Ameryka nie istnieje

Ogrzewanie przywrócili, odkurzacz naprawili (raczej nie ci sami, chociaż kto wie) w ciągu 6 dni, choć początkowo obiecywali 20. Tyle sukcesów, natomiast nadal nie wiem co z mym urlopem świątecznym, w jaki sposób przemieszczę się do kraju rodzinnego, i kiedy. Nie wiem czy wynajdą do tego czasu teleportację, a dobrze by było. Przyprawia mnie to o stres straszliwy, ale z drugiej strony jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było, i tego się trzymam.

Miałam ostatnio długotrwałą niechęć do beletrystyki, i uzbierał mi się stosik na półkach za łóżkiem. W ramach tej niechęci przeczytałam zbiór reportaży Wojciecha Orlińskiego „Ameryka nie istnieje”.  Nigdy nie byłam jakoś specjalnie zafascynowana Ameryką… to znaczy tak mi się wydawało, dopóki nie zaczęłam czytać, i nie dotarło do mnie, że przecież Blade Runner, Thelma i Louise, cały Steinbeck, a w szczególności Podróże z Charleyem, Holly Golightly, Scott Fitzgerald, Henry James, Marylin Monroe, Matrix, Philip Dick, cały złoty wiek science-fiction, Gwiezdne wojny, Buszujący w zbożu, Jarmusch, Godziny, i niezwykle europejski ale jednak nieodwołalnie amerykański David Lynch, i mogłabym jeszcze powymieniać, i pewnie każdy by mógł swoje własne. Nie ma ludzi niezafascynowanych Ameryką, a ona oczywiście nie istnieje, przynajmniej nie ta, którą wszyscy wymienieni opisywali i pokazywali. Przepraszam: okazuje się, że otóż istnieje ta Ameryka z Blade Runnera, że w Los Angeles naprawdę stoją takie piękne wielkie całkiem puste biurowce, i to odkrycie było dla mnie największym szokiem. Świetna lektura, tylko mam masę uzasadnionych pretensji do redaktora i korektorki, którzy swej pracy zdecydowanie nie wykonali. Urwane w połowie zdania i niezgadzające się przypadki gramatyczne są na porządku dziennym, co autor w amoku twórczym miał pełne prawo przeoczyć, ale redakcja i korekta już nie.

A chęć do beletrystyki wróciła mi natychmiast magicznie, kiedy tylko ukazał się drugi tom „Dragonslayera” Fforde’a, i tak jak przy poprzednim: nie ma tej świeżości co „Shades of Grey” ani tego rozmachu co cykl o Thursday Next, ale jest on niesłychanie podobny do Pratchetta będąc zarazem kompletnie odmienny, i za to tylko bym go podziwiała oraz kochała. Poza tym jest śmieszny i jakimś cudem oryginalny, chociaż wszystko to już przecież było. Choćby Quarkbeast stanowczo należało wymyślić.

12 thoughts on “Ameryka nie istnieje

  1. ds, dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie czytalam bloga ds, kompletnie nie przyszloby mi do glowy, zeby przy czytaniu jakiejkolwiek ksiazki miec pretensje do redakcji i korektorki za nieskladny styl lub bledy gramatyczne. winilabym autora. a dzis (ale nie od dzis, bo dzis to nie pierwszy raz) nie mam.
    i za to miedzy innymi Cie uwielbiam :))

  2. Fforde, powiadasz? Tylko skąd Fforde w miejskiej bibliotece w Pruszczu Gdańskim??? I jak tu żyć?

  3. b. grunt, że uwielbiasz, za cokolwiek by to nie było 🙂

    GyPsi, ano. (ale kiedy Ty zdążyłaś mieć JESZCZE JEDEN zawód, na bogów?!)

    kaja, dobrze że nie drugie 😉

    batumi, dwie pierwsze z Thursday Next (afera jane E i skok w dobrą książkę) są przetłumaczone od paru lat, szukaj, mogą mieć w bibliotece. reszta niestety nie, a dragonslayera akurat spokojnie mogliby przetłumaczyć, on by się przyjął w Polsce. no ale. bardzo możliwe, że są tłumaczenia na hiszpański, ale to faktycznie już nie w bibliotece.

  4. Jak jeszcze jeden zawód?
    Zawód mam jeden, a że droga do niego wiodła przez salową i sekretarkę, to insza inszosć 🙂

    Tamto to hobby raczej było, na studiach jeszcze i krotko po, zlecenia dla jednego gdańskiego wydawnictwa robiłam – najfajniejsze były odpowiedniki harlekinow, jeden wieczór, jeden tom.

  5. GyPsi, uff, to ja tak też. już myślałam że zawodowo 🙂

    nielot, ale oni tam są wymienieni z nazwisk i imion. i co, nie wstyd im? mnie by było.

  6. no widzisz, a ja mam tą „Amerykę” na półce od lata i jakos się zabrać za nią nie mogę. Ale mnie zachęciłaś:)

  7. Orlinski niestety nie jest w ogole wiarygodny.
    Pisze o tych samych miejscach, w ktorych ja bylam (a czasem mieszkalam dlugi czas), a jak go czytam to okazuje sie, ze pisze o czyms zupelnie innym.

    On tak naprawde uprawia reportaz zyczeniowy. Ubarwia i wypisuje to, co mu sie wydaje, ze jest.
    Do ataku smiechu mnie kiedys doprowadzil stwierdzeniem, ze hippisom w Dolinie Krzemowej latwo bylo przezyc, bo mozna pojsc spac na plaze i pozywic sie „za darmo” owocami z najblizszych plantacji.

    Tylko ze facio zapomnial zupelnie o tym, ze Pacyfik w Polnocnej Kalifornii jest zimny jak sk*syn i nikt o zdrowych zmyslach nie spi na plazy (juz na ulicach SF bezdomni i owszem) oraz o tym, ze zadnych „darmowych plantacji” nie ma w promieniu co najmniej poltorej godziny jazdy samochodem.
    No, ale pasowalo mu do obrazka i koncepcji artykulu…

  8. thernity, fajnie się czyta.

    futrzak, ja się wahałam pisząc „reportaże”, bo mam świadomość, że nie całkiem. to JEST ubarwione, i to są miejscami bardziej eseje niż reportaże. ale tak ma być. teza jest otwarcie w tytule, i wiadomo, że to jest Ameryka oczami Orlińskiego. Twoja ma pełne prawo być inna.

  9. Ksiazka pol biedy.
    Ale on takie „reportaze” majace zadecie do wyjasniania swiata pisuje do GW od dlugiego czasu.
    Wlasna perspektywa – ok, ale pomijanie niewygodnych faktow czy podawanie falszywych, wynikajacych z niezrozumienia tematu (jego wpisy na temat OSow na przyklad)?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s