Nadal wspominam

W Marrakeszu obejrzeliśmy Koutubię – dwunastowieczny meczet, z zewnątrz, bo do środka niemuzułmanie nie mają wstępu. Obok ogród różany, dość skromny. Pojechaliśmy do ogrodów Majorelle, założonych na początku wieku przez Francuza o tym nazwisku. Opisywany jest jako mistyczne miejsce,  w którym spotykać się ma roślinność pięciu kontynentów. Nie liczyłam wszystkich, na pewno dominują w każdym razie bambusy. Wielkie. Nie sądziłam, że mogą osiągać takie rozmiary. Przemiłe miejsce pełne mosteczków i majolikowych mozaik, i przyjemnie chłodne w porównaniu z zewnętrzem – a przecież wcale nie było aż tak gorąco. Mieliśmy jeden dzień porządnego upału, 40 w cieniu, a poza tym zupełnie znośnie, w nocy wręcz niemal za chłodno na krótki rękaw, choć w suku zawsze było wyraźnie cieplej.

Kolejna wycieczka poza Marrakesz zawiodła nas do doliny Ourika. Niebywałe widoki po drodze, na góry i znów te kolorystycznie dopasowane osady przycupnięte na zboczach. W dolinie natomiast domy budowano na przeciwnym niż droga brzegu rzeki, z wejściem praktycznie równo z brzegiem, dostęp do nich jest więc tylko przez bardzo chwiejny mostek zbudowany z tego, co akurat było pod ręką, i takoż łatany. Niewiarygodnym widokiem są te mostki co trzy -pięć metrów kończące się drzwiami wejściowymi, domki i toczące się życie, a większość nastawiona na obsługę turystów. Jakoś nie spodziewałam się tego, nastawiona byłam dlaczegoś na dziką naturę – zupełna pomyłka. Szliśmy w górę do sławnych wodospadów, w niekończącym się ciągu straganów z wyrobami lokalnymi i piciem schładzanym przez nader przemyślne urządzenia wykorzystujące energię potoku. Pięliśmy się w górę podejściem niezbyt trudnym, ale niezmordowany nasz przewodnik skakał po kamieniach jak kozica podając każdemu rękę. I dobrze, bo w połowie drogi jakoś źle stąpnęłam i zepsuło mi się lewe kolano. Okropny ból, dzięki któremu wycieczka przestała mi już sprawiać przyjemność, na szczęście nie była długa. Wodospady jak wodospady, największy mniej więcej rozmiarów Siklawy. Zastanawiam się, czemu ludzkość arbitralnie uznała, że woda spływająca z góry jest piękna.  Może to jakiś atawizm związany z tym, że woda niezbędna jest do życia. W każdym razie widoki na góry były piękne i ja tam jeszcze wrócę,  choć wolałabym bez przewodnika i tłumu szalejących kupców, nie wiem czy to możliwe. Zeszliśmy (ja z dużym trudem) i umieścili się w namiotach berberów na obiad: oczywiście tajine. Naczynia z nimi stały zresztą na ogniu wszędzie wzdłuż drogi. Poza tym wielbłądy, ludzie na osłach i zbieraczki trawy schodzące z góry z ogromnymi pękami i ruszające się trzy razy sprawniej niż my.

Na lotnisku w drodze powrotnej pan pilnujący strefy dla podróżnych w ogóle nie obejrzał naszych paszportów. Rzucił okiem na tylne strony okładek, bo akurat tak je trzymałyśmy. Zaczęłyśmy się temu na głos dziwić, chyba usłyszał i się zemścił wpuszczając kolejną grupę ludzi bocznym wejściem. Zrobiły się dwie kolejki i pewne zamieszanie. Przy kontroli bagaży natomiast był rozdział: panie na lewo, panowie na prawo. Rozejrzałam się, czy są zakazy fotografowania, nie było, więc zrobiłam zdjęcie znakom rozdziału. Błąd.
– Madame! Madame! – zawołał natychmiast policjant i ruszył w moim kierunku. Przez parę sekund wierzyłam, że zabierze mi telefon.
– Proszę pokazać zdjęcie- zażądał.
– To tylko te znaki – zademonstrowałam.
– Rozumiem, ale muszę niestety panią poprosić o skasowanie – był nieubłagany. Skasowałam. Gdybym robiła zdjęcia w trybie ciągłym, mogłabym zachować kolejne z nich, bo nimi się już nie interesował. Kiepski ze mnie materiał na szpiega. Kolega natomiast z całkowitym spokojem przeniósł przez kontrolę butelkę wody.

