Biblioteki

Byłam w sobotę w bibliotece, pożyczyłam sobie „Journal d’Hirondelle” Amelie Nothomb i natychmiast go przeczytałam, ale ja kompletnie nie umiem pisać o Nothomb – do tej pory napisałam tylko trzy zdania o „Ni d’Adam ni d’Eve”, która jest nietypowa jak na Nothomb. Jak kto ją czytał, to rozumie problem. W zamian będzie w takim razie o bibliotekach mego życia, ponieważ arbitralnie uznałam, że osiągnęłam już odpowiedni wiek, żeby zacząć spisywać wspomnienia.

Pierwsza była oczywiście biblioteka domowa. Rodzice obudowali półkami od podłogi do sufitu cały duży pokój i umieścili tam swój księgozbiór. Wyrosłam w tym, uważałam, że wszyscy tak w domach mają, więc nieodmiennie mnie dziwiło, kiedy potem przychodziły jakieś koleżanki i pytały ze zdumionym podziwem „ale macie dużo książek! Ktoś to wszystko przeczytał?”. Bardzo dziwiło, i w zasadzie nadal czasem dziwi, mnie też u innych, że nie mają książek, albo MAŁO. Odkąd pamiętam, intensywnie korzystałam z licznych encyklopedii i słowników, kiedy tylko miałam jakieś wątpliwości lub czegoś nie wiedziałam. Nie pamiętam natomiast, czy rodzice podsuwali mi jakieś lektury, czy ja je sobie wybierałam sama – na pewno w jakiś sposób odkryłam Tolkiena „Hobbita” mając 9 lat, zachwyciwszy się lekturą zabrałam się oczywiście za ciąg dalszy i nań poległam. Do „Władcy pierścieni” wróciłam w ten sposób dopiero po trzech latach, ale wtedy to już było w sam raz. Pamiętam, gdzie stał na półce i jak obok w lecie padało światło słoneczne na podłogę. Mając też około 12 lat złapałam się za Lema, którego namiętnie kolekcjonował ojciec; samych „Dzienników gwiazdowych” było ze sześć różnych wydań (słusznie, bo mają różną zawartość). Najcieplej jednak wspominam dzieła zebrane wydane przez WL: twarde oprawy i papierowe obwoluty we wszystkich kolorach tęczy („Kongres futurologiczny” był żółty). Nie wiedzieć dlaczego na początku zażądałam od ojca, aby mi powiedział, którą książkę Lem napisał najpierw, i w ten sposób zabrałam się do lektury „Astronautów” (szczęśliwie ojcu nie przyszło do głowy, aby odpowiedzieć „Szpital przemienienia”). Potem już było normalniej, sięgnęłam bowiem po „Cyberiadę” i przepadłam do dziś. Domowa biblioteka została poważnie okrojona po śmierci ojca (wyprowadził się co prawda wcześniej, ale Mama trzymała do końca wszystkie jego książki – chyba na wypadek, gdyby się o nie upominał). Antykwariusz, który przyszedł wtedy do nas do domu, dostał wypieków z emocji, nawet mimo tego, że co lepsze rzeczy zatrzymałyśmy oczywiście dla siebie. I tak z pewnością obłowił się u nas nieźle. Nie były to jeszcze czasy allegro.

Druga była biblioteka w podstawówce. Mama poszła mnie do niej zapisać pierwszego dnia szkoły, pierwszoklasistów oczywiście jeszcze tam nie zapisywano, bo teoretycznie czytać nie umieli, a ja dodatkowo byłam młodsza niż ustawa przewidywała, ale bibliotekarka zrobiła dla mnie wyjątek. Jeżeli sobie tego nie zmyśliłam, to najpierw sprawdziła, czy faktycznie czytać potrafię. Musiałam być przekonująca. Spędziłam potem w tej bibliotece jakieś całe lata życia, zaprzyjaźniłam się z bibliotekarkami, wyrabiałam normę czytelnictwa za całą klasę, księgozbiór znałam na pamięć. Potrafiłam pożyczyć jednego dnia 11 książek, z czego po lekcjach oddać dwie. Przeczytane. Do dziś pamiętam rozkład tej biblioteki: na prawej ścianie od wejścia po lewej na górze Brandys i jego „Śladami Stasia i Nel” oraz „Z panem Biegankiem w Abisynii”, trochę dalej Nienacki i Niziurski, a tuż obok drzwi po prawej stronie zbiory baśni, które uwielbiałam od maleńkości (zbiór Stillera baśni malajskich, na przykład). Większość książek pookładana starannie w gruby szary papier (potem sama tam niejedną obłożyłam w ramach pomocy paniom bibliotekarkom), i ten niezrównany zapach używanych książek, kurzu i literek. Nieustanny przytulny półmrok (w drugiej sali na pewno nie było okna, w pierwszej chyba było, ale jakoś nie dawało dużo światła). Kiedy wracam do tego myślą, odczuwam jednocześnie przeraźliwą tęsknotę i błogi spokój. To był mój raj utracony, tam chcę po śmierci wrócić, jeśli tylko zasłużę.

