Un monstre à Paris

Uwaga, wyznanie będzie. Usiądźcie, albo się chociaż trzymajcie się czegoś. Siedem miliardów ludzi jest na Ziemi, a ja jestem jedyną z tych siedmiu miliardów, która jeszcze nigdy nie widziała filmu fabularnego w 3D. Serio. Serio serio! Widziałam oczywiście te wszystkie o życiu podwodnym, kiedy 3D było jeszcze nowinką pokazywaną w centrum nauki i techniki, a okulary były dobrem starannie rozliczanym po seansie, ale fabularnego jeszcze żadnego. To znaczy do dzisiejszego wieczoru, kiedy to nastała ta chwila wiekopomna i udałam się w tym celu do kina. Nie miałam wielkiego wyboru: mogłam jeszcze obejrzeć Tintina, ale jakoś nigdy za blondynami nie przepadałam. Wybrałam więc „Un monstre à Paris”, ponieważ występuje tam Paryż, wprawdzie w wersji animowanej, ale lepszy niż prawdziwy. Możliwe, że to będzie drugi film animowany, po którym Małgośka zapragnie zobaczyć to miasto. Technologia 3D mnie nie powaliła, bo już ją znam, odkryłam natomiast przy okazji jakiejś zajawki, że nie jestem w stanie czytać w niej napisów. Natychmiast boli mnie głowa. Na szczęście w „Un monstre” napisów nie ma, więc problemu nie miałam. Sam film to dość jednak bezsensowna fantazja na temat gigantycznej pchły-śpiewaczki występującej w kabarecie paryskim, teoretycznie koło roku 1910, kiedy w Paryżu była wielka powódź, praktycznie jednak realia potraktowane są z przymrużeniem oka jeszcze gigantyczniejszym niż pchła. I tak, wiem, że to film animowany i zasadniczo dla dzieci, i nie, nie spodziewałam się ani sensu ani realizmu. Jest go jeszcze mniej niż się nie spodziewałam. Poza tym pięknie śpiewają Vanessa Paradis i M, oraz dubbinguje Gad Elmaleh. I Paryża jest dużo ładnego. Dobra, to nowinkę techniczną mam już zaliczoną i mogę wrócić do oglądania normalnych filmów, tak?

The Beaver

Mel Gibson występuje tu w roli Waltera Blacka, szefa i ojca rodziny, który popada w ciężką depresję, i próbuje się zabić, ale ratuje go znaleziona na śmietniku marionetka – bóbr, która użycza mu nowej, znacznie bardziej przebojowej osobowości. Reżyseruje i partneruje mu w roli żony Jodie Foster. Równolegle mamy wątek zbuntowanych nastolatków, czyli syna Blacka i jego dziewczyny. Po początkowych obawach odkryłam, że oglądam zupełnie niezły film, zwłaszcza zachwyca Gibson, który właściwie przez większość filmu gada ze swoją ręką (czyli rzeczonym bobrem) i mimo to daje radę. Chyba dobrze, że trudna tematyka depresji i rodzinnej walki z nią została poruszona w filmie w zasadzie familijnym, chociaż może trochę brakuje tu jasnego przekazu, że depresję należy jednak leczyć, a nie uciekać się do metod domowych (acz w pewnym sensie wynika to z akcji).

Wątkiem nastolatków byłabym zapewne zachwycona, gdybym była o połowę młodsza, a tak to tylko sobie prychnęłam „O – Amerykanie nagle odkryli, że cierpienie jest nieodłączną częścią życia, być to nie może!”. Oczywiście przed happy endem nie dało się uciec, acz w tym wypadku był wyjątkowo pożądany, inaczej widzowie tłumnie podcinaliby sobie żyły tuż po seansie. Tragikomiczna scena, w której pijany w drebiezgi Gibson próbuje się powiesić na krawacie i na drążku od zasłony prysznicowej, jest natomiast rodem z kina europejskiego, a właściwie spokojnie mogłaby się znaleźć w filmie polskim. Tylko że w „The Beaver” trwa jakieś dwie minuty i jest dokładnie tak przejmująca, groteskowa, tragiczna i żałosna, jak być powinna. W filmie polskim trwałaby minut dwadzieścia, bohater najpierw by się upijał bardziej, po czym gapiłby się długo i przenikliwie na krawat, który oczywiście byłby symbolicznie biało-czerwony, następnie upijałby się bardziej, gapił się przez długie minuty na drążek od zasłony, która zapewne byłaby pomalowana w jakieś bardzo symboliczne wzory rodem z Malczewskiego, itd. No – chyba że nakręciłby to Smarzowski.