Chcę wrócić do Maroka, wiem, że jeszcze wrócę. Chcę zobaczyć jeszcze kawałek Afryki. Nigdy mnie tam nie ciągnęło, teraz wiem, że moje wyobrażenia były fałszywe.

Odpoczynek w gaju oliwnym

Droga w góry Atlasu okazała się kolejnym zaskoczeniem. Zwykła droga
praktycznie pozbawiona pobocza, przypominająca polskie, choć jednak
pozbawiona dziur, nagle ustąpiła miejsca przepięknej nowiusieńkiej autostradzie
prosto spod igły. Podobno od czasu kiedy Mohamed VI objął władzę,
wybudował mnóstwo nowych dróg i w ogóle bardzo dba o kraj, choć
tradycyjni Marokańczycy mają go za nadmiernie liberalnego. Koleżanka – Marokanka
jechała niedawno świeżo wybudowaną autostradą długości 600 km,
bagatela. Nieco mnie zatchnęło, gdy to usłyszałam, i rzekłam z pewnym
smutkiem „macie więcej autostrad od nas w Polsce…” Ta, którą
jechaliśmy, była w każdym razie przepiękna. Równie imponująca okazała
się główna aleja nowego miasta Tahnaout. Cudnie obsadzona
roślinnością, idealnie równe chodniczki dla pieszych, wszystko w tej
samej łososiowej kolorystyce. Do tego co 50 może metrów nadzwyczajnej urody wiaty, które
najpierw wzięłam za przystanki autobusowe, dopiero po chwili się
reflektując, że są za blisko siebie. Były to po prostu ławeczki z
daszkiem. Chciałabym mieszkać w takim mieście, choć oczywiście jak to w
Maroku pięć metrów dalej były ohydne wysypiska śmieci. Często można było
tam zobaczyć wymuskane posiadłości, pod murami których walały się tony
śmieci. Skądś mi znana mentalność „co za murem, to już nie nasze, dbać nie trzeba”.

Opuściliśmy miasto. Na poboczach drogi rosły  kaktusy, palmy,
przedziwne  drzewa składające się z pnia jakby pozbawionego kory i
zielonej czupryny, drzewka pomarańczowe, i brzozy. Potem ustąpiły miejsca
górom: nie mogłam się napatrzeć, krajobraz zmieniał się co chwila,
pozostając cały czas w jednej gamie, od głębokiej czerwieni przez
łososiowy, cynamonowy, pomarańczowy, różowy do wrzosowego. I w to
wszystko nieprawdopodobnie wkomponowane domy, w idealnie tej samej
kolorystyce, nieznacznie tylko odcinające się od otoczenia, jakby
człowiek starał się tutaj przez wieki jak najmniej ingerować w naturę.
Powiedzieć, że byłam olśniona, to mało. Zatrzymaliśmy się w kooperatywie
kobiecej wytwarzającej kosmetyki z olejkiem arganowym (arganowce rosną
tylko w południowym Maroku). Zostało nam dokładnie pokazane, jak się
nasiona obłupuje, rozciera i wydobywa z nich olejek. Potem kosztowaliśmy
samego olejku w formie jadalnej, amlou – pasty z oleju i migdałów, coś
w rodzaju płynnego i słodkiego masła orzechowego, i na koniec miodu. Tu padłam na
kolana, bo okazał się ciemny jak mój ukochany spadziowy, acz zupełnie do niego niepodobny w smaku, ale przepyszny, i zapragnęłam go
kupić. Szybko oklapłam, bo ceny nawet na francuską kieszeń dość
oszałamiające – 15 € słoiczek miodu. Kosmetyki nieco tańsze, 10 za
słoiczek. Kupiłam sobie jednak miodu i go zjadam z zachwytem, no bo co w końcu. W
kremy nie wierzę, w miód i owszem. Zresztą te same kremy, jak się potem
okazało, kupić można na lotnisku w strefie wolnocłowej,  ale miód nie.

