O objawieniach

Zawsze to robię, zawsze, i nigdy nie uczę się na swoich błędach, tylko kolejny raz pakuję się wieczorem na miasto samochodem, optymistycznie myśląc, że tym razem na pewno będzie lepiej niż zwykle, bo niby czemu nie. W 9 przypadkach na 10 bynajmniej nie jest lepiej, czyli jest korek na obwodnicy, a kiedy się wyjeżdża z obwodnicy nie w tym miejscu, w którym się zamierzało, to tam też oczywiście jest korek i można się zastanawiac, który jest gorzy, ale to donikąd nie prowadzi. Wyprowadzę się, kiedy wieczorny Montmartre przestanie mi to wynagradzać; na razie nie.

Natomiast druga wizyta w Thoiry przyniosła mi wiele objawień, a to:
– Słonie są jedynymi zwierzętami, które mają cztery kolana – rzekł od niechcenia Eloy. Osłupiałam na taką herezję, i zaczęłam dyskutować po to tylko, żeby się dowiedzieć, że jak się zgina w drugą stronę, to to nie jest kolano. I faktycznie wychodzi, że tylko słonie, co mnie trochę bulwersuje, ale nie aż tak, jak widok strusia załatwiającego swe potrzeby naturalne. Ogromnie się cieszę, że strusie nie umieją latać. Oraz nagle na własne oczy zobaczyłam, że niedźwiedzie umieją chodzić po drzewach, i też nijak nie mogę się z tym pogodzić. Dostaję gęsiej skórki na myśl, że być może chadzałam sobie ongiś po pustym szlaku tatrzańskim, a nade mną siedział sobie na gałęzi niedźwiedź. Nigdy przedtem mi to nie przyszło do głowy. Jest to wprawdzie dość mało prawdopodobne, bo Eloy słusznie stwierdził, że w Thoiry jest zapewne więcej niedźwiedzi niż w całych Tatrach, ale gęsia skórka na prawdopodobieństwie się nie zna. Odkryłam również, że pandy jedzą rączką, a w zamku w Thoiry jest lit à la polonaise, łóżeczko polskie, które służyło… psu ministra Ludwika XV. Czuję się osobiście urażona i uważam, że rząd polski powinien interweniować w tej sprawie. Łóżko polskie natomiast to takie, które ma dwa wezgłowia tej samej wysokości (w sensie wezgłowie i ta ściana przy nogach, ktoś wie, jak to się nazywa?) oraz baldachim z czterech części. I teraz wszyscy już wiedzą, jak umeblować sypialnię, żeby było zgodnie z polską tradycją.

Wspomnienia Moniki Żeromskiej

Z moich obserwacji wynika, że ludzie się dzielą na tych, co w Paryżu się zakochują od pierwszego wejrzenia, i na tych, co nigdy. Monika Żeromska należała do tych drugich, kochała natomiast gorąco Rzym, Londyn i swoich rodziców. Szczodrze dzieli się tą miłością oraz mnóstwem innych uczuć i obserwacji w pierwszym tomie swoich wspomnień. Zaskoczyła mnie narracja : żadnego podziału na rozdziały czy etapy życia, ponad dwieście stron ciągłym tekstem, co dodatkowo utrudnia oderwanie się od lektury. A powtarza się chyba tylko raz. Zazdrościłam jej bardzo, że miała 20 lat w dwudziestoleciu międzywojennym, że suknie, bale, zwiedzanie świata, muzea, malowanie, pływanie na polskich transatlantykach (między innymi z kapitanem Mamertem Stankiewiczem!). Zdecydowanie mniej zazdrościłam ostatnich stron, już wojennych, bardzo przejmujących. Notabene wdać u niej to samo, co w dzienniku Virginii Woolf : oni nawet w 1939 nie wierzyli w wojnę, myśląc że Hitler przecież nie posunie się aż tak daleko, że przecież XX wiek, Europa, cywilizacja… Przerażające to jest z naszej perspektywy, i nie wiem czy wyciągamy z tego dostateczne wnioski. A przedtem w trakcie lektury niejednokrotnie wybuchałam radosnym chichotem, bo Żeromska ma fantastyczny zmysł obserwacji i poczucie humoru, również na własny temat. Nadzwyczajna opowieść, nie mogę się doczekać kolejnych tomów.

