Jak się rozgrzewałam

Problem z Gruponem polega  na tym, że człowiek kupuje rzeczy, których normalnie by nie kupił, bo okazja nęci. Zaleta Grupona polega mniej więcej na tym samym, to znaczy człowiek próbuje odważnie nowych rzeczy, których normalnie by nie spróbował, bo ma węża w kieszeni i jest sceptykiem z natury. Taki właśnie sceptyk z natury, czyli ja, pewnego dnia odkrył na tymże portalu ustrojstwo zwane GMP, czyli coś w rodzaju sauny na podczerwień. Zamykają człowieka w trumnie, chociaż nie całkiem, bo na szczęście głowa wystaje. Trumna rozgrzewa człowieka do 50 stopni, a łóżko pod spodem masuje. Do tego leci relaksująca muzyczka, ale w moim przypadku nie spełniła ona swej roli, ponieważ zamiast się przyjemnie relaksować i nieczystości z organizmu wypacać leżałam w ciemnościach wytrzeszczonymi z przerażenia oczami wpatrując się w wyświetlacz i pielegnując wyobrażenie, jak maszyna się nagle psuje lub buntuje i rozgrzewa do stopni stu ugotowując tym samym mą powłokę cielesną na amen. Może nie jest to najlepsza możliwa powłoka cielesna, i w dodatku lekko już zużyta, ale jednak MOJA i jestem do niej dość przywiązana, zwłaszcza że na inną widoków nie ma. Byłam dzielna i opłacone pięć seansów odbyłam, myśląc z nadzieją, że się z czasem przyzwyczaję, jednak nic z tego. Nigdy więcej. To już chyba na tradycyjnej saunie poprzestanę, gdybym ciepła zapragnęła w przyszłości.

Ja wam pokażę, albo i nie

Mają Państwo ciekawe doświadczenia z poszukiwaniem różnych rzeczy, widzę. Pół talonu na balon wygrywa Scarbossa. Pół – bo owszem, w portfelu, gdzie jej nigdy nie wkładam, ale nawet nie z kartami, co jeszcze byłoby logiczne, jeno z banknotami i nijak nie jestem w stanie pojąć, co mną kierowało. No cóż. Martwię się poza tym o siebie poważnie, gdyż wczoraj przypadkiem zaczęłam oglądać film polski „Ja wam pokażę” i już nie przypadkiem obejrzałam go do końca. Najpierw nie mogłam zrozumieć, skąd tam się wziął Pazura, przecież to nie on grał męża w pierwszej części. Potem mi zaświtało, że to jest ten film, o który się pokłócili i ostatecznie nakręcili dwie wersje. Mam wrażenie, że to jest ta lepsza. Dobra: oczywiście scenariusza to tam nie ma, nic się nie dzieje, problem, wokół którego kręci się namiastka akcji, jest tak wydumany, że dziecko z podstawówki wymyśliłoby lepszy; ale Wolszczak, Pazurę i Kowalewskiego ogląda się całkiem przyjemnie. Nie jest to najgorszy film polski, jaki widziałam w życiu. A poza tym nie będę się dalej tłumaczyć,  mam okropny katar i leczyłam go herbatą z rumem!

O niemocy

Przepraszam, ale mam niemoc absolutną. Chyba listopad zaczął się w tym roku we wrześniu. Żeby jednak Państwo mi tu całkiem nie zwiędli w samotności, mam zagadkę. Otóż wczoraj rano moja wejściówka do pracy (zbliżeniowa, wielkości karty kredytowej) przestała działać. Pognałam do osoby odpowiedzialnej, która to osoba kartę zremagnetyzowała, czy co tam się z tym robi, i karta znów działała, co sprawdziłam natychmiast; lecz potem już nie mogłam sprawdzić, bo karta tajemniczo znikła. Przed chwilą, po długich i ciężkich poszukiwaniach, szczęśliwie ją znalazłam. Zagadka: gdzie?

Dwie sceny z życia

Kiedy w Anglii kupiłyśmy bilety na pociąg, odszedłszy już od okienka uświadomiłam sobie pewien poważny brak. Szybko zawróciłam do okienka.
– Ja będę potrzebować jakiegoś dowodu, że dziecko ma mniej niż 4 lata i ma prawo do darmowego przejazdu, prawda? – bardziej stwierdziłam niż zapytałam, już gorączkowo kombinując co teraz zrobić, bo przecież paszport został bezpiecznie w szufladzie.
– Nie proszę pani, wierzymy pani na słowo – odparł z godnością pan w kasie. Faktycznie, żaden konduktor o nic nie zapytał.

We Francji siedziałam niedawno w aucie zaparkowanym przy chodniku, wertując mapę. W środku było gorąco, więc miałam otwarte drzwi, które zajmowały większą część dość wąskiego chodniczka. Z przeciwka szedł pan, minął mnie, przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym zawrócił w moją stronę. „Aha, teraz mnie opieprzy, że drzwi mu przejść nie dają, i w dodatku będzie miał rację” pomyślałam sobie. Pan nachylił się do mnie
– Czy czegoś pani szuka, w czymś pani pomóc? – zapytał uprzejmie.

Właściwie nie wiem, dlaczego uznałam to za godne opisania na blogu. To przecież norma jest. Prawda?