Wspięliśmy się krętą serpentyną, żeby dotrzeć do l’Oliveraie de Marigha. Odpoczynek
w trybie bogaty turysta z Zachodu: basen, drinki w basenie, obiad nad basenem i wygodne leżaki,
by na nich odbyć sjestę (czytaj: zasnąć twardo) wśród kwitnących drzewek oliwnych. Które
zresztą, żeby dorzucić szczyptę dziegciu do tej beczki zachwyconego
miodu, okazały się bardzo silnymi alergenami. Miejsce jest jednak
absolutnie wyjątkowe, i chętnie bym tam jeszcze wróciła. Jedliśmy
oczywiście tajine, jak poprzedniego dnia, następnego, i jeszcze
następnego.  Zachwycona byłam, bo tajine mogłabym pewnie jeść do końca
mych dni, mięso (nieistotne jakie, jagnięcina, wołowina czy drób) jest niezrównanej delikatności i towarzyszą mu cudowne
warzywa. Do popicia oczywiście herbata miętowa z za dużą ilością cukru
jak na mój gust, ale wystarczy poprosić, a dadzą bez. I marokańskie wino, które też okazało się bardzo dobre.

Marrakesz i Essaouira

Potem odkryję, że sto metrów od murów mediny jest inny Marrakesz:
cywilizowany, ze światłami ulicznymi – respektowanymi, w przeciwieństwie do znaków stopu – bankami,
elegancką dzielnicą francuską i nawet korkiem samochodowym. Ten sam
kierowca taksówki, który przed chwilą gnał na złamanie karku w tłumie,
nie odrywając ręki od klaksonu, teraz nagle pokornieje i prowadzi jak
normalny człowiek.

Potem zacznę dostrzegać drobne różnice: półksiężyc zamiast krzyża na
aptece (jedną widziałam, która miała oba te symbole obok siebie).
Meczety zamiast kościołów. Wszędobylskie koty, przeważnie chude, ale
najwyraźniej mające się dobrze i nie stroniące od ludzi. Regularne
nawoływanie muezzinów, często kilku, ze wszystkich stron, ich „yalla,
yalla” lekko zdesynchronizowane,  jakby śpiewali kanon. Myślałam, że będzie irytować, jest piękne. Po troje ludzi
na skuterach, przeważnie z dzieckiem. I targowanie się o taksówki, które
doprowadzało nas do szału, a właściwie mnie do momentu, w którym sama
nie spróbowałam, mimochodem, i nagle odkryłam, że to sport.
Niewytłumaczalna, ale chyba ponadkulturowa i pierwotna jest satysfakcja,
jaką się odczuwa, wybuchając śmiechem w twarz człowiekowi, który rzuca
cenę „20 €” podczas gdy parę godzin wcześniej tę samą trasę przebyło
się za 30 drh.  Odchodziliśmy zdecydowanym krokiem, i za każdym razem
byłam pewna, że tym razem to nie zadziała, przecież ten był tak pewny
siebie i faktycznie na naszą cenę nie może przystać. Czasem istotnie nie
działało, częściej po chwili biegli za nami, całym sobą dając do
zrozumienia, że robią absolutny wyjątek, i strasznie się upadlają
przystając na naszą cenę. Ku swojemu zdumieniu potem polubiłam
targiwanie, i po drobnym treningu byłabym w tym zupełnie niezła; na
razie jeszcze trochę powstrzymywało mnie poczucie winy. Ale i tak nie mogłam
darować koleżance, która kupiła tshirt za 100 drh ot tak bez żadnej
dyskusji. Jak mogła?!

