2012

W nadchodzącym sobie życzę więcej czasu dla niniejszego bloga, bo potencjał jest, tematy są, chęci również, i czytelnicy niezrównani (niby kiedy kadzić, jak nie przy takiej okazji?!), tylko czasu brak. A Państwu 366 wspaniałych dni i tyluż upojnych nocy. I oczywiście Świąt, których wspomnienie można będzie hołubić aż do 2100.

O języku

Komentarz Spt mi przypomniał, jak kiedyś, naprawdę bardzo dawno temu, byłam (w Polsce) u lekarza, który akurat miał stażystę z bardzo odległego kraju. I tenże miał ze mną umówić kolejną wizytę. Próbował w języku, który jak jemu się zdawało był polskim, ja natomiast nie rozumiałam NIC. Nie dlatego, że polskim nie władałam. W desperacji zwrócił się w końcu do lekarza po angielsku „zapytaj ją, czy może przyjść w piątek”, na co ja z dużą ulgą wykrzyknęłam „Friday! Of course it’s ok”.

Poprzednie pytanie oczywiście było tendencyjne, ale dowiedziałam się tego, o co mi chodziło, za co Państwu dziękuję, obok całej reszty smacznych dygresji i anegdot: mianowicie, że większość jednak zacznie od zagadania po angielsku. W roli obcokrajowca występuję ja, w roli kraju słodka Francja. Zachwyca mnie nieodmiennie, że zaczepiana na ulicy jestem relatywnie często, a osobliwie wtedy, kiedy w ojczystym języku przemawiam do towarzystwa mego, i że jeszcze ANI RAZU nikt nie zaczął od zapytania mnie, czy mówię po francusku, albo po angielsku. Zawsze przysłuchują się chwilę memu szeleszczeniu, po czym radośnie zagadują po francusku. Skoro jestem we Francji i w ogóle umiem mówić, to z pewnością przecież również po francusku. Oczywiście z drugiej strony istnieje na pewno grono, które zagadać by chciało, a z góry zakłada, że nie mamy wspólnego języka, ale jednak zastanawiające jest, że dokładnie zero osób spróbowało kiedykolwiek ten język najpierw znaleźć.

Pytanie na piątek

Nie ma złych odpowiedzi, każda jest dobra, bardzo proszę nie zastanawiając się, nie czytając komentarzy i nie szukając dziury w całym opisać swoją pierwszą reakcję. Proszę sobie wyobrazić, że jesteście we własnym kraju, ojczystym lub na stałe zamieszkiwanym, i napotykacie w miejscu publicznym parę sympatycznie wyglądających obcokrajowców, którzy gadają w języku, którego nawet nie możecie zidentyfikować. Dlaczegoś musicie się z tymi obcokrajowcami porozumieć. Nie wiem dlaczego, bo ja jestem słaba z zaczepiania obcych ludzi na ulicy, ale powiedzmy, że koniecznie musicie im powiedzieć, że autobus zmienił trasę, albo coś takiego, można sobie wynaleźć własny dobry powód. Co robicie?

Na Sekwanie

W wieczornych ciemnościach przechodzę przez Trocadéro i Palais de Chaillot w kierunku najbardziej znanej atrakcji turystycznej tego miasta: złociście oświetlonej koronkowej metalowej wieży. Nie zaczepia mnie żaden z sprzedawców świecących plastikowych modeli (są tam zawsze, bez względu na pogodę oraz porę dnia i roku). Być może nie wyglądam na wyluzowaną turystkę, która da się naciągnąć, choć jak zwykle gapię się bezwstydnie na Wieżę, jakbym ją widziała pierwszy raz w życiu. Za to nieco dalej, już na Placu Warszawskim, zaczepia mnie matka z córką, gdzie tu jest najbliższe metro. No jak to gdzie, o tam, na Trocadéro, tuż za Palais de Chaillot, macham ręką, i bardziej sie dziwię, że ktoś może tego nie wiedzieć, niż że ja wyglądam na osobę, która WIE.

A potem u stóp wieży Eiffla wsiadam na statek i popijając kir royal marudzę okropnie, kiedy w końcu ruszymy; w końcu faktycznie ruszamy, a ja zamiast prowadzić światową konwersację gapię się, gapię się i gapię. Całkiem jakbym nigdy w życiu jeszcze nie widziała Paryża, i faktycznie – z Sekwany jeszcze nigdy. Jem foie gras i piję białe wino, a nade mną piętrzą się majestatyczne mury Notre Dame. Zawracamy koło Bercy i płyniemy z powrotem, aż do Statui Wolności, gdzie zawracamy ponownie, a potem zachłannie się gapię, jak cumujemy znowu u podnóża migotliwej Wieży. Kiedy zamykam oczy, pod powiekami mam nadal feerię świateł.

Można nie lubić Paryża i się nie zachwycać, ale wieczorną wycieczkę statkiem po Sekwanie każdy powinien raz w życiu swym zaliczyć.

Ameryka nie istnieje

Ogrzewanie przywrócili, odkurzacz naprawili (raczej nie ci sami, chociaż kto wie) w ciągu 6 dni, choć początkowo obiecywali 20. Tyle sukcesów, natomiast nadal nie wiem co z mym urlopem świątecznym, w jaki sposób przemieszczę się do kraju rodzinnego, i kiedy. Nie wiem czy wynajdą do tego czasu teleportację, a dobrze by było. Przyprawia mnie to o stres straszliwy, ale z drugiej strony jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było, i tego się trzymam.

