Długość ma znaczenie

W liceum matematyki uczyłam się z wielką chęcią, ale po swojemu, to
znaczy niekoniecznie śledząc to, co było na lekcjach. Przeważnie tak,
ale nie zawsze. Czasem wybiegałam w przód w podręczniku ot tak z
ciekawości, czasem korzystałam z innych źródeł. Po czym nadchodziła
klasówka, i zadania na niej wprawdzie rozwiązywałam skutecznie, ale
metodą nie tą, co na lekcji. Niezapomniana pani G. stawiała mi za karę
czwórkę, po czym całą lekcję poświęcała na omówienie mojej metody, ku
cichej rozpaczy mych kolegów i koleżanek. Skłonność do
przekombinowywania i wymyślania prochu od nowa została mi niestety do dziś, i
przeważnie daje skutki takie, jak czysta głupota, a czasem i gorsze.

Cały zeszły sezon jeździłam na rowerze mym z odczuciem, że siodełku
brakuje centymetra albo dwóch do pełnego komfortu. Podniosłam je jednak
maksymalnie – niżej była już tylko „krateczka”, którą uznałam za widomy
znak, że bardziej podnieść nie można. Na każdej chyba rurze od siodełka
taki znak jest. Nie było mi aż tak niewygodnie,  żeby się tym
przejmować.  W tym sezonie pasażer mi przybrał na wadze, przesunęłam mu
podpórki na nogi, środek ciężkości mi się zmienił, dodatkowo po nartach
odzywało się jedno kolano, i poczułam wyraźnie, że naprawdę mam za
nisko. Pojechałam obejrzeć rury w sklepie rowerowym, żeby znaleźć
dłuższą. Oprócz rur były tam rowery. Rzuciwszy na nie okiem odkryłam, że
niektóre mają na rurze siodełkowej taką samą krateczkę jak u mnie,
wyraźnie widoczną. Tknęło mnie, poszłam szukać lokalnego speca i odbyłam
z nim dość idiotyczną konwersację – on chyba do końca nie zrozumiał, o
co mi chodzi, ja natomiast utwierdziłam się w przekonaniu,  że ta
krateczka bynajmniej nie pełni roli, jaką jej przypisałam, tylko ma
zwiększać tarcie. Pod sklepem wyciągnęłam więc własną rurę. Dużo poniżej
krateczki były dopiero kreseczki i rozmaite tajemne oznaczenia mówiące,
że dalej już nie wolno. Moje dwa centymetry są natomiast dostępne bez
żadnego problemu, a nawet i z siedem. Jeździłam z nimi cały zeszły
sezon, i jakbym nie kombinowała, tylko zwyczajnie popatrzyła, to
miałabym od razu znacznie wygodniej. Obiecałabym sobie, że nie będę już
kombinować, ale to się nie da, niestety.

Biblioteki

Byłam w sobotę w bibliotece, pożyczyłam sobie „Journal d’Hirondelle” Amelie Nothomb i natychmiast go przeczytałam, ale ja kompletnie nie umiem pisać o Nothomb – do tej pory napisałam tylko trzy zdania o „Ni d’Adam ni d’Eve”, która jest nietypowa jak na Nothomb. Jak kto ją czytał, to rozumie problem. W zamian będzie w takim razie o bibliotekach mego życia, ponieważ arbitralnie uznałam, że osiągnęłam już odpowiedni wiek, żeby zacząć spisywać wspomnienia.

