Paris

Z gośćmi ten problem, że pewnego dnia sobie jadą, a człowiek zostaje i musi jakoś wrócić do pospolitej codzienności, co niełatwe. Ochłonąwszy uzmysławia sobie, ilu rzeczy nie pokazał: a to placu Vendôme (chociaż pamiętałam o nim, cały czas pamiętałam… dopóki nie zapomniałam w ostatnim momencie), a to Villette, kościoła St. Eustache, centrum Pompidou, a to wreszcie szczytu Montmartre, gdzie wtem przy drugim podejściu się okazało, że dojazd na wzgórze został całkowicie zamknięty dla samochodów w dni weekendowe. Wróciłam tam 1 maja, już rozsądnie nie autem, i znalazłam się w zbitym tłumie złożonym prawie wyłącznie z rodaków. Zresztą wyraźnie jednak nie mam na twarzy wypisanej narodowości, bo pan pod Sacré Coeur robiący za biało pomalowany posąg zwrócił się do mnie po angielsku. Uśmiechnęłam się doń i uprzejmie rzekłam „dzień dobry”. Nie żebym prorokinią była: 10 metrów wcześniej podsłuchałam, w jakim języku mówi do innych spacerowiczów. Karuzela pod Bazyliką lipna strasznie, ta pod Eifflicą znacznie fajniejsza, i zabawne rowery stacjonarne są. Rozmaite zdjęcia zobaczyć można u Zuzanki, dzięki której udałam się w końcu na Tour Montparnasse. Jest to 200-metrowy punkt widokowy na wieżę Eiffla, którą obejrzeć można nawet przy fatalnej pogodzie, gdy kasjerki na dole lojalnie uprzedzają, że na górze nie widać niczego. Ale ja tam jeszcze wrócę przy lepszej pogodzie.

1 maja pod Moulin Rouge wypiłam piwo w towarzystwie mych bardzo dawno niewidzianych starych znajomych, który zdążyli obrosnąć w dzieci niewiele niższe od mnie. Przyglądałam im się z ogromną radością, ale i niedowierzaniem, usiłując pojąć, jakim cudem mój stary znajomy poważnie planuje już swoje pięćdziesiąte urodziny. Pięćdziesiąte. Nie żebym cokolwiek miała przeciw pięćdziesięciolatkom, ale kiedy go poznałam, nie miał jeszcze trzydziestki. A jeśli on ma 50, to ja żadną miarą nie mam już dwudziestu. Jedyną zaletą upływu czasu jest to, że człowiek w tym wieku (dwudziestym pierwszym) po prostu siada pod Moulin Rouge i zamawia sobie, na co akurat ma ochotę. Kiedy byłam w Paryżu pierwszy raz, nie było o tym mowy i chyba w ogóle nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będzie.

8 thoughts on “Paris

  1. pierwszy raz pod Moulin Rouge byłam o północy, bo miałam takiego pokręconego pilota, ktory nam fundował atrakcje 🙂
    i w życiu nie przypuszczałam, że kiedyś wyjazd do Paryża to będzie takie „pstryk”
    (a potem byłam jeszcze raz i było jeszcze lepiej)

  2. Po pierwsze, to ds jest wielka, że z gośćmi wytrzymała.

    Po drugie, to w Poznaniu łatwiej. Da się obskoczyć w trzy dni, leniwie.

  3. oj tak ds. ja doskonale pamiętam moje studenckie wojaże po Europie gdy patrzyłam z niemą zazdroscią na ludzi, którzy biesiadowali w restauracjach i wydawało mi się że to jakieś totalnie i przenigdy nieosiągalne 😉

    (hmmmm. teraz mam to uczucie gapiąc się na wille nad mariną w Oslo. myślisz, że … ? ;)))))

  4. bere, tam o północy też jest fajnie. i tak, z pstryk to święta prawda.

    Zuzanka, nie musiałam się wcale specjalnie starać, żeby wytrzymać 😉 (ale za to mango to się kiedyś zemszczę :P)

    spt, no właśnie. i tak, myślę że. czemu nie!

    athina, o, na tour Montparnasse sobie wjedziemy. nie zapomnij.

  5. to ja tak pomyślę o willi w Prowansji;)
    heh no, przyjęłabym jakiś gości, ale nikt mnie nie chce odwiedzić.
    !!

  6. inka, ja chcę, tylko to daleko i czasu nie ma 😉

    ade, bo to trzeba się SPECJALNIE wybrać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s