Miałam ostatnio długotrwałą niechęć do beletrystyki, i uzbierał mi się stosik na półkach za łóżkiem. W ramach tej niechęci przeczytałam zbiór reportaży Wojciecha Orlińskiego „Ameryka nie istnieje”.  Nigdy nie byłam jakoś specjalnie zafascynowana Ameryką… to znaczy tak mi się wydawało, dopóki nie zaczęłam czytać, i nie dotarło do mnie, że przecież Blade Runner, Thelma i Louise, cały Steinbeck, a w szczególności Podróże z Charleyem, Holly Golightly, Scott Fitzgerald, Henry James, Marylin Monroe, Matrix, Philip Dick, cały złoty wiek science-fiction, Gwiezdne wojny, Buszujący w zbożu, Jarmusch, Godziny, i niezwykle europejski ale jednak nieodwołalnie amerykański David Lynch, i mogłabym jeszcze powymieniać, i pewnie każdy by mógł swoje własne. Nie ma ludzi niezafascynowanych Ameryką, a ona oczywiście nie istnieje, przynajmniej nie ta, którą wszyscy wymienieni opisywali i pokazywali. Przepraszam: okazuje się, że otóż istnieje ta Ameryka z Blade Runnera, że w Los Angeles naprawdę stoją takie piękne wielkie całkiem puste biurowce, i to odkrycie było dla mnie największym szokiem. Świetna lektura, tylko mam masę uzasadnionych pretensji do redaktora i korektorki, którzy swej pracy zdecydowanie nie wykonali. Urwane w połowie zdania i niezgadzające się przypadki gramatyczne są na porządku dziennym, co autor w amoku twórczym miał pełne prawo przeoczyć, ale redakcja i korekta już nie.

A chęć do beletrystyki wróciła mi natychmiast magicznie, kiedy tylko ukazał się drugi tom „Dragonslayera” Fforde’a, i tak jak przy poprzednim: nie ma tej świeżości co „Shades of Grey” ani tego rozmachu co cykl o Thursday Next, ale jest on niesłychanie podobny do Pratchetta będąc zarazem kompletnie odmienny, i za to tylko bym go podziwiała oraz kochała. Poza tym jest śmieszny i jakimś cudem oryginalny, chociaż wszystko to już przecież było. Choćby Quarkbeast stanowczo należało wymyślić.

Reklamy

Reklama społeczna występująca obecnie w TV Polonia przedstawia faceta, któremu na rozmowie o pracę zadają poważne pytania „czy jest pan po ślubie?” „jak zamierza pan łączyć obowiązki zawodowe z rodzinnymi?” oraz „czy zamierza pan w najbliższym czasie zajść w ciążę?”, na co facet głupawo parska. Konkluzja brzmi „niektórych pytań nie wolno zadawać bez względu na płeć pracownika”. Pomysł słuszny, do wykonania nie jestem przekonana, ale może się mylę. Widzieli ją Państwo i mają zdanie?

W tym czasie reklama społeczna w radiu francuskim głosi, że należy codziennie wietrzyć mieszkanie nawet w zimie, bo jest to konieczne dla zdrowia. I że 10 minut dziennie wystarczy, żeby wymienić powietrze w domu, na które to stwierdzenie budzi się we mnie demon i pyta „och naprawdę? I nie zależy to przypadkiem, ale zupełnie nie zależy, od wielkości okna oraz wielkości mieszkania?”. Ale mniejsza o to, niech wietrzą. Ja akurat chwilowo zaprzestałam, gdyż mamy na całym osiedlu poważną awarię ogrzewania i nie wiadomo kiedy naprawią.

Ale poza tym jestem w dobrym nastroju

Próbuję rozstrzygnąć,  co jest gorsze: czy kiedy śni mi się Mama, 
ubrana we frywolną bladoróżową bluzkę z falbankami, radosna i okropnie
młoda, bo ona przecież nie postarzała się w ogóle przez minione od jej
śmierci ponad dziesięć lat, a ja i owszem, i z mojej obecnej perspektywy
jej ówczesne 58 to naprawdę wcale nie jest dużo, mniej niż wtedy. Mama boleśnie
żywa, i jeszcze boleśniej, pierwszy raz – obca. Ubarwiam, we śnie to
wcale nie boli; prawie wcale, drażniące przeczucie przykrości czai się
już gdzieś w tej niezupełnie uśpionej części mózgu, i po obudzeniu atakuje z pełną siłą. A może jednak gorsze
jest, kiedy śnią mi się Tatry, i jestem idiotycznie pewna, że odtwarzam
każdy głaz, na który kiedykolwiek stąpnęłam, i każdy widok z dowolnej
perspektywy,  a potem się budzę i uspokajam sama siebie mamrotaniem „no
przecież one są, stoją, i możesz tam w każdej chwili pojechać, no
przecież są, nie zapadły się pod ziemię, ani nikt ich nie ogrodził, nie są na drugim końcu świata, no
przecież”. Tylko oczywiście nie o tę możność chodzi, a o to, żeby znów było
jak kiedyś, a to nie nastąpi nigdy. Sny to przereklamowany wynalazek.