Rok smoka wodnego

Z okazji moich urodzin Chińczycy w tym roku urządzili wielką paradę. 
Co prawda, żebym nie zadzierała za bardzo nosa, twierdzili, że to z
okazji Nowego Roku (smoka w żywiole wody), ale ja swoje wiem. Nowy rok
chiński zaczął się przecież 23 stycznia, a parada była w moje urodziny. W
dodatku bez problemu znalazłam sobie bardzo wygodne miejsce do
parkowania w samym sercu dzielnicy chińskiej, więc sami widzicie, że
ktoś wyraźnie o mnie zadbał. Widziałam tańce smoków, pokazy rozmaitych
walk i innych tai-chi, ludzi poubieranych we wszelkie możliwe i
niemożliwe kolory. Hałasu zaś zrobiono tyle (petardy wiszące na
drzewach, petardy rzucane pod nogi, bębny, i coś w rodzaju miedzianych
patelni, w które z zapałem łomotano), że wszystkie złe duchy z pewnością
zostały z mego życia wypędzone na amen i nieprędko ośmielą się wrócić.
Na synu moim całokształt obchodów urodzin matki też zrobił odpowiednie
wrażenie: do wieczora mi powtarzał,  że nie bał się smoków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Tu rozdawali kadzidełka

 

 

 

Grillbar Galaktyka

Kumpel w prezencie chciał mi dać „Próżnego robota” Kuttnera, co mnie
jednocześnie ucieszyło i zmartwiło. Ucieszyło, że taką dobrą książkę
mi wybrał; zmartwiło, bo oczywiście już sobie ją uprzednio nabyłam (i
nie musiałam czytać, bo Kuttnera opowiadania to ja znam na pamięć, ale
teraz mam książkę na wypadek ataku amnezji, albo nagłej niepewności,
gdzie był przecinek). Kumpel zaakceptował moje rozbieżne uczucia i
podarował mi w zamian Kossakowskiej „Grillbar Galaktyka”. Nie byłam
pewna, bo polskiej fantastyki to ja się ciągle trochę boję, jak to
nie Dukaj, ale zupełnie niepotrzebnie: fajne czytadło. Narratorem
jest szef kuchni w wielkiej restauracji dla rozmaitych ras
zamieszkujących Unię Galaktyczną, czyli wszechświat rodem z
„Gwiezdnych wojen”, tylko strzelania mniej. Przygód bohaterowi jednak
nie brakuje, od razu wpadamy w wir akcji, Kossakowska od początku do
końca utrzymuje niezłe tempo. Trochę tu satyry – inspektor z Unii
Galaktycznej chce narzucić restauracji normy unijne, a najlepiej
wszystkich karmić znormalizowaną zieloną odżywką. Jest zresztą
ożywionym minerałem i na jedzeniu kompletnie się nie zna. Jak widać,
obok humoru mamy tu sporą dawkę fantazji, oraz dość czytelne
nawiązania nie tylko do „Gwiezdnych wojen”, a wszystko nieźle
napisane. Lukiańskich pilotów zdecydowanie należało wymyślić.

„Dziennik zażaleń”

W ostatnich dniach najbardziej zaskoczyło mnie, że telefon Blackberry wysłany w Polsce zwykłą pocztą bez żadnego polecenia czy innego potwierdzenia nadania dotarł do adresata. Mniej by mnie zdziwiło, gdyby tego nie uczynił. Brak mi wiary w ludzi i Pocztę Polską, doprawdy. Poza tym znów zalegam na łożu boleści, tym razem lekarz twierdzi, że to alergia, i karmi mnie lekami antyalergicznymi, które najwyraźniej jeszcze nie zaczęły działać. Pamiętam, że już raz w życiu przechodziłam takie coś, kaszlałam potwornie przez półtora miesiąca, lekarze nawet twierdzili, że to astma alergiczna, po czym przeszło samo na ładne parę lat. Liczę więc na to, że teraz też w końcu przejdzie, ale chciałabym, żeby się pośpieszyło z tym przechodzeniem, bo przez parę ostatnich dni zużyłam trzy pudełka chusteczek po 150 sztuk.