Essaouira jest kompletnie odmienna od Marrakeszu: biała i niebieska.
Droga serwuje niespodzianki podobne do tych widzianych z samolotu:
otwieram oczy – piasek, zamykam oczy i je otwieram – zieleń, drzewa, i
dom w ogrodzie w środku piaszczystej nicości,  zamykam i otwieram –
piasek, zamykam i otwieram – świeżo wybudowane duże osiedle, z budynkiem
szkoły i gotowymi już boiskami, zupełnie jeszcze niezamieszkane i
widmowe; zamykam oczy i otwieram – miasto. Centrum to oczywiście
biało-niebieska medina, o wiele spokojniejsza niż w Marrakeszu, prawie
nikt nie zaczepia turystów. Może jeszcze nie sezon, bo pustawa była
również obszerna piękna plaża o delikatnym drobnym piaseczku. Woda
zimna. Pod wieczór zaczęły się schodzić rodziny z matką w całkowitym
woalu. Mówiono mi, że nie mogą oglądać rozebranych innych ludzi, stąd
dopiero pod wieczór.

Noce spędzaliśmy w modnych klubach, najciekawszy z nich był Monte
Christo. Dwa piętra (będzie trzecie, na razie w totalnym remoncie) na
drugim, czyli tarasie, szisze i spokojna muzyka. Na dole koncert
żywiołowego wąsacza z bardzo ładną dziewczyną o niskim głosie:  grali
przeboje klasyków rocka i szybko porwali publiczność do tańca. Najciekawsze
były jednak dwie młode dziewczyny o niezwykle pięknych ciałach,
idealnie szczuplutkich i kształtnych – zwróciłam na nie uwagę, bo
tańczyły tuż obok, i nie dało się od nich oczu oderwać nawet będąc
zdecydowanie hetero. Chwilę później nadal tuż obok jedna z nich
negocjowała bardzo zawzięcie warunki z dwoma dość nieciekawymi
podstarzałymi turystami. Scena zainteresowała mnie na tyle, że
porzuciłam dzikie tańczenie; okazało się potem, że nie tylko ja zwróciłam
na uwagę. Wspólnymi siłami zrekonstruowaliśmy potem, że facet, który
przyszedł do klubu z inną panną negocjowalnego afektu, starszą, brzydszą
i pod wyraźnym wpływem środków odurzających, zainteresował się jedną z
tych młodszych. Pierwotna wybranka nie miała najwyraźniej nic przeciwko
temu, radośnie stwierdziła, że dostała już 500 € za dwa dni i jedną noc, zatem ona pójdzie spać, a młoda może do nich przyjść i robić co jej się żywnie podoba. Przedmiotem zawziętych negocjacji, w których
brały potem udział liczne osoby postronne, musiała w takim razie być
tylko stawka. Nie tylko ja byłam zniesmaczona, choć zbulwersowanej
koleżance mówiącej, że tamta z takim ciałem mogłaby być modelką, a nie
się sprzedawać starym turystom, wyjaśniłam, że nie takie to proste, jak
się zdaje w teorii.

