalskiego, i ja tam jeszcze na pewno wrócę.

22 thoughts on “Thoiry

  1. nie będę orginalna- bomba!

    tylko powiedz mi bo w przyszłym roku planujemy Paryż i szeroko rozumiane okolice z czwórką od 9 do 3 lat… czy do tego krokodyla i lwów wchodziłaś z Synem? da się?

  2. tuv, kiedy?

    aba, oczywiście że tak! te lwie i tygrysie tunele są do gdzieś tak pasa wpuszczone w ziemię, więc młodego miałam na barana, żeby widział. cała reszta prodzieciowa.

  3. jako przeciwniczka ogrodów zoologicznych mówię stanowcze nie. nawet wobec widoku łap lwa z bliska.

  4. Helena, ja też byłam zawsze przeciwna, bo ZOO nie jest dla dorosłych.

    Myślę,że radość jaką mają w ZOO dzieci usprawiedliwa ich istnienie.
    Nie znam dzieci, które nie uwielbiałyby ZOO 🙂

  5. who, co za problem, dawaj z dziećmi 🙂

    helena, mam mieszane uczucia. tygrysa bengalskiego z wrocławskiego zoo wspominam bardzo źle. ale tutaj naprawdę nie było strasznie.

    czytacz, och. mam przeprosić?!

    Daisy, kiedy to sama prawda!

  6. genialne!
    jako duże dziecko też bym wariowała z radości:) w Krakowie Zoo jest nudnawe.

  7. a bociany byly??

    uwielbiam bociany w tutejszym podobnym (bo naturalnie tu nie wystepuja, a sila rzeczy mam sentyment do bocianow).

    tutejsza kolezanka b. sie zdziwila, ze bocian z legendy o white storks przynoszacych dzieci nie jest fikcyjny :)))

    widzialam kiedys malpeczki wyrywajace komus uszczelke z okna i od tamtej pory jesli mi sie tam zdarzy byc, wybieram autobus zamiast wlasnego pojazdu. szkoda uszczelek 🙂

  8. inka, przyjedź jeszcze, pojedziemy! tylko nie w grudniu 😉

    czytacz, a już wiem. o dzień dobry masz urazę! przepraszam – to było pytanie natury ogólnej, a nie szczegółowej 😉

    b. nie było bocianów i nie było małp na wolności. koza dostarczyła mi wystarczająco dużo wrażeń 😉

  9. Ja tam lubię zoa, ale – jak mi już wielokrotnie wykazano – jestem dziecinna.

    @ds, reklamujesz się. A mnie lata samolot bezpośredni do Paryża, więc wiesz.

  10. Teraz we wrocławskim zoo wilki są na wybiegu za szkłem, ale boją się ludzi, rzadko wychodzą.Nie ma już kładek u góry. Byłam 3 tygodnie temu, to były małe. Nie odwiedzam często zoo, a po ostatniej wizycie tym rzadziej będę. Nie wolno karmić zwierząt, ale ludzie nagminnie karmią małpy i niedźwiedzie.

    Ale te lwy to chętnie bym zobaczyła 🙂

  11. Zuzanka, i dobry ten samolot jest, sprawdziłam. dajesz. DAJESZ!

    filkka, dzięki za info. tych co karmią, to ja bym nakarmiła. tłuczonym szkłem na przykład.

  12. o nienie, w grudniu to ja się już nie wybieram, nie przed samymi świętami;) bo następnym razem mogłabym nie mieć farta i świętować w Beauvais:D

  13. Pingback: Thoiry | immune to faDS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s