Nie spodziewałam się, że „Dziennik zażaleń” Anatola Potemkowskiego będzie tak świetną lekturą. Autora znam ze starych Szpilek, gdzie pisywał rozmaite felietony, współpracował przez chwilę z Marią Czubaszek, która jest tu uroczo wspomniana: Potemkowskiego i Minkiewicza pytali, dlaczego swoje co lepsze teksty podpisują takim właśnie pseudonimem. Spodziewałam się więc, że książka będzie dotyczyć właśnie tego okresu i może jakieś stare felietony zawierać; tymczasem zupełnie nie, to są wspomnienia pełną gębą, a autor miał co wspominać. Urodził się w roku 1921 w Turcji, ale zaczyna nie od tego, tylko od roku 1944, kiedy był w obozie Mauthausen, tym samym co Grzesiuk. I wchodzi w temat tak płynnie i beztrosko, że ja nawet nie zdążyłam się zdenerwować „jak to, znowu literatura obozowa, ja nie chcę!”. Nie ma czego nie chcieć, brak tu scen drastycznych, jest to w nastroju bliższe Grzesiukowi właśnie, choć oddaje chyba nieźle ówczesną atmosferę. Już po wyjściu z obozu Potemkowski tuła się po Europie, i między innymi opisuje, jak z jakimś żołnierzem rosyjskim napadał w Austrii na niewinnych przechodniów, wskazując tamtemu, co warto zabrać z kosztowności. Szczęka mi opadła, bo choć czasy były takie właśnie i trudno go oceniać według dzisiejszych zasad, to ja bym się do tego nie przyznała, i myślę, że Państwo też nie. Potem wraca do Warszawy i ta sceneria we mnie teraz siedzi: dwudziestoczteroletni chłopak, po obozie, w zburzonej powojennej Warszawie. Od razu zaczepia się w redakcji, jednej, potem innej, zaczyna pisać, zaczyna nieźle zarabiać, odnajduje rodziców. A potem mamy powrót do idyllicznego dzieciństwa. Potemkowski pochodził z rodziny o korzeniach rosyjskich (po kądzieli miał Hryniewieckich), lekarsko-prawniczej, i tak sobie żyli w czasach międzywojennych, nieźle sytuowani, ojciec sędzia, dziadek wzięty lekarz. Podczas wojny Potemkowski przeniósł się z rodzicami do Warszawy, gdzie między innymi szklił okna w getcie, a w końcu trafił do obozu, i taką klamrą się zamyka.

To jest książka podyktowana, nie napisana. Autor nie dożył jej ukończenia – zmarł w 2008. Ale jest naprawdę warta przeczytania.

Z czego jestem dziś dumna

W związku z niezapowiedzianym strajkiem budzika otworzyłam dziś rano oczy i ujrzałam godzinę 8:34. Jestem jednak tak niesamowicie świetnie zorganizowana, że o 9:05 byłam w miejscu, w którym być miałam, oddalonym 4 km od domu. I nie, nie sama, bo domyślam się, że Państwo samodzielnie takie rzeczy to na pewno potrafią trzy razy dziennie z zamkniętymi oczami; ale ja byłam z dzieckiem. Muszę przyznać, że gdyby wczoraj wieczorem ktoś się ze mną chciał zakładać, to gotowa byłabym obstawić dużą kwotę za tym, że to niemożliwe. Jestem z siebie niesłychanie dumna (i zastanawiam się mgliście, po co w takim razie wstaję codziennie o siódmej…)

Habemus Papam, Czubaszek i Kopciuszek

Dobry film widziałam: „Habemus Papam” Morettiego. Wydawało mi się po opiniach, jakie mi przemknęły przed oczami, że to będzie komedia. Zupełnie nie. Kojarzę nazwisko reżysera po trudnym i znakomitym „Pokoju syna”, który parę lat temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. „Habemus Papam” ogląda się łatwiej, ale to też jest film dotykający niełatwych tematów, do ostatniej sceny zaskakujący i zmuszający do rozmyślań. Nowo wybrany papież uświadamia sobie, że to dla niego ciężar nie do zniesienia i ucieka z Watykanu przed oficjalnym pokazaniem się wiernym. Konklawe więc formalnie trwa, a do kardynałów dołącza specjalnie sprowadzony psychoanalityk – w tej roli sam reżyser. W sporej roli rzecznika Watykanu natomiast Jerzy Stuhr. Jest tu parę zabawnych momentów, zwłaszcza związanych właśnie z próbami psychoanalizy papieża, co wydaje się mocno ryzykowne, ale w moim odczuciu Morettiemu udało się nie przegiąć. Mam natomiast wątpliwości co do zamiaru reżysera. Na pewno było nim pokazanie, że papież też jest człowiekiem. Być może również, że nawet on może cierpieć na depresję. Czy również próba zastanowienia się, jaką rolę właściwie może odgrywać Kościół w życiu współczesnych wiernych? Tak można odczytywać ostatnią scenę filmu. Jako osobiście niezwiązana z Kościołem ani wiarą przejęłam się głównie ludzkim wymiarem tej opowieści. Ciekawa jestem opinii szanownych Czytelników, którzy film widzieli lub obejrzą.

Z innej beczki duet Czubaszek i Andrus nie aż tak śmieszny jak się spodziewałam, chociaż parę razy oczywiście parsknęłam śmiechem, natomiast niesłychanie wciągający. Urocza książka. Ja się wychowałam na „Szpilkach” z lat 70-tych, ponieważ całe ich roczniki posiadał mój ojciec, nie mam zresztą zielonego pojęcia dlaczego, ale była to jedna z moich ukochanych lektur, kiedy miałam lat naście. To jest od zawsze mój ulubiony rodzaj humoru, absurdalny i oderwany od rzeczywistości. Idąc za ciosem od razu wygrzebałam dziennik Anatola Potemkowskiego, którego również znam stamtąd. Jak przeczytam, to o nim napiszę.