Marrakesz

W samolocie zasypiam twardo, a kiedy się budzę, rzucam okiem za okno,
po czym przylepiam się do szyby sądząc, że nadal śnię. Pod nami jest
piasek, hałdy brunatnego i beżowego piasku jak okiem sięgnąć, i nic
więcej w zasięgu wzroku; piaszczyste wydmy tworzące najrozmaitsze formy,
i niebo, i my. Za chwilę słyszę, że będziemy lądować – gdzie, tu na tym
piasku?
– myślę kompletnie zdezorientowana, ale lecimy jeszcze trochę, i
nagle, bez żadnego ostrzeżenia,  bez żadnej strefy przejściowej piach
ustępuje miejsca zieleni. Nie drzewom, ale regularnym połaciom zieleni. I
kiedy już zaczynam przywykać do tego krajobrazu,  znów nagle zieleń
ustępuje miejsca… miastu. Miastu o łososiowych i pomarańczowych
murach, o niewysokich budynkach o obłych kształtach, miastu, które w
promieniach porannego słońca wygląda jak nierealne i zbudowane tylko na
pokaz. Lądujemy nieopodal, wychodzimy prosto na płytę w poranny upał,
idziemy do terminalu, gdzie potwornie długo sprawdzają paszporty,
przypominając, że nie jestem już w Unii Europejskiej, i gdzie uderzają
mnie szczegóły: wszędzie charakteryczne zdobienia jakimś cudem
wkomponowujące się w nowoczesną całość. Powyginane ozdobne altanki przed
terminalem okazują się być strefami dla palaczy- cóż to za
marnotrawstwo estetyczne
– mamroczę, ale niewyraźnie,  bo w tym samym
momencie zakochuję się śmiertelnie, nieodwołalnie, na zabój, na zawsze, w cudownej
fasadzie budynku lotniska w Marrakeszu. Jednocześnie prostej, logicznej i
fantastycznie ozdobnej. Chcę  tam zostać na zawsze, ale już pakują nas
do taksówek
– Dépêche toi, dépêche toi – pogania mnie bezceremonialnie taksówkarz, i
na pewno w dowolnym europejskim kraju straciłby klientów,  ale tu po
prostu wsiadamy do stareńkiego Mercedesa z pękniętą przednią szybą,  i
za chwilę uczestniczę w jeździe na szczęście krótkiej, ale z rodzaju
tych, o jakich dotychczas tylko czytałam. A te opisy wcale nie
przygotowały mnie na to drogowe piekło bez żadnych pasów i żadnych
zasad, w tłumie wszelkiego rodzaju motorowerów, skuterów, riksz, wozów
konnych, wozów zaprzęgniętych w osły, a za chwilę również i pieszych.
Jakimś cudem wychodzimy bez szwanku, taksówkarz wysadza nas poganiając
podobnie jak przy wsiadaniu; uznaję, że to część etosu zawodowego. Z
naszych bagaży niewiarygodną piramidę na wózku buduje tragarz, sam się
doń zaprzęga, a my idziemy przez gigantyczny plac Jemaa el-Fna, gdzie
jest wszystko, a najbardziej pomarańcze.
– Kto chce szklankę soku? – wesoło woła Fathia i nie czekając na
odpowiedź funduje wszystkim po szklance najwspanialszego soku
pomarańczowego,  jaki piłam w życiu, przed sekundą wyciśniętego z
owoców. Piję,  gapię się na okoliczności przyrody i ludzi, rejestruję
bezlitosny upał,  i mozolnie przeliczam cenę. 4 dirhamy? 0,40 centów!? Złoty sześćdziesiąt szklanica tego nektaru?!?
Kiedy moje przeliczenia się potwierdzają, natychmiast postanawiam żywić
się tylko tym sokiem, co może by mi się i udało, gdybym nie zapomniała
chwilowo, że to kraj tajine i kuskusu. Przypomną mi wkrótce, tymczasem
