O rodzynkach

Parę miesięcy temu, przed urodzinami mojego potomka, testowałam ciasto na tę okazję, i przyniosłam wypiek do spróbowania koleżance, która ma trójkę maluchów i jest moją guru. Zwykły, zdawało mi się, murzynek. Koleżanka ugryzła, spojrzała na ciasto ze zdumieniem, spojrzała na mnie z jeszcze większym zdumieniem
– Rodzynki?!
– No… tak… – zająknęłam się, usiłując zrozumieć co może być nie tak z rodzynkami w murzynku. Może ona ma uczulenie na rodzynki, a ja zapomniałam?
– Rodzynki w cieście czekoladowym? – powtórzyła, najwyraźniej nie mogąc się pogodzić z tą barbarzyńską koncepcją.
– Tak. JA tak robię zawsze – postanowiłam nagle być stanowcza, no bo co w końcu.
Od tego czasu Anne-Sophie przekonana jest, że w Polsce do każdego ciasta dodaje się rodzynki (i wódkę, ale to zupełnie inny temat). Nie rozwiałam jej wyobrażeń, bo faktycznie, w makowcu od Bliklego, który im ostatnio przywiozłam, rodzynki były. Sernika bez bakalii też sobie nie wyobrażam.
– To do czego właściwie WY dodajecie rodzynki? – zapytałam kilka dni temu, kiedy temat znowu wrócił. Dwoje francuskich Francuzów pochodzenia bretońskiego popatrzyło na siebie z namysłem.
– Do kuskusu… – stwierdzili w końcu.

O szczoteczce

Miałam ci ja szczoteczkę do zębów elektryczną. A właściwie mam ją nadal. Ma już ona swoje lata, bo przyjechała ze mną z Polski, a już przed przyjazdem nie była chyba pierwszej nowości. Ale mimo to ciągle działa dzielnie. Okazało się jednak, że nie robią już do niej końcówek wymiennych. Właściwie to się nie okazało nagle, ja już byłam tego świadoma od dłuższego czasu, i ostatnio kiedy końcówka mi się zużyła, sięgnęłam po zachomikowany zapas z myślą, że to już będzie ostatnia i teraz naprawdę będę musiała kupić nową, jak się ta zużyje… i wtem odkryłam ze zgrozą, że zapasu nie ma. Poprzednia końcówka już była tą ostatnią, przy której to myślałam, po czym wyparłam ten koszmar z umysłu! Zostałam w ten sposób zmuszona do udania się do sklepu, gdzie odkryłam, że teraz robią rozmaite końcówki pasujące do wszystkich sprzedawanych szczoteczek (oprócz oczywiście mojej, ale to już mnie nie zdziwiło). Bardzo dobrze, pochwaliłam w myśli i stanęłam przed szczoteczkami.
– A ta o, to ona jest na baterię? – zapytałam po pewnym czasie podejrzliwie.
– Nie, też na akumulator. – odparła sprzedawczyni.
– A da się jej wyłączyć czasoodmierzacz? – drążyłam dalej.
– Nie, nie ma takiej możliwości, ale przecież to dla pani dobra, wiadomo, że na pewno pani myje dwie minuty, w niczym to nie przeszkadza… – sprzedawczyni rozwinęła talenty krasomówcze. Westchnęłam bardzo głośno i wymownie. Mam własny stoper wbudowany w zęby i żadna szczoteczka nie będzie mi kazała myć zębów przez dwie minuty, kiedy ja dla dobrego samopoczucia potrzebuję trzech. Westchnęłam raz jeszcze, bo nienawidzę być uszczęśliwiana na siłę, ale cóż. Mamy wiek XXI i mogłam sobie kupić dowolną szczoteczkę, pod warunkiem że będzie z wbudowanym stoperem. Gdyby bardzo mi zależało na wolności osobistej, to mogłam przecież kupić szczoteczkę tradycyjną, która moim czasem nie próbowałaby zarządzać. W końcu nikt mnie do elektrycznej nie zmuszał. Westchnęłam.
– Wezmę ją – rzekłam z miną męczennicy.
– I końcówki też pani chce od razu? – sprzedawczyni była właściwą osobą na właściwym miejscu.
– Jasne że chcę, już sobie upatrzyłam – ożywiłam się nieco.
Przyniosłam zakup do domu, poczytałam instrukcję, ponieważ takie mam hobby, podłączyłam szczoteczkę do ładowania, po czym użyłam. Zakup okazał się niezły, dawno nie miałam takich czystych zębów, natomiast stoper wyłącza na chwilę szczoteczkę co 30 sekund, co jest bardzo denerwujące, bo przerywa mi swobodny tok myślowy, a ja lubię rozmyślać przy myciu zębów, takie mam hobby. Ale wiadomo, nie do takich rzeczy człowiek jest w stanie się przyzwyczaić. Za to satysfakcja, kiedy po czwartym wyłączeniu ja sobie NADAL spokojnie myję zęby, jest ogromna. Niemal słyszę jak moja nowa szczoteczka wrzeszczy i jęczy, że nie do takiej pracy się najmowała, miały być dwie minuty, w fabryce obiecywali, a tu co!? Nadgodziny niepłatne?!