Trzecia była biblioteka osiedlowa, do której też zostałam zapisana w pierwszej klasie, a może w drugiej. Mam do niej jakoś mniejszy sentyment, choć korzystałam z niej całkiem sporo. Mieściła się na górze w lokalnym pawilonie handlowym, była chłodna, przestronna i jasna, i pamiętam z niej głównie książki, które pożyczałam będąc już całkiem dorosła. Chociaż to tam chyba odkryłam Musierowicz i Siesicką, a było to relatywnie późno. I Edith Nesbit wcześniej. To ona nadal czasem do mnie wraca w snach, w których nieodmiennie odkrywam na półkach jakieś fascynujące cudowności. (cdn.)

15 thoughts on “Biblioteki

  1. Biblioteka domowa – nie tak ogromna, jak u Ciebie, ale calkiem, calkiem. Czesc po rosyjsku – Jesienin, Puszkin (jedyna z klasy przeczytalam „Oniegina” w oryginale, a list Tatiany do dzis znam na pamiec).
    U dziadkow – klasyka polska plus odjechane ksiazki ciotki-psycholozki.
    Wsiowa we wsi – ukradlam z niej „Syreny z Tytana”, bo poza mna nikt nie wiedzial kto to Vonnegut.
    Szkolna w podstawowce – przeczytana cala.
    Szkolna w liceum – tak samo. Stamtad „Psychologia tlumu” oraz drugi w miescie egzemplarz „Ferdydurke” (pierwszy byl na WSP), ktory mozna bylo wypozyczyc tylko na lekcje polskiego i przeczytac w trakcie. Przeczytalismy, na glosy.
    Miejska prawie naprzeciwko szkoly – to tam przerobilam cala „Historie literatury angielskiej i amerykanskiej XX wieku”, metodycznie, autor po autorze, ksiazka po ksiazce. Panie bibliotekarki odkladaly mi tez szczegolnie poszukiwane pozycje, dzieki czemu poderwalam moja druga wielka milosc (na „Policjantow” Dorothy Uhnak, he, he). Jako uprzywilejowana moglam brac 5 ksiazek tygodniowo (norma byly 2).
    Miejska u dziadkow – glownie ferie i wakacje, glownie literatura dziecieca i mlodziezowa.
    Miejska teraz – troche wspolczesnej literatury polskiej plus anglojezyczne wersje dawniej przeczytanej klasyki.
    No i Kindle, otwarta i darmowa biblioteka swiatowa – aktualnie przedzieram sie przez „God is not great”

  2. jak byłam mała, to z moim kumplem uwielbialiśmy czytać encyklopedię 🙂 i oglądać wszystkie mapy i flagi. trochę mi to zostało do dzisiaj.
    z bibliotek to lubiłam tylko taką w szkole mojej babci – bo mogłam sobie po niech swobodnie hasać i jakoś mi ten biblioteczny zapach nie przeszkadzał. szkolnej biblioteki w podstawówce i liceum nie lubiłam za zapach właśnie.
    a w nowym mieszkaniu mam dwa razy więcej miejsca na książki i za chwilę tego miejsca nie będzie. mam już niecny plan, żeby zbudować sobie dodatkowe regały u mamy!

  3. GyPsi, witam w klubie. do kindla dojrzewam, powoli ale nieuchronnie.

    bere, mogę też mieć regały u Twojej mamy? 😉

  4. piękne wspomnienia:)) przepiękne.

    a ja mam takie jedno, związane z książkami – w podstawówce też robiłam za „naczelnego czytacza klasy”, i prowadziłam zeszyt, w którym robiłam krótkie opisy książek i jedną – dwie ilustracje do nich.
    ileż bym dała, żeby ten zeszyt odnaleźć!

  5. czytałam namietnie i bardzo dużo – dopóki nie poszłam na studia. wcześniej należałam do wszelkich bibliotek – szkolnej, osiedlowej, miejskiej i każdorazowo wszelkich ośrodkowych i wiejskich na wyjazdach. no ale potem – studenckie życie odebrało mi czas. to było towarzystwo, towarzystwo i w kółko towarzystwo. no i aktywności nie polegały na wspólnym czytaniu.

    teraz czytam, książki oddaję. ale patrząc na wielkość pudeł, których raz na rok potrzebuję sądzę że czytam całkiem sporo 😉

  6. inka, znajdź! znajdź!!!

    spt, ja też dość sporo, ale nie tyle co kiedyś. i to se ne vrati. ech.