Sherlock nie miał życia prywatnego

Jeżeli nie za bardzo wiesz, jak popełnić malownicze faux pas, które
będzie ci stało kością w gardle jeszcze długo, a chciałabyś w końcu móc
dołączyć do grona popełniaczek gaf, iżby mieć o czym w wytwornym
towarzystwie konwersować, to nie przejmuj się i czytaj dalej uważnie.
Dziś na naszych łamach prosta, acz szczegółowa poradą, dzięki której
nawet najmniej uzdolniona w kierunku gaf osoba da sobie radę i życiorys
swój modnie przyozdobi z łatwością. Weź otóż jedną koleżankę,  co na
jesieni była w ciąży, rodzić zatem miała wiosną. Nie miej z nią kontaktu
przez zimę, a na wiosnę otrzymaj od niej znienacka informację, że
próbowała ci doręczyć mms, lecz czynność ta się nie powiodła. Wykaż się
jednak sobie właściwą bystrością umysłu i zakrzyknij, lub tylko w
cichości ducha wyraziście pomyśl, że skoro mms wtem i znienacka, to
niechybnie urodziła, i zdjęcie potomka swego oto wysyła. Odpisz jej
zatem radośnie, że wprawdzie mms wybrał wolność w ciepłych krajach, lecz
oczywiście  domyślasz się,  czego dotyczył i serdecznie gratulujesz
cudu narodzin. Pław się w domyślności swojej czas jakiś, a potem dowiedz
się ku zgrozie swojej, że nie, nie urodziła. I nie, nie jest w ciąży.
Już nie jest. Przepraszaj, kajaj się, i przyrzeknij sobie solennie, że będziesz odtąd
trzymać się wyłącznie faktów. Mms nie doszedł, koniec kropka, a nie
jakieś dedukcje, które sprawdzają się tylko i wyłącznie w powieściach
Conan Doyle’a.

Do dna

– Będziemy omawiać różne zwyczaje panujące w różnych krajach, żebyśmy umieli się wszędzie odpowiednio zachować – zapowiedział w porannym radiu prowadzący. – Na przykład w Indonezji nie należy opierać rąk na biodrach, bo jest to postawa bojowa. W Maroku nigdy nie należy brać kuskusu ze środka naczynia, bo to bardzo niegrzeczne.
– To skąd można go brać?- zdziwiła się teatralnie prowadząca.
– Oczywiście z brzegu naczynia – wyjaśnił prowadzący i zapytał podstępnie – A powiedz mi, czy w Rosji pije się wódkę jednym łykiem do dna, czy powoli delektując się?
– Hmm, do dna, oczywiście – wyjaśniła znawczyni, i dodała rozmarzona – o, ta bison vodka…
– A to w Polsce – sprostował sucho prowadzący.
– Tak tak, ale w Rosji oni są tacy niesłychanie gościnni, i każą gościom buty zdejmować! – prowadząca radośnie podzieliła się swymi wspomnieniami.

Wśród dzieci

W zasadzie to ja nie lubię dzieci, i zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą się temu stwierdzeniu bardzo dziwić, ale nie będę tłumaczyć. Kto rozumie, ten rozumie. Poświęciłam się jednak tej raz w życiu dla młodej ludzkości i udałam się do biblioteki z grupą przedszkolną. Na dobry początek wręczono mi dłoń trzyletniego dżentelmena imieniem Joseph i przykazano nie wypuszczać pod żadnym pozorem. Zadanie to na szczęście było nietrudne, gdyż Joseph okazał się dziecięciem skorym do współpracy, oraz do obfitego dzielenia się z otoczeniem swymi wrażeniami z drogi do biblioteki, dość jednak monotematycznymi.
– O ciężarówka!
– O śmieciara!
– O duża ciężarówka!
– O ciężarówka
– O ogromna ciężarówka!
– 0 DŹWIG!
Miłą odmianę w tej monotonii zaserwował nam trzylatek imieniem Raphael, który na widok plakatów przedwyborczych (pierwsza tura wyborów prezydenckich już w najbliższą niedzielę) oznajmił radośnie i bardzo głośno
– François Hollande!- wskazując prawidłowo podobiznę tegoż kandydata. Wszyscy dorośli wybuchnęli śmiechem, zachęcony zaś swoim sukcesem uświadomiony politycznie młodzian powtórzył natychmiast swój numer z Nicolasem Sarkozym. Już miałam go zapytać, czy wie również, kto wygra wybory, na wszelki wypadek powstrzymałam się jednak. W bibliotece było już zupełnie apolitycznie, z przejęciem wysłuchaliśmy historii żaby, która wypiła całą wodę z rzeki i za nic nie chciała jej oddać, a potem wróciliśmy tą samą drogą.
– A czy przez park nie byłoby bliżej i przyjemniej? – zapytałam po cichu przedszkolankę Suzanne.
– Byłoby – odparła – ale tam jest plac zabaw, i jak dzieci go zobaczą, to nigdy w życiu nie wrócimy do żłobka na obiad.
Mogłam tylko pochylić czoło przed ogromem jej doświadczenia.