Pierwsza była oczywiście biblioteka domowa. Rodzice obudowali półkami od podłogi do sufitu cały duży pokój i umieścili tam swój księgozbiór. Wyrosłam w tym, uważałam, że wszyscy tak w domach mają, więc nieodmiennie mnie dziwiło, kiedy potem przychodziły jakieś koleżanki i pytały ze zdumionym podziwem „ale macie dużo książek! Ktoś to wszystko przeczytał?”. Bardzo dziwiło, i w zasadzie nadal czasem dziwi, mnie też u innych, że nie mają książek, albo MAŁO. Odkąd pamiętam, intensywnie korzystałam z licznych encyklopedii i słowników, kiedy tylko miałam jakieś wątpliwości lub czegoś nie wiedziałam. Nie pamiętam natomiast, czy rodzice podsuwali mi jakieś lektury, czy ja je sobie wybierałam sama – na pewno w jakiś sposób odkryłam Tolkiena „Hobbita” mając 9 lat, zachwyciwszy się lekturą zabrałam się oczywiście za ciąg dalszy i nań poległam. Do „Władcy pierścieni” wróciłam w ten sposób dopiero po trzech latach, ale wtedy to już było w sam raz. Pamiętam, gdzie stał na półce i jak obok w lecie padało światło słoneczne na podłogę. Mając też około 12 lat złapałam się za Lema, którego namiętnie kolekcjonował ojciec; samych „Dzienników gwiazdowych” było ze sześć różnych wydań (słusznie, bo mają różną zawartość). Najcieplej jednak wspominam dzieła zebrane wydane przez WL: twarde oprawy i papierowe obwoluty we wszystkich kolorach tęczy („Kongres futurologiczny” był żółty). Nie wiedzieć dlaczego na początku zażądałam od ojca, aby mi powiedział, którą książkę Lem napisał najpierw, i w ten sposób zabrałam się do lektury „Astronautów” (szczęśliwie ojcu nie przyszło do głowy, aby odpowiedzieć „Szpital przemienienia”). Potem już było normalniej, sięgnęłam bowiem po „Cyberiadę” i przepadłam do dziś. Domowa biblioteka została poważnie okrojona po śmierci ojca (wyprowadził się co prawda wcześniej, ale Mama trzymała do końca wszystkie jego książki – chyba na wypadek, gdyby się o nie upominał). Antykwariusz, który przyszedł wtedy do nas do domu, dostał wypieków z emocji, nawet mimo tego, że co lepsze rzeczy zatrzymałyśmy oczywiście dla siebie. I tak z pewnością obłowił się u nas nieźle. Nie były to jeszcze czasy allegro.

Druga była biblioteka w podstawówce. Mama poszła mnie do niej zapisać pierwszego dnia szkoły, pierwszoklasistów oczywiście jeszcze tam nie zapisywano, bo teoretycznie czytać nie umieli, a ja dodatkowo byłam młodsza niż ustawa przewidywała, ale bibliotekarka zrobiła dla mnie wyjątek. Jeżeli sobie tego nie zmyśliłam, to najpierw sprawdziła, czy faktycznie czytać potrafię. Musiałam być przekonująca. Spędziłam potem w tej bibliotece jakieś całe lata życia, zaprzyjaźniłam się z bibliotekarkami, wyrabiałam normę czytelnictwa za całą klasę, księgozbiór znałam na pamięć. Potrafiłam pożyczyć jednego dnia 11 książek, z czego po lekcjach oddać dwie. Przeczytane. Do dziś pamiętam rozkład tej biblioteki: na prawej ścianie od wejścia po lewej na górze Brandys i jego „Śladami Stasia i Nel” oraz „Z panem Biegankiem w Abisynii”, trochę dalej Nienacki i Niziurski, a tuż obok drzwi po prawej stronie zbiory baśni, które uwielbiałam od maleńkości (zbiór Stillera baśni malajskich, na przykład). Większość książek pookładana starannie w gruby szary papier (potem sama tam niejedną obłożyłam w ramach pomocy paniom bibliotekarkom), i ten niezrównany zapach używanych książek, kurzu i literek. Nieustanny przytulny półmrok (w drugiej sali na pewno nie było okna, w pierwszej chyba było, ale jakoś nie dawało dużo światła). Kiedy wracam do tego myślą, odczuwam jednocześnie przeraźliwą tęsknotę i błogi spokój. To był mój raj utracony, tam chcę po śmierci wrócić, jeśli tylko zasłużę.