zagłębiamy się w suk, który wygląda jak Stadion Dziesięciolecia przed
przemianą, tylko bardziej, bo dodatkowo w tych wąskich przejściach
między straganami z wszystkim i nie wiem czym lawirują z ogromną
prędkością skutery, motorowery i rowery, trąbiąc, a właściwie skrzecząc
na pieszych. Jestem już absolutnie pewna, że nie przeżyję tu ani
godziny, ale skręcamy w jeszcze węższy korytarzyk, otwieramy jakieś
drzwi, i oto znajdujemy się w naszym riadzie, którego jesteśmy
pierwszymi gośćmi. Fathia biega jak szalona, pytając o wrażenia, chwaląc
się wykonanymi pracami, a jest się czym pochwalić, i jest co chwalić,
ale z wrażenia odbiera wszystkim mowę.  Na stole lądują msemen, lokalne
naleśniki, herbata miętowa i oczywiście sok z pomarańczy, a potem Fathia
pyta, kto idzie do hammamu. Idę, co nie mam iść. Po drodze kupujemy
czarne mydło i szorstkie rękawice do masażu, a potem wybieramy hammam
populaire
, nie luksusowy turystyczny. Duże wejście dla mężczyzn,
po lewej skromniejsze dla pań. Wchodzimy w wilgotne labirynty, rozbieramy się i
przechodzimy do najdalszej sali, najgorętszej. Wyposażenie skromne:
wiadra, krany z wodą, naczynia do polewania. Nacieramy się mydłem,
spłukujemy, a potem po kolei w obroty nas bierze stara Marokanka o
stopach fantazyjnie pomalowanych henną. Jęczę, kiedy pierwszy raz
przejeżdża mi po plecach szorstką rękawicą, ale potem już tylko stękam i
zastanawiam się, czy w ogóle jeszcze będę miała skórę wychodząc. W
trakcie kobieta z rozbawieniem tłumaczy, że mnie masuje delikatniej, bo
mam białą wrażliwą skórę. Aha –  jeśli TO jest delikatniej, to ja nie
chcę wiedzieć, jak jest normalnie.  Ale trzeba przyznać, że po wyjściu z
niedowierzaniem gładzę się po osobistej cielesności. Takiej gładkiej
skóry nie miałam od czasów niemowlęctwa.  Przy wychodzeniu chcę jeszcze
sfotografować urocze tabliczki sugestywnie zakazujące robienia różnych
rzeczy z wiadrami, ale pani cerber głośno protestuje.
– Ale ja tylko te tabliczki… – pokazuję zdumiona. Nie i koniec, bo
gdyby jakiekolwiek zdjęcia z hammamu wyciekły, miałaby straszne kłopoty.
Cóż, trudno. Zgłodnieliśmy od tych masaży i polewania się wodą, idziemy
więc na kuskus, a w trakcie jedzenia zaskakuje nas głośne zawodzenie,
które identyfikuję po trzech sekundach jako kolejne znane mi tylko z
teorii i pochodzące z głośników na wieży pobliskiego meczetu. Kiedy
wracamy, dochodzę do wniosku, że dokładnie tak musiały wyglądać miasta
średniowieczne, plus odrobina współczesnej  techniki w postaci
jednośladów spalinowych. Potem jemy tajine i pierwszy raz widzimy plac Jemaa el-Fna po
zapadnięciu zmroku. Orgia świateł, hałasu, klaksonów, smrodu spalin, szczyn
końskich i oślich, tłum ludzi, sprzedawcy pomarańczy, cytrusów, muzyki,
słodyczy, zaklinacze węży, ludzie z tresowanymi małpkami (przygnębiający
widok), wychudzone osły, tradycyjni handlarze wody w gigantycznych
czerwono-zielonych nakryciach głowy, a w środku tego wszystkiego stoły i
restauracja pod gołym niebem. 

