Ostrzeżenie

Nie czyńcie tego, co ja, pod żadnym pozorem, ostrzegam. A mianowicie wyjąwszy gorącą blachę z piekarnika nie stawiajcie jej sobie niefrasobliwie na zlewie kuchennym z myślą „przecież będę pamiętać, że jest gorąca!”, bo niechybnie dwie minuty później zapomnicie na amen i złapiecie ją pełną garścią, żeby przestawić. Nie przestawicie, tylko wrzaśniecie bardzo głośno i polecicie wsadzić dłoń pod zimną wodę. Niestety pół godziny później naprawdę będzie trzeba już wyjąć rękę z wody, co spowoduje, że oparzony kciuk będzie bolał przeokropnie. Nie całkiem to rozumiem, bo miałam się za dość odporną na ból, i kiedy dwa miesiące temu sparzyłam wewnętrzną stronę przedramienia, to poczułam to dopiero kiedy zeszła skóra i zrobiła się tam rana, a ślad jest do dziś. Widać opuszka kciuka jest mocniej unerwiona, w każdym razie bolało mnie przez trzy godziny tak, że nie odważyłam się wsiąść za kierownicę, a to zdarza mi się nader rzadko, jeśli jestem trzeźwa. A nawet jeszcze nigdy. Potem przeszło i teraz nie mam w tym miejscu czucia, ale w niczym mi to nie przeszkadza.

Żelazna Dama

Na „The Iron Lady” przez pierwsze co najmniej pięć minut siedziałam jak trusia gapiąc się w ekran w niedowierzaniu i powtarzając w myślach „przecież to nie jest Meryl  Streep, no przecież to nie ona, przecież wiem jak ona wygląda i to nie jest ona, nawet nie mówi jak ona!” Zaczynamy bowiem od oglądania byłej premier współcześnie, 80-letniej, i to jest właściwie główna oś filmu. Starość, choroba, przemijanie, i wątek męża rozegrany w sposób skradziony z „Pięknego umysłu”. Poruszające, ale ta stara kobieta mogłaby być kimkolwiek,  niekoniecznie Żelazną Damą. Przeszłość i polityka pojawiają się w szybkich, chwilami niemal teledyskowych, retrospekcjach. Jako Thatcher w średnim wieku występuje też tu Meryl, już bardziej do siebie podobna; a tę najmłodszą, dwudziestoletnią wersję gra Alexandra Roach. Meryl Streep jest absolutnie olśniewająca w obu wcieleniach, to jest mistrzowska klasa aktorska, i mimo że już od dawna jestem jej wielbicielką przekonaną o jej talencie, to jednak kolejny raz mnie zaskoczyła.

Sam film natomiast jest jednak średni. Z punktu widzenia scenariusza szkoda, że nacisk został położony na starości Thatcher (nie szkoda ze względu na aktorstwo, ale to już napisałam). Polityka robi wrażenie tylko nieuniknionego ozdobnika, psychologii wiele brakuje – choćby taki drobiazg, że młoda jeszcze nie Thatcher przyjmując oświadczyny zastrzega się żywo, że w żadnym razie nie będzie kurą domową, ona ma misję. Parę lat później widzimy jednak, że jej mąż nie umie sam sobie jajek ugotować.  Czyli co, jednak godziła obowiązki domowe z karierą? A mąż co, oczywiście akceptował ambicje, ale obiad musiał być na stole? Szkoda, że nie jest to dopowiedziane. Widzimy, znowu w króciutkich przebłyskach, że z pogodzeniem polityki i wychowania dzieci miała problemy. Natomiast ubawiłam się setnie, kiedy przemawiając do ministrów kazała im przepłynąć Kanał, zamieszkać we Francji i tam płacić podatki 85%, skoro im się Anglia nie podoba. Słowo „French” było tu wypowiedziane z absolutnie fantastyczną, niepodrabialną pogardą. Francuzów na sali śmieszyło to jakoś mniej, ciekawe czemu.