Trzecia była biblioteka osiedlowa, do której też zostałam zapisana w pierwszej klasie, a może w drugiej. Mam do niej jakoś mniejszy sentyment, choć korzystałam z niej całkiem sporo. Mieściła się na górze w lokalnym pawilonie handlowym, była chłodna, przestronna i jasna, i pamiętam z niej głównie książki, które pożyczałam będąc już całkiem dorosła. Chociaż to tam chyba odkryłam Musierowicz i Siesicką, a było to relatywnie późno. I Edith Nesbit wcześniej. To ona nadal czasem do mnie wraca w snach, w których nieodmiennie odkrywam na półkach jakieś fascynujące cudowności. (cdn.)

Dom

W drodze powrotnej z wakacyjnego wyjazdu przejechałam przez kawałek Szwajcarii, ze szczególnym uwzględnieniem miejsca zamieszkania moich przyjaciół. Kiedy ich ostatnio widziałam, właśnie przeprowadzali się z jednego wynajętego mieszkania do drugiego i posiadali dziecko roczne. Teraz mają dom i dzieci trójkę, z których żadne już od dawna nie jest roczne. Kiedy mi pisali o domu, przyjęłam ten fakt z należytym spokojem, kilka bowiem pięknie urządzonych domów już w swoim życiu widziałam. Ale jeszcze żaden nie był TAKI, i w ogóle nie wiem, jak go opisać. Z całkowitą powagą zapytałam w pewnej chwili, czy był już pokazywany w telewizji (na co oni mi radośnie odparli, że nie wiedzą, bo nie mają telewizora – tacy to są właśnie ludzie). Pytanie wzięło się poniekąd stąd, że parę dni wcześniej oglądałam jakiś program, w którym ważna pani architekt pokazywała luksusowy penthouse w 16 (czyli jednej z najdroższych i najelegantszych) dzielnicy Paryża, z widokiem z łazienki na Wieżę Eiffla. Powiem szczerze: gdyby mi oferowano do wyboru ten penthouse lub dom moich przyjaciół, bez najmniejszego wahania wybrałabym ten drugi.

Trzy piętra plus piwnica zagospodarowana tak, że właściwie mogłabym w niej samej zamieszkać, i brak okien przeszkadzałby mi tylko odrobinę. Na każdym piętrze dyskretny kolorowo oświetlony wlot zsypu na rzeczy do prania, które następnie lądują w pralni w piwnicy (oczywiście, że przetestowałam). Niezwykle proste wykończenie, głównie szkło i beton, a w roli ozdób właściwie tylko oświetlenie. Poręcz schodów służąca jednocześnie za źródło światła i reagująca na dotyk. Podest tarasu w dzień wyglądający jak zrobiony z najzwyklejszych szarych desek, wieczorem natomiast rozjarzający się milionem maleńkich światełek, które stanowią jednocześnie termometr lub zegar binarny. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek aż tak na każdym niemal kroku autentycznie rozdziawiała paszczę z olśnionego podziwu. A dodatkowo 5 minut spacerem do Jeziora Genewskiego, na brzegu którego nieletnie dzieci fachowo migiem rozpaliły ognisko i upiekły jabłka. Oddałabym wszystko, żeby mieć takie dzieciństwo, jak one.

Wakacje

Niezwykle się cieszę, że nie jestem królową angielską, bo ona z pewnością nie miewa tak fantastycznych wakacji, jakie miałam ja. Tydzień słońca idealnego, bezchmurnego nieba, śnieżku o poranku wygładzonego i zmrożonego, aż narty nie chciały na nim w ogóle hamować, więc nie hamowałam, tylko leciałam na łeb na szyję głośno piszcząc z radości, czego zdecydowanie nie wypadałoby mi robić, gdybym była królową angielską. Od tego lecenia na łeb na szyję raz nawet zderzyłam się ze snowboardzistą, i na pamiątkę mam takiego siniaka, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam. To znaczy owszem, miałam większego na kolanie, kiedy w lecie 2005 zleciałam z roweru, ale wtedy to kolano spuchło, więc nie wiem czy to się liczy. Z utęsknieniem czekam, aż moja nowa ozdoba będzie zmieniać kolor, bo na razie jest czerwono-purpurowa, nuda. Snowboardzista natomiast był Anglikiem.