A przecież jeszcze dzień wcześniej z wielką pewnością twierdziłam, że
już nigdy nic nowego mnie nie spotka, że wszystko już było, wszystko
jest znane, nihil novi, i nie warto nawet oczu rano otwierać. O jakże się myliłam.

Le Gang des mégères inapprivoisées ou comment…

Oryginalny angielski tytuł najnowszej powieści Tome Sharpe’a jest należycie zwięzły: „The Gropes”, natomiast francuski jest tak długi, że ledwie się mieści na okładce, zająłby pół tej notki, i właściwie zupełnie nieźle streszcza akcję. Rzecz o paniach, które przez wieki rządzą w swym mrocznym domostwie mocną ręką, mężczyzn wykorzystując wyłącznie do płodzenia córek. Aż nadchodzi wiek dwudziesty, a nawet dwudziesty pierwszy… no właśnie. To jest problem, a może właśnie urok, tej książki. Teoretycznie czasy mamy współczesne, bo mowa o Al-Kaidzie, ale Sharpe miał chyba już pod osiemdziesiątkę pisząc to i nie zauważył, że czasy się nieco zmieniły. Żaden bohater nie ma telefonu komórkowego. Kiedy jeden z nich chce potajemnie kupić bilet na statek, przebiera się i idzie do agencji turystycznej zamiast kafejki internetowej. Dziwne to robiło wrażenie, ale poza tym czytadło dość sympatyczne, choć oczywiście nie na miarę „Wilta”. Taka… poniekąd Chmielewska w innych realiach.

Niuch

Kolejny raz nie mogę się nadziwić, że trzydziesta dziewiąta książka z cyklu może ciągle być taka dobra, i to nawet biorąc pod uwagę, że Pratchett pisze w kółko o tym samym. Znam licznych, którzy piszą ciągle o tym samym, a wcale poziomu nie trzymają. W dodatku to jest książka pisana przez człowieka z Alzheimerem, czego kompletnie już nie ogarniam (jakoś wielu rzeczy ostatnio nie ogarniam, ale to i dobrze, inaczej byłoby nudno na tym najlepszym z możliwych). Zamiast autora drobną wpadkę zalicza tu nasz ukochany tłumacz PWC, który najpierw Bewilderforce’a Gumptiona nazywa Sprytel, a po 100 stronach nagle wraca do angielskiej wersji nazwiska. Poczułam się mocno zbita z tropu, ale jedną wpadkę na 39 książek można wybaczyć.

Oczywiście ja muszę kochać Pratchetta, bo jego spojrzenie na świat jest moim, i prawdopodobnie kochałabym go nawet, gdyby napisał książkę telefoniczną, ale przyznaję, że „Niewidoczni akademicy” byli jednak nieco słabsi. „Niuch” nie jest. Może ma nieco przegadane dialogi, ale całą resztę ma na właściwym miejscu, w tym Vimesa, który jakoś wyrósł na najważniejszego bohatera Świata Dysku, chociaż długi czas wcale nie rokował. Dość rzec, że mam ogromną ochotę ponownie przeczytać „Straż! Straż!”, w której Vimes poznaje Sybil, bo mam wrażenie, że jej nie doceniłam. A poza tym „Niuch” to kryminał, zupełnie przyzwoity, z trupem, solidnie uzbrojonymi ludźmi, nie tylko ludźmi, a nawet przemytem narkotyków. Oraz demonem składającym zeznania. Samo życie. Aha, i jeszcze jest Mały Sam, lat prawie sześć, mocno zafascynowany produktami przemiany materii. Nie jestem pewna, co mogą o tym myśleć osoby, które nie posiadają na stanie własnych nieletnich zadających pytania typu „a jak siusiają dziewczynki, skoro nie mają siusiaka?”, ale zasadniczo to nie mój problem. Podejrzewałam nawet, że Pratchett zapewne jest dziadkiem pierwowzoru Małego Sama, ale jeśli jest, to google o tym milczy. Zresztą człowiek o takiej wyobraźni i zmyśle obserwacji nie musi koniecznie zaraz doświadczyć wszystkiego na własnej skórze.

Abdel raz jeszcze

Po namyśle, jeszcze a propos książki Pozzo di Borgo, to najbardziej mnie w tym wszystkim dziwi, że naprawdę zaufał Abdelowi. Miał kasę – musiał mieć wybór wśród ludzi odpowiednio szkolonych, a miał tej osobie powierzyć swoje zdrowie (hmm, jego resztki, tym cenniejsze) i właściwie życie. Nie umiem sobie wyobrazić, co go pchnęło do wyboru chłopaka z przedmieść. Czyżby depresja, w jakiej musiał się znajdować? Nie wiem. Obdarzyli kiedyś Państwo kogoś zaufaniem wbrew rozsądkowi i pierwszemu wrażeniu? Jak to się skończyło?