Szalenie mnie intryguje, jaki będzie polski tytuł, jeśli jakiś będzie (google żadnego nie znalazł), bo Francuzi wymyślili sobie „Le complexe du castor” czyli „Kompleks bobra”, co jest chyba niemal równie durne jak polski „Wirujący seks”. Jaki znowu kompleks, na dziesiątą muzę?

Kraj z Księżyca

W styczniu 1992 Australijczyk Michael Moran przyjechał do Polski, żeby zaznajamiać polskie firmy z dobrodziejstwami gospodarki rynkowej. Jego cv na tę posadę wysłała matka, bo on wcale nie był do tego pomysłu przekonany, choć w grę wchodziła jeszcze obietnica dana wiele lat wcześniej wujowi, wielbicielowi Chopina. Tak zatem znalazł się, oczywiście z zerową znajomością języka oraz realiów, w tym dziwnym kraju, w dziwnej ekipie, w dziwnej atmosferze, w środku polskiej zimy. Jakoś to przeżył, a potem napisał książkę „Kraj z Księżyca. Podróże do serca Polski”.

Od razu powiem, że Moran też jest pianistą wielbiącym Chopina, więc niezliczone strony książki poświęcone są życiorysowi naszego kompozytora, konkursom szopenowskim itd. Przyznam uczciwie, że niektóre akapity przebiegałam wzrokiem, bo połowę wiem, jako że byłam za młodu dręczonym tą tematyką przez własną rodzinę z kulturalnym bzikiem, a druga połowa jest nudna. To samo rzec muszę o drobiazgowych opisach różnych miejsc w Polsce. Choć tutaj równocześnie chapeau bas: Moran zwiedzał nasz kraj bardzo solennie, widział zeń dużo więcej niż ja we Francji, i wszystko to drobiazgowo opisał. Muzyczno – turystyczne wrażenia przeplatane są anegdotami z pracy, gdzie nie układa się najlepiej (kto pamięta początek lat 90-tych, ten się nie zdziwi; kto nie pamięta, i tak nie zrozumie), oraz… nieodzowną historią miłosną. Zosia jest oczywiście niebieskooką blondynką, świetnie mówiącą po angielsku, a przy okazji mężatką. Moran i jego ukochana spotykają się więc potajemnie w różnych miastach Polski, i właściwie to popycha akcję do przodu, bo czytelnik ma nadzieję, że w końcu wydarzy się COŚ. Ujawnię, że wydarza się niewiele, natomiast jeśli ktoś się zdecyduje sięgnąć po tę książkę, to bardzo proszę doczytać do końca, nawet pomijając co szczegółowsze opisy naszych atrakcji turystycznych (a założę się, że niektórych i Wy nie znacie). Może głównie przez Zosię, ale chyba nie wyłącznie, autor mimo wszystkich swoich narzekań, krytyk i ogólnej melancholii jednak na końcu (440 stron, bagatela) wyznaje miłość naszemu dziwnemu krajowi i jeszcze dziwniejszemu narodowi. Oczywiście przeczytał Daviesa i masę innych rzeczy, spotkał Sikorskiego, Cimoszewicza i Wałęsę, i stara się mówić po polsku. Gdybyśmy byli Francją, takich Australijczyków i ich książek by było na kopy, ale nie jesteśmy. Moran zaś udowadnia, że i tak mamy zupełnie niezły kraj.

Na basenie

Na mój tor basenowy weszła blondynka z włosami upiętymi na samym czubku głowy w imponujący kok. Zanurzyła się i popłynęła tak, żeby nie zamoczyć sobie najmniejszego włoska. Prychnęłam  z uciechą obstawiając, że najdalej po dwóch długościach się zmęczy, po czym zajęłam się swoim pływaniem. Po chwili zarejestrowałam, że dziewczyna jest w zupełnie innym miejscu, niż można było się spodziewać. „A ona niby co – w poprzek pływa czy zawraca w połowie toru?” mruknęłam do siebie z niesmakiem. Za chwilę blondynka wyprzedziła nas wszystkich: mnie, dziewczynę, która przedtem mnie wyprzedzała, i pana w łapkach. Cały czas z głową sztywno uniesioną nad taflą wody, bez najmniejszego widocznego wysiłku,  z łagodnym zadowoleniem malującym się na twarzy. „Nie no, ja mam halucynacje”,  pomyślałam. Potem uznałam, że musi istnieć jakieś racjonalne wyjaśnienie. Zanurkowałam sprawdzając czy blondynka ma płetwy. Nie miała płetw, łapek, błony między palcami ani innego widocznego wspomagania. Wyglądała zupełnie jak zwykły człowiek. Wyprzedzała wszystkich, jednym pociągnięciem ramion przemierzając ćwierć basenu, głowa uniesiona dostojnie, ani jedna kropla nie moczyła jej blond koka, i zdawało się, że pływa w czymś zupełnie innym niż woda.
„Rany boskie,  to JAK ona by pływała, gdyby zanurzyła głowę i się odrobinę wysiliła?” myślałam w podziwie. „A może to po prostu jakaś była mistrzyni olimpijska?” Potem przyszło mi do głowy, że to android, przy pomocy którego Francuzi postanowili wygrywać olimpiady, a na razie testują go wśród zwykłych ludzi. To proste i logiczne wyjaśnienie nieco mnie ukoiło.