Ślicznie było. Nie licząc miejscowości Avoriaz, która dla odmiany jest przepaskudna. Potworna ilość naćkanych jeden na drugim hoteli, każdy wyglądający mniej więcej jak ul, i każdy brzydszy od drugiego. Co prawda mieszkać tam byłoby bardzo wygodnie, bo  wychodzi się z hotelu, wkłada narty i zjeżdża 50 metrów do wyciągu, ale nie zniosłabym tego otoczenia przez tydzień. Już dwie wizyty tamże to było za dużo dla mego poczucia estetyki. Okazało się poza tym, że po szwajcarskiej stronie mają mnóstwo orczyków, co mnie trochę rozczarowało, bo myślałam, że kto jak kto, ale Szwajcarzy to będą mieli jakieś wypasione wyciągi. Z podgrzewanymi siedzeniami co najmniej, chociaż w sumie nie wiem czemu tak myślałam. Jeździłam na orczyku nawet o godzinie 21, podczas „ski nocturne„, przy światłach i muzyce, a powietrze było łagodne i pachnące jak w Polsce w majowy wieczór.

A jak akurat nie jeździłam na nartach, to na przykład zwiedzałam sobie gospodarstwo rolne, gdzie mają krowy, w lecie wypasane na łąkach alpejskich, i te krowy mają cielaczki (widziałam jednodniowego cielaczka, strasznie był malutki), dają mleko, a z mleka robi się ser, który następnie trzyma się przez trzy miesiące w piwnicy w 12 stopniach, a potem serwuje turystom na podwieczorek. Oraz wędliny, konfiturę morelowo-pomarańczową, ciasto domowej roboty, kawę, wino, mleko i czekoladę. Ale ten ser! Może Państwo raczą pamiętać, że ja wcale nie jestem wielbicielką serów, ale ten ser to było coś. Dość rzec, że mając do wyboru wszystko wyżej wymienione, jadłam ser. I trochę sera na deser.

Ot co

Niechybnie pod wpływem tej poprzedniej notki śniło mi się, że poznałam niezwykle miłego i przystojnego mężczyznę, Meksykanina, który zabrał mnie do swego pięknego domu, aby tam pokazywać mi swoje książki po hiszpańsku, które następnie razem radośnie czytaliśmy. Normalnym ludziom kiedy się śnią miłe osoby płci przeciwnej w takich okolicznościach przyrody, to nie w celu wspólnego czytania książek, wiem. Trudno. W takim razie opuszczam Państwa celem wypoczęcia wakacyjnego. Zamierzam odwiedzić między innymi Lozannę, gdzie ostatni raz byłam jedenaście lat temu. Jedenaście. Znaczy w czasach przedblogowych (to były w ogóle takie?). I w ogóle nie rozumiem jak to się stało,że mówię „jedenaście lat temu” nie mając na myśli czasów mojej podstawówki. Proszę za mną tęsknić i pisać mi wesołe historie w komentarzach.

Biblioteki. Biblioteki są miłe.