A tymczasem w Aquarium

W Aquarium paryskim dają teraz pokaz reklamowany jako „piraci – kaskaderzy”, co jest dość mocno na wyrost, bo piraci głównie tańczą (i jeden wykonuje salto w tył), ale generalnie widowisko sympatyczne, choć przeznaczone dla dzieci. Wpisuje się to zresztą w ogólny trend, o którym akurat w przedostatniej Polityce pisze dość ciekawie Aneta Kyzioł – że jest cała oferta kulturalna z myślą o najmłodszych, ale z podtekstami, żeby i rodzice się nie nudzili. Ale ja nie o tym chciałam. Gdy jako ozdoba na scenie pojawiła się hoża blondyna, pomyślało mi się samo „o – jaka polska uroda!”, po czym skarciłam się osobiście w myślach, bo niby co, każda wysoka blondynka musi zaraz być z Polski? Kiedy dziewczyna otworzyła usta, zastanawiałam się długą chwilę, co to za akcent – niemal niesłyszalny zresztą, ale jednak dający do myślenia. Rzekłam jednak do siebie surowo „obsesję masz, w każdym Polaka widzisz!”. Na zakończenie dziewczyna została przedstawiona jako Marta ***ska, i wtedy musiałam sama siebie przeprosić. Świat jest mały, a Polacy wszędobylscy.

Albo nie piszę wcale, albo strasznie długo

W sobotę siedząc w domu usłyszałam dziwny i niepokojący hałas. Poszłam się rozglądać po domu, i już mi się zdawało, że jednak nie mnie dotyczył, kiedy odkryłam, że niestety tak. Szyba w oknie dziecinnego była rozbita. Na szczęście tylko zewnętrzna. Sądząc po śladzie, piłką, czego spodziewałam się właściwie od kiedy tu mieszkam, bo dzieciaki namiętnie pod oknami grywają w piłkę. Oczywiście teraz żywej duszy tam nie było. Nie byłam pewna, czy ubezpieczenie obejmuje takie zdarzenia, a kontrakt niewątpliwie gdzieś mam, skrzętnie schowany. Gdzieś. Wrzuciłam w google hasło „szklarz”, żeby zobaczyć, z jaką kwotą przyjdzie mi się w najgorszym razie rozstać. Miła panienka w telefonie rzekła 500, i że za godzinę ktoś przyjdzie na rekonesans. Przyszedł, pocmokał, stwierdził, że to podwójna szyba, a nawet potrójna (!), bezpieczna, cuda wianki i holajza, przystąpił do pisania wyceny, która kończyła się kwotą 1096. Pobladłam, ale przyjęłam do wiadomości, że takie są ceny, w końcu nie miałam podstaw, żeby sądzić coś innego. Facet rzucił się do przekonywania mnie, że ubezpieczenie na pewno mi zwróci, oni mają doświadczenie, pracują ze wszystkimi ubezpieczalniami, mają podpisane z nimi umowy, zawsze zwracają, mam się niczym nie przejmować, on wszystko załatwi, nie zapłacę nawet franszyzy, mam nic nigdzie nie wysyłać, on załatwi, on wyśle, umówiliśmy się na poniedziałek.

W poniedziałek wysłałam zgłoszenie szkody do ubezpieczenia.  Nie minęła godzina, dzwoni pani.
– Skąd pani tę kwotę wytrzasnęła?!
– Z wyceny szklarza- rzekłam zgodnie z prawdą.
– Ależ to o wiele za dużo, my musimy mieć dokładną wycenę i wyślemy eksperta!
– Ale oni mi mają dziś naprawić… – zgłupiałam.
– To niech pani odwoła, i wyśle wycenę!
Co czynić, przefaksowałam wycenę i dzwonię odwołać naprawę. Facet na mnie naskoczył, że ale jak to, oni już wycięli szybę (!) i mieli dziś wstawiać. Rzekłam spokojnie,  że tylko to odkładamy na chwilę, aż ubezpieczenie przemyśli. I tu facet zaczął mi opowiadać, że może przecież zejść z ceny, że to nie problem. Aha. Zadzwoniłam kontrolnie do innego szklarza. 800, ale z oczekiwaniem 3 tygodnie. Zadzwoniłam do trzeciego. 600 i zabierają mi całe okno na 24 godziny. Całe okno. Nie miałam cierpliwości na czwartego, zadzwoniłam do ubezpieczenia,  które obejrzało wycenę, i orzekło, że zwrócą 600. Zadzwoniłam do pierwszego szklarza, i zostawiłam wiadomość z tą kwotą; za chwilę oddzwonił, że się zgadza.