  7. bardzo, bardzo, baaaardzo dawno temu, z tytulu zawodu mamy mieszkalismy w szkole, takiej prawdziwej szkole gdzie w jednej z sal na pietrze byla szkolna biblioteka. jako ze czytalam od urodzenia, to i tez przeczytalam wszystkie chyba ksiazki w tej bibliotece. cos mi sie wydaje ze traktowalam ja jako swoj podreczny zbior ksiazek. mieszkalam tam do 11tego roku zycia. potem zostala mi tylko biblioteka miejska…
    nie bylo to juz tak intymne… 😉

  8. b. – to ci dopiero życie – mieszkać prawie w bibliotece!
    A u mnie w domu stosunek do książek był dwojaki – było ich sporo, chociaż przede wszystkim encyklopedie (też uwielbiałam czytać tę 4-tomową) i poradniki (pasja mojej mamy). Były traktowane jako coś tak cennego, że w końcu nabyłam pewności, że na takie luksusy to nie będzie mnie nigdy stać. W bibliotekach też prawie zamieszkałam – zwłaszcza w liceum – w szkole pomagałam w bibliotece i czytałam wszystko, co tam było, a jak się szło ze szkoły to po drodze była miejska, w której wkrótce też byłam bardziej domownikiem niż klientem.
    W obecnym domu zamieniliśmy garaż w dodatkowy pokój i całe szczęście, bo jest gdzie zmieścić połączone zbiory mojej rodziny i rodziny m. Marzą mi się tylko regały z drzwiczkami, żeby to się wszystko tak nie kurzyło…
    A książek w najlepszym okresie czytałam kilka na raz – zawsze coś ukochanego, co mogę czytać na okrągło – jak autobiografię Chmielewskiej, a poza tym kilka innych – ta do obiadu, ta do łóżka, ta do autobusu…

  9. Przeczytawszy notkę i komentarze mogę jedynie przytoczyć kawał, jaki ostatnio słyszałem:
    Przedstawiają się owoce.
    – Jestem Kiwi, co każdego ożywi!
    – Jestem Cytryna, lubi mnie rodzina!
    – Jestem Marakuja i nie wiem, co powiedzieć.

  10. Komentarze dzieci po wejściu do mojego rodzinnego domu były takie same :-))))

    Teraz muszę iść na zgniłe kompromisy, bo Chrabąszcz nie zgadza się na zmienienie naszego mieszkania na bibliotekę :(, zatem era kindle zbliża się nieuchronnie.

    Ale nadal zdumiewają mnie domy bez książek.

  11. Z bibliotek największym sentyment mam do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej na Rajskiej w Krakowie – to właśnie w czytelni tejże biblioteki napisałam pracę magisterską, pamiętam, że pracowałam już wtedy w Albanii, więc jak przyjeżdżałam do Krakowa to musiałam maksymalnie wykorzystać czas – dlatego na zaszywałam się w czytelni na Rajskiej z laptopem i pisałam (w wydziałowej było za dużo znajomych – poza tym na Rajskiej były wygodne krzesła i biurka). Pamiętam, że często też nie mieli pozycji jakich potrzebowałam, więc miałam dyżurne rewersy na jakieś 2 książki, a to co potrzebowałam przynosiłam ze sobą I pamiętam kawę z bibliotecznego bufetu – straszna;)

  12. b, CHCETO!! ale Ci zazdroszczę takich wspomnień…

    batumi, mnie się też zdarza czytać kilka naraz.

    szyper, Ty świńtuchu! 😀 a poza tym przesadzasz, bo lema czytałeś, i dukaja. o.

    melissa, biblioteka w domu ma niestety wady. ale tak, też nadal czuję się nieswojo w domach bez książek.

    Kamenari, wyprzedzasz mój temat, o wydziałowej będzie. chyba 😉

  13. Popatrz, jaki ten świat jest śmieszny. Ja, z kolei, zazdroszczę Tobie tych wspomnień.
    W liceum przeczytałem tylko jedną lekturę w całości: Medaliony. Bo była krótka. A Dukaja dopiero w zeszłym roku. Dzięki Tobie, zresztą. Ale to miło, że mnie pocieszasz. Dziękuję.

  14. Pingback: Biblioteki | immune to faDS

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s