„Dziennik zażaleń”

W ostatnich dniach najbardziej zaskoczyło mnie, że telefon Blackberry wysłany w Polsce zwykłą pocztą bez żadnego polecenia czy innego potwierdzenia nadania dotarł do adresata. Mniej by mnie zdziwiło, gdyby tego nie uczynił. Brak mi wiary w ludzi i Pocztę Polską, doprawdy. Poza tym znów zalegam na łożu boleści, tym razem lekarz twierdzi, że to alergia, i karmi mnie lekami antyalergicznymi, które najwyraźniej jeszcze nie zaczęły działać. Pamiętam, że już raz w życiu przechodziłam takie coś, kaszlałam potwornie przez półtora miesiąca, lekarze nawet twierdzili, że to astma alergiczna, po czym przeszło samo na ładne parę lat. Liczę więc na to, że teraz też w końcu przejdzie, ale chciałabym, żeby się pośpieszyło z tym przechodzeniem, bo przez parę ostatnich dni zużyłam trzy pudełka chusteczek po 150 sztuk.

Nie spodziewałam się, że „Dziennik zażaleń” Anatola Potemkowskiego będzie tak świetną lekturą. Autora znam ze starych Szpilek, gdzie pisywał rozmaite felietony, współpracował przez chwilę z Marią Czubaszek, która jest tu uroczo wspomniana: Potemkowskiego i Minkiewicza pytali, dlaczego swoje co lepsze teksty podpisują takim właśnie pseudonimem. Spodziewałam się więc, że książka będzie dotyczyć właśnie tego okresu i może jakieś stare felietony zawierać; tymczasem zupełnie nie, to są wspomnienia pełną gębą, a autor miał co wspominać. Urodził się w roku 1921 w Turcji, ale zaczyna nie od tego, tylko od roku 1944, kiedy był w obozie Mauthausen, tym samym co Grzesiuk. I wchodzi w temat tak płynnie i beztrosko, że ja nawet nie zdążyłam się zdenerwować „jak to, znowu literatura obozowa, ja nie chcę!”. Nie ma czego nie chcieć, brak tu scen drastycznych, jest to w nastroju bliższe Grzesiukowi właśnie, choć oddaje chyba nieźle ówczesną atmosferę. Już po wyjściu z obozu Potemkowski tuła się po Europie, i między innymi opisuje, jak z jakimś żołnierzem rosyjskim napadał w Austrii na niewinnych przechodniów, wskazując tamtemu, co warto zabrać z kosztowności. Szczęka mi opadła, bo choć czasy były takie właśnie i trudno go oceniać według dzisiejszych zasad, to ja bym się do tego nie przyznała, i myślę, że Państwo też nie. Potem wraca do Warszawy i ta sceneria we mnie teraz siedzi: dwudziestoczteroletni chłopak, po obozie, w zburzonej powojennej Warszawie. Od razu zaczepia się w redakcji, jednej, potem innej, zaczyna pisać, zaczyna nieźle zarabiać, odnajduje rodziców. A potem mamy powrót do idyllicznego dzieciństwa. Potemkowski pochodził z rodziny o korzeniach rosyjskich (po kądzieli miał Hryniewieckich), lekarsko-prawniczej, i tak sobie żyli w czasach międzywojennych, nieźle sytuowani, ojciec sędzia, dziadek wzięty lekarz. Podczas wojny Potemkowski przeniósł się z rodzicami do Warszawy, gdzie między innymi szklił okna w getcie, a w końcu trafił do obozu, i taką klamrą się zamyka.

To jest książka podyktowana, nie napisana. Autor nie dożył jej ukończenia – zmarł w 2008. Ale jest naprawdę warta przeczytania.

10 thoughts on “„Dziennik zażaleń”

  1. może coś się poprawia na poczcie? zwykłym listem dostałam ostatnio coś wartego 4stówy, szok, nie?

  2. odkąd się przeprowadziłam (co prawda tylko 600m w linii prostej, ale rejon innej poczty)
    skończyły się problemy z przesyłkami; jak coś, co nie jest poleconym, nie wchodzi do euroskrzynki, to pan listonosz przynosi do domu; i nic nie ginie.

  3. jako osoba zawodowo absolutnie symbiotyczna z Polską Pocztą z pełną odpowiedzialnością oświadczam – że nie ma się czego przyczepić.

    natomiast ostatnio – okołozawodowo zrobiliśmy eksperyment i paczki świąteczne do klientów (cała Polska praktycznie) wysłaliśmy pocztą. Doszły w dwa dni ! Każda za 18 zł. Kurier by kosztował 45 od sztuki:)

  4. Too, dla mnie szok.

    Bere, czyli od poczty zależy… w sumie jak wszędzie, są ludzie i taborety…

    Spt, hmm. Miałam parę podejrzanych przypadków, ale w sumie nie wiem czy winna polska poczta czy francuska. Francuska umie zgubić, to wiem. Acz umie też znaleźć.

    Miss, a wiesz że to może być to…

  5. Byl kiedys taki kultowy telefon, Nokia 6310i.
    I ten telefon, bez uprzedzenia, ktos mi wyslal zwyklym listem, nawet nie w folii babelkowej.
    Otwieram ja sobie skrzynke, a tam wypchana czyms, ciezka koperta. A w srodku w/w telefon. Caly i zdrow:)
    A bylo to w roku 2002.
    Nie jestes wiec pierwsza;)

  6. Znam jedną pocztę, gdzie giną listy, przesyłki stamtąd i tam idą wieki.
    Jeden pan wysyłał we wrześniu stamtąd telefon komórkowy. Poradził się pani w okienku, a ta beztrosko mu powiedziała, że najlepiej zwykłym listem, żeby nie zwracać uwagi. Telefon nie doszedł.

    Z kolei na mojej poczcie nic nie ginie, przesyłki ode mnie idą w ekspresowym tempie, a pan listonosz przyniósł do mnie błędnie zaadresowaną przesyłkę, bo było na niej moje imię i nazwisko i „tak mu się skojarzyło” :-))).

    Tak, dużo zależy od poczty.

  7. czytacz, znaczy nie jestem pierwsza zdziwiona?

    spt, no tak, to jeden z tych przypadków 😉

    melissa, jak z wszystkim…

  8. ale wiesz co ja wymyśliłam. że ta przesyłka mogła zostać skonfiskowana jako pirat. nie to ze tak po prostu zginąć. takie coś mi do głowy przyszło w pewnym momencie 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s