Oodkryłam ostatnio bibliotekę. Trochę głupio to wygląda pod palcami osoby, która w bibliotekach spędziła zdecydowaną większość życia, i nie jest to jeno figura retoryczna: do pierwszej byłam zapisana w wieku lat sześciu, a potem tylko przybywały mi kolejne. Kiedyś napiszę o tym notkę albo liczne notki. Gdybym zasłużyła jednak po życiu doczesnym na raj, to będzie nim biblioteka, choć raczej nie ta Borgesowa. Po przyjeździe do Francji zapisanie się do takiego przybytku było na liście moich priorytetów, ale najpierw nie byłam jeszcze biegła w justificatifs de domicile. Potem zaś dopadła mnie obsesja, że jeśli nie będę czytać po polsku, to niechybnie się wynarodowię, całkowicie stracę umiejętność posługiwania się pięknym językiem ojczystym, i nieszczęście gotowe. Kupowałam więc uparcie książki po polsku, a od bibliotek się odżegnywałam jako od ziejącego grozą miejsca nagłego sfrancuszczenia. Lecz ostatnio lokalna gazetka poinformowała mnie, że w pobliskiej bibliotece jest godzina czytania bajek dzieciom, w wieku odpowiednim, i w soboty, co jest ewenementem, bo inne biblioteki proponowały rozrywkę wyłącznie w środy (szkoły francuske w środy są nieczynne), lub dzieciom w wieku nieodpowiednim. Poszliśmy. I od wejścia spadła na mnie miłość, jak szmata spada na dno kubła (Halama). Okazało się, że tam nie tylko książki (książki! książkiii!! dużo książek!!), ale i cd z muzyką francuską, i dvd z filmami, i komiksy, i bogaty wybór książek dla dzieci w każdym wieku, i obiecane czytanie bajek… Natychmiast postanowiłam tam zamieszkać i już nigdy nie wychodzić. Ostatkiem sił sprawdziłam jeszcze, czy mają Lema, tak kontrolnie, żeby ewentualnie się na nich mieć za co obrazić, ale nie wyszło. „Solaris” stała na półce. Przeprowadzka w toku.

Salon d’Agriculture

Pisałam o tym rok temu, ale przypomnę, że paryski Salon d’Agriculture (Targi Rolnicze) to jedna z najważniejszych imprez w roku. Odwiedzają ją obowiązkowo wszyscy urzędujący, z prezydentem na czele, oraz kandydaci na stanowisko, szczególnie w tym roku, bo kampania wyborcza trwa. Oraz dziki tłum ciekawskich w ogóle z rolnictwem niezwiązanych – choć to tylko teoretycznie, bo jego płody wszyscy przecież nieustannie spożywamy, i taka właśnie jest teza Salonu (oraz jedna z narodowych obsesji francuskich). Na tegorocznych Targach największe wrażenie zrobiło na mnie strzyżenie owiec. Wydaje mi się niemożliwe, żebym nigdy tego nie widziała nawet w telewizji, ale naprawdę zaskoczyło mnie, że owca sadzana jest na zadku ze wszystkimi czterema kończynami w powietrzu, następnie wykręcana we wszystkie strony, i że w ogóle jej to nie przeszkadza. Pod koniec już chce sobie pójść, ale to podobno dlatego, że już wie, że to koniec i się niecierpliwi. Obejrzeliśmy strzyżenie trzech owiec, w nieustającym podziwie, i tylko nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak to robiono, gdy nie było jeszcze elektrycznych maszynek.

Następnie z równą fascynacją oglądałam wykluwanie się kurczaków. Masa jaj, zwykłych kurzych jaj, umieszczona pod lampą w czymś w rodzaju akwarium: wtem jajko pęka i wyłazi z niego kurczak. Zadziwiające. Całkiem jak w kreskówce, i oczywiście wiem, że Natura była pierwsza, ale dotychczas jej dzieła nie widziałam. I czy przypadkiem nie jest tak, że kurczaki uznają za swoją mamusię pierwszą ujrzaną po wykluciu istotę żywą? Bo jeśli tak, to te z Targów mają przechlapane na resztę (zapewne niedługiego) życia. A na koniec była jeszcze elektryczna dojarnia krów, też fascynujące urządzenie i przyjemnie szumi. Jakoś nie mieści mi się w głowie, że są ludzie, których codzienna praca polega właśnie na wprowadzaniu krów do boksu, zakładaniu dojarki na wymię i uspokajającym poklepywaniu zwierzęcia.

Poza tym jak zwykle: niewiarygodna ilość różnych ras krów, zupełnie do siebie niepodobnych, które gapiły się na nas z takimi samymi minami jak my na nie, tylko one sobie wygodnie leżały na sianku, a my przedzieraliśmy się w tłumie dzikich dwunogów; cielaki, owce i króliki do głaskania, przepiękne koguty, jeden wielkości indyka i rozindyczony indyk, którego durni zwiedzający specjalnie drażnili, nie lubię ludzi.

Krowa z grzywką