Przyszedł chłopek roztropek z szybą pod pachą. Zamontował. Z kwadrans mu to zajęło. Siadł do pisania faktury.
– To było w końcu ustalone 800, tak? – spodziewałam się tego jak kaca po nadużyciu.
– SZEŚĆSET – powiedziałam wielkimi literami.
Napisał, podpisałam, dałam czek. Spodziewałam się jeszcze czegoś, i nadeszło.
– Bo ja muszę zabrać tę szybę, względy bezpieczeństwa…
– Nie musi pan, ΜĄŻ się tym zajmie, ma akurat w pracy specjalny pojemnik na tego typu odpadki – nawet nie mrugnęłam okiem.
– No nie wiem, ja muszę, to obowiązek, ja muszę, mnie nie pozwolą, ukarzą, to ja zadzwonię do szefa!
– Proszę uprzejmie.
Z kamienną twarzą wysłuchałam rozmowy, która miała nader przewidywalny przebieg.
– Ale ja muszę!
– To proszę, niech pan zabiera.
– 50 euro dla déchetterie! – ucieszył się chłopek roztropek.
– Już piszę czek – złapałam za długopis.
– Nie nie, déchetterie nie bierze czeków, musi być gotówką!
– Nie mam 50 gotówką – wyjątkowo powiedziałam prawdę.
– To niech pani wyjmie z bankomatu!
– Nie mam karty, MĄŻ ma, będzie wieczorem, niech pan przyjedzie wieczorem.
– Ale ja muszę teraz zabrać, nie mogę w żadnym wypadku zostawić tutaj, bezpieczeństwo, muszę, obowiązek, szef będzie na mnie krzyczał – w to ostatnie akurat nie wątpiłam.
– To proszę zabierać – zgodziłam się ze szczerym polskim uśmiechem.
– Ale 50, ja muszę, bezpieczeństwo, obowiązek, szef, naprawdę pani nie ma gotówki, ale jak to, szef mnie skrzyczy…
– Spokojnie, nikt się nie dowie, gwarantuję to panu, ja przecież nikomu nie powiem – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i odprowadziłam kupkę nieszczęścia  do drzwi.
Mam niesmak.

Kolejność uczuć

Oczywiście przeczytałam Kuttnera, a teraz czytam Pratchetta o wiedźmach, i jak się dobrze rozpędzę, to przeczytam całego posiadanego Pratchetta. Zapomniałam, że „Wyprawa czarownic” jest tak nieodparcie zabawna, do śmiania się w głos. Chyba, że zrobi się porządna wiosna, to mi może przejdzie potrzeba czytania rzeczy rozrywkowych; na razie jest szare mgliste rozmazane deszczowe przedwiośnie. Obejrzałam też znaną mi już staroć, bo akurat na Polonii dawali, mianowicie „Kolejność uczuć” Piwowarskiego, z Olbrychskim oraz debiutem Marii Seweryn, i to jest naprawdę zupełnie niezły film, a jakoś mi się wydaje niedoceniany. Trochę fabularnie naciągany miejscami, ale Seweryn poradziła sobie rewelacyjnie, jest cudownie naturalna. Olbrychski partneruje jej świetnie, a Priwieziencew w roli ojca ze swoją deską do prasowania jest fantastyczną postacią komiczną, trochę mi tchnie Hrabalem. Jest tam kilka niezapomnianych scen. Nic bym nie miała przeciwko temu, żeby tak wyglądały obecnie kręcone komedie romantyczne.