Harry Potter Grand Finale

Domknęłam cykl oglądając ostatniego Harry’ego Pottera, potwornie
żałując, że nie w kinie (w 3D!), i łzy roniąc bezwstydnie, a co.  Jest
cudownym zwieńczeniem kultury masowej, ma w sobie wszystko to, co
powinien mieć, i czuję, że nieprędko dam się znowu tak uwieść, aktualnie
modny twilight bowiem mnie całkowicie odrzuca. Dali radę nawet z tym
durnym zakończeniem 19 lat później, które w książce okrutnie mnie
zeźliło, acz oczywiście za to też podziwiam Rowling. Trzeba być niezłym
twardzielem, żeby tak definitywnie zarżnąć kurę znoszącą złote jajka.
Świetny film, a co – i owszem, w pełni doceniłam Harrisono-Fordowe „I
know”. W sumie to dobrze, że nie oglądałam tego w kinie, bo rechotałam z
tego straszliwie. Z McGonagall oczywiście też. Świetne role, sama
esencja. Wielbiciele cyklu niech się wpisują w komentarzach, a
ewentualni krytykanci niech zmilczą i pójdą sobie gdzie indziej, Avada Kedavra!

Takie tam obserwacje

Niezwykle mi się podoba metro warszawskie. Jest takie jasne, przestronne, wygodne i czyste. (Może i dlatego, że nie mam zeń wspomnień kombatanta codziennie dojeżdżającego do pracy na jednej nodze w dzikim ścisku.)

Moja śliczna słodka zdolna nadzwyczajna czteroletnia siostrzenica potrafi liczyć do dziesięciu po polsku, angielsku, niemiecku, rosyjsku, hiszpańsku, japońsku i arabsku. Kto da więcej?

11 listopada, Warszawa

Jedni wydają na buty, inni na biżuterię, ciuchy, torebki, rzadkie znaczki pocztowe, włóczkę lub karmę dla zwierząt. Mnie nic, co można kupić za pieniądze, nie uszczęśliwia tak, jak bilet lotniczy do Polski, czyli tym razem Warszawy, nawet jeśli tylko na weekend. Pod Pałacem Kultury wyłączają mi się wszystkie alarmy w umyśle: wiem gdzie jestem i że jestem u siebie. Gapiłam się nań z rozrzewnieniem i radością, a nawet rzekłam, że jest piękny, ściągając na siebie oburzenie. Jest moją latarnią morską, a tych nie dotyczą żadne estetyczne kanony.

Trochę później przekroczyłam próg równie znajomego mieszkania przyjaciół, radośnie skonstatowałam, że nic się nie zmieniło, i dopiero ujrzenie ich uroczej rosyjskiej niebieskiej kotki nagle przekręciło coś w moim umyśle.
– Ile ona ma właściwie lat? – zapytałam z głupia frant, przecież znając odpowiedź.
– 10.
– A ja doskonale pamiętam, jak była młodziutka, dopiero co ją wziąłeś i mieszkałeś tam gdzieś na tym dziesiątym piętrze – odparłam z niedowierzaniem, bo to było trzy wieki lub tydzień temu, lecz na pewno nie dziesięć lat. Mam patologiczny problem z upływem czasu. Cudownie jednak przekonać się, że nic się nie zmienia, choć przecież zmieniło się wszystko, i dzieci, które przed chwilą miały głowę na poziomie mojego pasa, teraz mają ją wyżej niż ja, a nasze spotkania nagle składają się w sporej mierze z wspomnień i dyskusji o czasie minionym. A potem schodzimy na inne tematy, i jest jak dawniej. Tylko teraz lepiej potrafię to docenić i skrzętnie zachować w pamięci na później.

Nie udało nam się obejrzeć „Baby są jakieś inne”, bo z racji weekendowej promocji tłum w kinie był dziki, i biletów już nie było. W niedzielę natomiast obudziłam się kompletnie nie wiedząc gdzie jestem, a to od lat mi się nie zdarzyło, teraz wszędzie bowiem jestem u siebie.

Naj

Najgłupsze uczucie na świecie to jest, jak najpierw byliście na basenie i moczyliście się tam solidnie przez półtorej godziny, a potem wychodzicie z tego basenu i wracacie do domu rowerem w ulewnym deszczu, oczywiście bez żadnego okrycia przeciwdeszczowego, bo doprawdy kto by przypuścił, że w listopadzie w Europie może tak znienacka padać; a najgłupsze jest, jak w tym wszystkim nagle stwierdzacie, że bardzo chce wam się pić…