Les intouchables

Widziałam zajawkę „Nietykalnych” już dobre pół roku temu, i zanotowałam sobie nawet tytuł, żeby na pewno go obejrzeć. Okazało się to bezcelowe, bo o filmie zrobiło się za chwilę głośno, a potem bardzo głośno. Irytowało mnie to zresztą bardzo, bo wszyscy o nim mówili, a mnie się go ciągle nie udawało obejrzeć, aż w końcu w ten weekend, i jestem pod wrażeniem. Śmiałam się do łez. Oczywiście skończywszy oglądanie i otarłszy łzy rzekłam sobie „no dobra, fajne było, i niby oparte na prawdziwej historii, ale wiadomo, że naciągane ku serc pokrzepieniu, bo bandytów ze złotym sercem to w przyrodzie nie ma”. I tu największe zdziwienie: ten film jest prawie dokładnie odzwierciedleniem rzeczywistości. Abdel, pierwowzór filmowego Drissa, faktycznie wyszedłszy z więzienia zgłosił się do opieki nad sparaliżowanym tylko po to, żeby dostać papier do urzędu pracy, i został 10 lat. A zresztą nie wiem, czy nie bardziej szokuje mnie, że Philippe faktycznie ożenił się ponownie i adoptował dwie dziewczynki, mając już po 50 i będąc całkowicie sparaliżowany. Dobra, wiadomo że biedniejszym od niego takie cuda się nie przytrafiają, ale mimo wszystko. Fantastyczny scenariusz, doskonałe aktorstwo – trochę mnie dziwi, że Cluzet nie dostał Cezara, ale ten dla Omara Sy jest zasłużony. Powinien zrobić się teraz bardzo rozchwytywany, ale zastanawiam się, czy znajdą się jakieś ciekawe role dla aktora o jego warunkach. Zobaczymy.

Passa

Przeczytałam „Passę”, przez pierwsze naście stron szlochając jak egzaltowana nastolatka. Nie miałam pojęcia, że Passent miał takie dzieciństwo, które sam najzwięźlej opisuje słowami „ja zostałem ocalony, a moi rodzice zdradzeni”. Nie umiem się zdecydować, czy miał pecha urodzić się w 1938 w żydowskiej rodzinie w Polsce, czy jednak szczęście – przeżył. Uratowany przez Polaków, którzy bynajmniej nie czynili tego z wielkoduszności, tylko bezpardonowo żądali zapłaty, ale nie zamierzam tego oceniać, bo czort wie, co bym zrobiła na ich miejscu w tamtych czasach. Niesamowite historie opowiedziane tak po prostu, jak i zresztą cała reszta interesującego życia. Fantastyczne, że Passent się nie kreuje na żadnego bohatera czy wszechwiedzącego, jak to teraz modne; mówi zwyczajnie, że miał dużo szczęścia, płynął z prądem, znajdował się we właściwym czasie na właściwym miejscu. Wyjaśnia swoje niektóre kontrowersyjne poglądy i wypowiedzi, właściwie ich nie broniąc. Na mnie to podejście robi większe wrażenie niż ci nieomylni, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej i mają zawsze rację. Kawał współczesnej historii Polski w tych wspomnieniach. Pięknie i wzruszająco mówi również o swoim związku z Agnieszką Osiecką. Wiedziałam, że była niezwykłą osobą: nie każdy potrafiłby zaakceptować syna drugiej żony swojego byłego, i to do tego stopnia, że uwzględniła go w testamencie. Wciągająca lektura.