Parkomat

Wysiadłam z samochodu i skierowałam się w stronę parkomatu. Stało tam dwoje ludzi nie pierwszej młodości.
– Pani wie, jak to działa, cette saloperie? – zwrócił się do mnie pan mówiący po francusku z silnym akcentem.
„Uważaj, to na pewno jakiś złoczyńca – jak to, samochodem jeździ i niby nie wie jak parkomat działa?! To niechybnie podstęp! Uważaj!” zaczęła w mojej głowie wydzierać się część nieufna.
– Musi mieć pan kartę Mon€o, bo on nie bierze monet – pokazałam znaczek elektronicznej portmonetki na parkomacie.
– Mone..? – powtórzył niepewnie pan.
„Zmyśla, udaje, jak może nie wiedzieć co go jest Moneo, przecież po francusku mówi!” darła się dalej część nieufna.”Tylko czyha, żebyś wyjęła swój portfel, a on ci go wyrwie i w nogi!”
– Niech pan pokaże – bezceremonialnie wyjęłam kartę z ręki pana i włożyłam w odpowiednią szczelinę.
Carte invalide – beznamiętnie wyświetliła maszyna.
– No właśnie, nie ma pan Moneo – stwierdziłam rzeczowo. Pan gapił się na mnie bezradnie.
„Udaje, na pewno udaje, wszyscy oszuści zawsze udają bezradnych, miłych i uczciwych!” nie dawała za wygraną moja część nieufna. Zaczęła się z nią kłócić część uważająca, że ludziom należy jednak pomagać, i od harmideru w mojej głowie kompletnie nie mogłam zebrać myśli.
– Jak pan ma gotówkę, to ja panu zaraz kupię ten bilet – przemogłam się w końcu, kiedy część uprzejma zatkała chwilowo część nieufną przypomnieniem, ile razy ja sama nie płaciłam za parkowanie w Paryżu, bo można było tylko specjalną kartą, której w promieniu kilometra się nie dało uświadczyć. Wyciągnęłam własną kartę i zapytałam, na ile czasu ma być opłata. „Tak, tak, tylko włóż tę kartę, a on ją wyciągnie i w nogi” naigrywała się dalej część nieufna. „Albo z biletem ucieknie nie płacąc!” dobiła mnie triumfalnie, ale tu już uznałam, że zdrowo przegięła. Wyciągnęłam bilet i wręczyłam panu, on dał mi bilon, podziękowali mi wylewnie i poszli, ja zaś spokojnie kupiłam swój bilet. „A sprawdź teraz, czy aby nadal masz swój portfel i telefon” część nieufna nie zamierzała się poddać bez walki. Westchnęłam i sprawdziłam, wszystko było na miejscu. Ale doprawdy nie spodziewałam się istnienia w moim umyśle aż takiej podświadomej nieufności. Na czym ona tak wyrosła?

I ja też

W październiku roku 1996 wieczorem moja Mama wpadła do mojego pokoju z impetem,  jaki rzadko jej się zdarzał.
– Wiesz, kto dostał Nobla!? – wydyszała.
Nie miałam pojęcia, akurat dogłębnie zajęta jakąś własną dłubaniną, ale z jej reakcji jasno wynikało, że ktoś znany. Dobrze znany. Mnie dobrze znany.
– Lem – odparłam rzeczowo.
– Szymborska!- rzekła Mama nieco rozczarowana moją monotematycznością. Nigdy nie podzielała mojego uwielbienia dla tego wielkiego pisarza. „Jak już musiał to być polski poeta, to mógł jednak Herbert” pomyślałam, gdyż moje fascynacje były jasno sprecyzowane, i musiało minąć jeszcze parę lat, żebym wyrosła z młodzieńczej pewności, kto jest lepszy i komu bardziej się należą zaszczyty.
Życie trwa kilka znaków pazurkiem na piasku.

Popov

Dostałam do przeczytania powieść „Popov” Sulitzera, bo jest tam trochę o Polakach. Jest to poza tym thriller bankowy, gatunek wymyślony przez autora, we Francji dość popularnego. Osobiście od wszelkich thrillerów trzymam się z daleka, ale czasem robię wyjątki. Tym razem odkryłam, że kiedy się znęcałam nad Larssonem, bo zamieszczał listy zakupów z Ikei na 15 stron, to Państwo nie byli łaskawi mi powiedzieć, że jest to cecha immanentna thrillerów. Nie wstyd Państwu? Dokonałam odkrycia, bo Sulitzer ma to samo, i szczerze mówiąc na jego tle Larsson ma niezwykle wartką akcję. W „Popovie” do 130 strony nie dzieje się nic. Jeden facet ginie, ale to już na drugiej stronie, i drugi zastępuje go na wysokim stanowisku w banku szwajcarskim. Poza tym robi zakupy, wybiera jaką koszulę i jaki garnitur ma włożyć, wszystkie nazwy są wyszczególnione, jeździ Porsche, jeździ Rollsem, trasy przejazdów są podane, je – dużo je i smacznie, co wiadomo, gdyż całe menu jest podane za każdym razem, wina pije, idem, uprawia miłość ze swoją kobietą, przeprowadza się z jednej ulicy na drugą, nazwy są podane. I tak przez 130 stron. A także spotyka różnych ludzi, w tym tytułowego Popova, Rosjanina, zausznika Breżniewa, bo jesteśmy w latach 1978-1982.