A poza tym wprowadziłam syna w świat teatru przy pomocy „Kopciuszka” w wydaniu lalkowym, i bawiłam się znacznie lepiej, niż bym mogła przypuścić. W tej wersji stary król ogłasza swój bal na specjalnym kanale telewizji królewskiej, i zachęca oglądających do głosowania smsami na pannę, która zdobędzie rękę królewicza. Dziecię też było pod wrażeniem. To jeszcze parę lat cierpliwości, i będziemy chodzić na ambitniejsze sztuki.

Kret

Rafael Lewandowski dostał Paszport Polityki, co mi przypomniało, że widziałam w Polsce jego „Kreta„: bardzo dobry film, i wcale nie piszę tego z powodu przyznanej nagrody. Mogę być odrobinę nieobiektywna, bo bohaterowie jeżdżą z biznesem między Polską a Francją, i jak wysyłali do rodziny sms „jesteśmy pod Berlinem”, to zapytałam siostrę, czy czegoś jej to nie przypomina. Ja bowiem identyczny sms wysłałam do niej raptem dwa dni wcześniej. Ale pomijając takie zbiegi okoliczności to świetny film, poruszający ciekawe tematy z współczesnej historii Polski. Scena kulminacyjna trochę psychologicznie naciągana, i chyba w gruncie rzeczy niepotrzebnie tak rozegrana (piszę ogródkami, żeby nie zdradzać szczegółów akcji tym, co jeszcze nie oglądali), ale to nie ma specjalnego znaczenia. Ciekawie napisany i dobrze zagrany, nie ma tu jednoznacznych odpowiedzi na trudne pytania. Warto obejrzeć.

Lektury różne

To zupełnie nie wynika z poprzedniej notki, więc dla porządku napiszę, że ja „Kroki w nieznane” oczywiście kocham i czepiam się ich wyłącznie z miłości, bo chciałabym, żeby były idealne, a nie tylko znakomite. Wyciągnęłam wczoraj tom ubiegłoroczny celem potwierdzenia, że Watts, Scalzi i Kosmatka to nie są perełki. To są diamenty, w których każde słowo jest na właściwym miejscu. Jeśli chcą Państwo wiedzieć, co we współczesnej szeroko pojętej fantastyce piszczy, to jest to najwłaściwszy almanach, do posiadania i zaczytania na amen.

To teraz dla odmiany będzie o lekturach dla normalnych ludzi, chociaż pierwsza też niszowa, acz w zupełnie inny sposób. W Polsce wygrzebałam Joanny Onoszko „Sekretne życie motyli”, czyli powieść z kluczem o wspinaczce, która została niedawno wycofana ze sprzedaży. Właściwie określenie „powieść z kluczem” jest naciągane, bo autorka zmieniła tylko imiona. Była ze znajomymi na Grenlandii: miała to być wyprawa jej życia z ludźmi, którzy jej imponowali, i którzy kręcili film o swoich niesamowitych osiągnięciach. Okazało się, że to para pozorantów. Książkę wprawdzie wycofano ze sprzedaży, ale jednocześnie sprawa została zbadana, i bohaterom odebrano nagrodę – „Jedynkę”. Musi więc w niej być jednak więcej prawdy niż naciągania. Nawet jeśli nie zna się wspinaczkowej terminologii i środowiska (ja sama znam je tylko bardzo pobieżnie), to lektura jest całkiem przyjemna. Autorka jest dziennikarką, pisze potoczyście, i udało jej się zbudować dość wiarygodne portrety psychologiczne oraz zadać kilka pytań wykraczających poza tę konkretną sytuację. Czy rzeczywiście ludzie, których „nosi” i którzy żyją „ciekawie” są bardziej wartościowi, niż ci siedzący całe życie w jednym miejscu?

Niedźwieckiego jak wiadomo, też nieźle nosi, choć nieco mniej widowiskowo. Po jego wspomnieniach nie spodziewałam się zupełnie aż takiej dawki melancholii. Ale to przesympatyczna lektura, szczególnie mnie ujęło, jak jego ojciec do młodego Marka mawiał „nie siedź tyle przy tym radiu, na chleb z tego nie będziesz miał!” Ha. Natomiast „Podróże małe i duże” duetu Mann i Materna dokładnie takie, jak się spodziewałam, chociaż mocno mnie zaskoczyło, że Mann w Stanach próbował rozmaitych prac, w tym budowlanki. Tego bym się nigdy nie domyśliła. Najbardziej mnie bawiły podpisy pod zdjęciami, i w ogóle ich wybór.