Aquarium

W sobotę pojechałam rowerem na Trocadéro, i mój gps nijak nie chciał współpracować ze mną na rowerze, aż w końcu wzięłam głęboki oddech i rzekłam do siebie „a ty niby co?! Na TROCADERO nie trafisz sama? To już przegięcie!” i tak się zmotywowawszy trafiłam oczywiście jak po sznurku, bo należy się kierować po prostu na wieżę Eiffla, której trudno jest nie zauważyć. Potem należy przejechać przez most d’Iéna, znaleźć się na placu Warszawskim, która to nazwa mnie zawsze rozczula, i po prawej stronie ma się Aquarium de Paris. Miałam wykupione wcześniej bilety, które obejmowały również lunch w restauracji z rybami pływającymi za szybą. Jedzenie w typie japońskiego fast food – bento box – nie jest główną atrakcją wizyty. Są nią oczywiście ryby we wszystkich rozmiarach, kształtach i kolorach, w akwariach dużych, większych i olbrzymich. Jest kino, w którym załapałam się na film o odławianiu samic rekinów do celów badawczych, i oglądałam go z otwartą buzią. Bardziej fascynujące to było niż większość filmów sensacyjnych. Pomyślano też o najmłodszych. Na podłodze wyświetlany jest basen, w którym pływają złote rybki, dzieciaki ganiają usiłując złapać rybkę – pomysł prosty jak cep, a niektórym to pewnie i dwie godziny takiego ganiania by było mało. Poważnie rozważam możliwość zainstalowania podobnego projektora na suficie w salonie.

O książkach

Jak to ja, wygrzebuję książki wszędzie. Właściwie to nawet nie wygrzebuję, tylko wchodzę do czyjegoś domu i jeszcze się dobrze nie rozpakowawszy pytam od niechcenia „a co ty właściwie masz do czytania?” Tym sposobem od Athiny dostałam lekturę przewyborną: „Radość picia” Barbary Holland (tłumaczenie z amerykańskiego). O alkoholu przez wieki, ale luźno i bardzo zabawnie. Śmiałam się w głos wielokrotnie, a co lepsze cytaty mam poskanowane podręcznym skanerem telefonicznym, o:

U Daisy z półki bezczelnie wygrzebałam „Hanię Banię” i rzekłam
– Bo wiesz, ja miałam to kupić, ale tak jakoś nie mogłam się zdecydować, to ja sobie rzucę okiem na pierwsze strony i może się zdecyduję…
Zgodnie z obietnicą rzuciłam sobie okiem na pierwsze strony i stwierdziłam, że właściwie to nadal nie wiem. Taka jakaś, ten styl dziwny trochę… rzucałam więc sobie okiem dalej, po czym książka mi się nagle skończyła. Daisy we wspaniałomyślności swej zdradziła mi, że ma drugą część  (potem stwierdziłam, że jest jeszcze „Królowa samby„, którą teraz już będę musiała sobie kupić). Tę przeczytałam już bez żadnych uprzedzeń, za to z wielką radością, aż do ostatnich stron, gdzie Hania Bania, dość naiwna osiemnastolatka w roku 1968 rozstaje się z licznymi przyjaciółmi, którzy przymusowo wyjeżdżają do Izraela. W swojej rzeczowej prostocie to jest jeden z najbardziej poruszających opisów tamtej rzeczywistości, jaki znam. Poza tym kocham Hanię Banię za to, że jako pięciolatka strasznie chciała iść do szkoły, a kiedy w końcu poszła, prawda okazała się brutalna. Przeżyłam swego czasu dokładnie to samo.

O miłości oraz kuble lodowatej wody

Pojechałam wczoraj w miasto wykorzystać fakt, że zjechała do niego Aga. Nie tylko wybrałam się tam samochodem, chociaż wakacje już się skończyły, ale całkiem świadomie pojechalam Avenue Foch, Etoile i potem Champs Elysées, ponieważ, uwaga, nagle odkryłam, że uwielbiam tamtędy jeździć. Niepostrzeżenie przestałam się już bać jeżdżenia po Etoile, a zbliżanie się do Łuku Triumfalnego i przejeżdżanie koło niego nadal dostarcza mi pięknych wrażeń estetycznych. Łuk jest jakoś tak zrobiony, że z odległości wydaje się malutki, a potem ogromnieje w oczach i staje się olbrzymi, ale ma tak świetne proporcje, że nie przytłacza. W dodatku z perspektywy Avenue Foch stoi sobie pod kątem, trochę jak kokieteryjna modelka, co urzeka mnie dodatkowo. Przejechanie Champs Elysées to radocha sama w sobie, nieważne czy jest korek i ilu jest koło nas bezczelnych taksówkarzy paryskich. A potem przejechałam przez mój ukochany most Alexandre III z widokiem na Inwalidów, i ten chyba nigdy nie przestanie mi zapierać tchu w piersiach z zachwytu; a jeśli kiedyś przestanie, to pora będzie umierać.

Miałam dwadzieścia lat i naiwnie chciałam mieszkać w Paryżu. Zrobiłam to naprawdę.

Po czym miasto Paryż jak zwykle wylało mi na głowę kubeł lodowatej wody, bo kiedy już wracałam z myślą, że o tej porze to sobie śmignę obwodnicą w minutę osiem, obwodnicę mi nagle zamknęli. Najpierw chytrze pomyślalam, że to tylko jeden wjazd, to zaraz sobie hycnę na drugi, ale drugi też był zamknięty. A mój gps nie ma opcji „obwodnica jest zamknięta, nie możemy nią jechać, nie kieruj mnie na nią uparcie!”. Ale jestem z siebie dumna, bo pojechałam na wyczucie we właściwym kierunku, a potem były drogowskazy, i dałam radę.