Polacy się pojawiają w charakterze pożyczkobiorców, więc bohater leci do Warszawy, której centrum opisane jest z tą samą drobiazgowością (i nie ma literówek w nazwach ulic, to zrobiło na mnie wrażenie). Pojawia się przy okazji spostrzeżenie, że dobry warszawiak świętuje nadejście wiosny, jak tylko temperatura wzrasta powyżej -30 stopni. Polacy pożyczki nie oddadzą i śmieją się bankowi w nos, bohater się denerwuje wewnętrznie i próbuje coś z tym zrobić, ale Rosjanie go skutecznie powstrzymują. Nie było happy endu, co dość mi się podobało. A naprawdę olbrzymie wrażenie zrobiło na mnie, że Sulitzer przewidział nasz obecny kryzys bankowy i jego mechanizm. To jest książka z 1984, a jednak! Oczywiście nie przewidział, że kraje Europy Wschodniej będą w tym czasie już w Unii, i nie trzeba się będzie o nie specjalnie martwić i dokarmiać. Potem natomiast na amen zastrzeliło mnie odkrycie, że na stronach końcowych jest… przegląd zdjęć… autora… z rodziną. W samych kąpielówkach również – autor, nie rodzina. Wydawnictwo pisze, że czytelnicy po skończeniu lektury odczuwają niedosyt i pewnie chcieliby się dowiedzieć, kim jest autor, więc otóż mają taką możliwość. Owszem, szczypałam się, żeby się obudzić, ale bezskutecznie. Przypomina mi to Tuwima, który kiedyś się nabijał z rzekomej reklamy książki „Atlas anatomiczny ręki prawej, z kolorowym rozkładanym portretem autora”. A z drugiej strony nie ma się co nabijać, w końcu w 1984 googla jeszcze nie było.

Okulista to strasznie dziwne słowo

Z rozmaitych przyczyn zęby zjadłam, czy też raczej rzęsy starłam, na okulistach. Niedawna więc wizyta z kolejnym, bardzo malowniczym i dość agresywnym zapaleniem spojówek nie zrobiła na mnie większego wrażenia, do czasu. Znam ich chwyty na pamięć, ale to wcale nie oznacza, że do nich przywykłam. Kiedy więc siedząc z głową w trzymadle (muszę się kiedyś dowiedzieć, jaką to ma fachową nazwę) na skraju pola widzenia ujrzałam, że okulista niedbałym ruchem sięga po pęsetę, mój organizm zareagował w ułamku sekundy, wykonując odskok. W jego trakcie już świadomie wydusiłam z siebie
– Przepraszam…
– No co pani? – rzekł z wyrzutem okulista. – Ja chcę tylko wywinąć powiekę, żeby ją obejrzeć od spodu… – wyjaśnił zupełnie niepotrzebnie.
– Wiem – rzekłam, nie dodając, że nie tylko dokładnie wiem, ale również wyjątkowo tego nie lubię, i jednocześnie prowadząc usilne negocjacje wewnętrzne z własnym organizmem, żeby wrócił na właściwą pozycję. Organizm nie chciał. Oczywiście w końcu musiał ulec, ale zastanawiam się, co będzie, jak kiedyś nie ulegnie. W końcu to mój organizm, i po kimś ten upór ma.

Poza tym na świecie jest ślicznie. Akurat tyle śniegu, żeby estetycznie pobielić, i akurat tyle mrozu, żeby czuć, że jest luty, a nie jakiś październikomarzec.

Śnieg

W sobotę pierwszy raz w życiu bez żadnej specjalnej okazji ani powodu prawie cały dzień stałam przy garach. Co prawda lubię sobie czasem coś ugotować, ale żeby aż tyle różnych rzeczy, to pierwszy raz. Zdumiona sama sobą (i najedzona po kokardkę) w końcu poszłam spać, a nazajutrz rano okazało się, że organizm wyraźnie miał przeczucie: w nocy spadł śnieg. No, centymetr śniegu, ale zawsze. Ucieszyłam się z ładnego widoku szczerze, bo była niedziela i nie musiałam wyjeżdżać na drogi. Niestety dziś już musiałam, i wprawdzie asfalt był idealnie czarny i suchy, ale wszyscy jechali tak, jakby na drodze w każdej chwili mogła wyrosnąć przed nimi zaspa albo góra lodowa. Wczoraj natomiast udałam się na spacer po zamarzniętej fontannie, skąd przegonił mnie dozorca terenu. Nawet gdyby lód był wodą, to byłoby jej może z dziesięć cm, więc kompletnie nie rozumiałam o co mu chodzi, ale rozbroił mnie argumentem
– Tak, a jak się coś komuś stanie, to pretensja do nas!
Muszę przyznać, że w ten sposób na sprawę nie popatrzyłam.