Marzec?!

Kiedy człowiek nagle dostaje list ze szpitala umajony na kopercie wielką czerwoną pieczęcią „URGENT!„, to się weń gapi jak sroka w kość zachodząc w głowę, cóż to nagle się stało takiego pilnego. Odrzuciwszy natrętną myśl, że na pewno jakieś wyniki okazały się strasznie złe i zawiadamiają oto, że należy pilnie szykować testament i trumnę, człowiek wpada na jedynie słuszny wniosek. Jak nie wiadomo o co chodzi, to niechybnie o pieniądze. W szpitalach we Francji czasem się płaci po wizycie (i ubezpieczenie potem zwraca), czasem się nie płaci, a czasem się wychodzi bez płacenia, po czym dostaje się surowy list, że się nie zapłaciło, i należy zapłacić (i ubezpieczenie zwraca). Do dziś nie wiem, od czego to zależy, ale żadna z tych ewentualności mnie już nie dziwi.
– Ha, na pewno chcą kasę i dlatego takie to pilne, bo już po miesiącu sobie przypomnieli – rzekłam z przekąsem. Po pewnym czasie list jednak otworzyłam, a tam… zawiadomienie o terminie wizyty kontrolnej. Istotnie w pewnych kręgach mogłoby być uznane za pilne, bo na dzień 31. Marca. Roku 2012. Aż w kalendarz spojrzałam z podejrzeniem, że niechybnie zimę musiałam przespać i nie zauważyć, że już marzec nastał.

Sport

Twierdzą, że sport to zdrowie. We francuskich mediach przy każdej reklamie jedzenia mają nawet obowiązek dodawać coś w stylu „jedz pięć razy dziennie warzywa”, „dla swojego zdrowia unikaj potraw słonych, słodkich i tłustych” albo „dla swojego zdrowia ruszaj się więcej”. Co to ostatnie usłyszę, to zgrzytam zębami i wydaję w kierunku mediów dźwięki nieartykułowane, lecz wielce obelżywe. Denerwują mnie te twierdzenia tak okropnie, bo akurat bite sześć tygodni będzie, jak dojeżdżam rowerem do pracy niemal codziennie, minimum 15 km, a nierzadko i 20 (w poniedziałek zrobiłam 28), tempem bynajmniej nie spacerowym, bynajmniej nie tylko z górki, a i w weekendy też się nie oszczędzam. I co? I NIC.

Dobra, jestem realistką i nie spodziewałam się, że od razu schudnę 10 kg, albo że stanę się zawodowym kolarzem, ale jakiegoś pozytywnego efektu się jednak spodziewałam. A tu nic. Nic, nic, i NIC. Ani pół centymetra w pasie mniej, a ból w udach przy podjeżdżaniu pod górkę jak był na początku, tak jest nadal i ma się dobrze. Nie czuję się ani trochę lepiej ogólnie, nawet gorzej, bo jestem wiecznie zmęczona, a w dodatku boli mnie kolano. W sumie mogłam to przewidzieć, bo to ja jestem tą osobą, która latami chodziła na aerobik oraz basen regularnie trzy razy w tygodniu po 2-3 godziny, wcale się tam nie obijając, i nie schudła od tego ani grama. Zdążyłam już o tym zapomnieć, ale teraz sobie dobitnie przypomniałam. Przy tych wszystkich twierdzeniach powinno się jednak uzupełniać „sport odchudza NIEKTÓRYCH”. „Sport jest zdrowy dla większości, lecz nie dla wszystkich”. Ot co. A żeby nie było, to ja zasadniczo lubię jeździć na rowerze, ale jak mam nie mieć z tego żadnych korzyści zdrowotnych, to wolę unikać tych tirów, które nie lubią rowerzystów i koniecznie chcą ich rozjechać.

Przy piątku o pająku

Proszę mi powiedzieć, czy Państwa zdaniem pająk (duży, tłusty i wypasiony) wciągnięty odkurzaczem ma szansę a. przeżyć b. wyjść z tego odkurzacza. (c. i zemścić się na mnie pożerając mnie w nocy małymi kęsami, ale na to już nie musicie odpowiadać). Tak, mam zaawansowaną arachnofobię. Nie, poza tym czuję się dobrze, oraz ostatnio potwornie bawi mnie to.