Pytanie na piątek

Wbrew pozorom pytanie jest absolutnie poważne. Oraz zapewniam, że ja szanuję zasadę de gustibus i prawo człowieka do czynienia, jak mu się podoba, ale w tym dziwnie powszechnym w Polsce przypadku chyba jednak nie o de gustibus chodzi. Czy Wy naprawdę posypujecie truskawki cukrem? (Śmietany się nie czepiam, śmietana jest dobra ze wszystkim i w każdych okolicznościach, wiadomo). I nigdy nie przyszło Wam do głowy, że macie niedobre truskawki albo po prostu nie lubicie truskawek? I dlaczego akurat truskawki, dlaczego nie posypujecie moreli, czereśni, nektarynek, brzoskwiń, jabłek, gruszek, kiwi, tylko właśnie truskawki? Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby jeść jakiś owoc z cukrem?

Sama nie wiem 2

Pozostając w temacie. Przedwczoraj jechałam sobie z kolei nabrzeżem
Sekwany, miłe dwa pasy w każdą stronę i mało świateł. Ograniczenie
jednak do 50, ale lokalizację dwóch radarów na moim odcinku znam na
pamięć z zamkniętymi oczami, nie żebym jeździła z zamkniętymi oczami. Do pierwszego z nich było jeszcze daleko,
przede mną na lewym pasie nikogo, zatem przycisnęłam pedał gazu ciężką
stópką i pędziłam rozkoszując się okolicznościami przyrody oraz piosenką
w radiu, gdy błogostan gwałtownie przerwało mi gwizdanie. Stało trzech
na poboczu z suszarką, nie tylko gwizdali, ale również machali, a jeden
nawet wybiegł na jezdnię.
– No, tom się w końcu dorobiła zasłużonego mandatu – westchnęłam
hamując, bez żadnej nadziei, że się wykręcę:  z pewnością na liczniku
miałam znacząco ponad 50, i wyprzedzałam tych na prawym pasie, więc
musiało chodzić o mnie. Policjant zatrzymawszy nas sprawnie wpuścił na
jezdnię czerwone auto z pobocza. Zjechałam za nim na prawy pas i
spojrzałam na panów, żeby zobaczyć co dalej, a ci, znowu synchronicznie
wszyscy trzej, mi machali, żebym jechała.  To odjechałam ochoczo, nie
mogąc wyjść ze zdumienia i próbując zrozumieć, co mnie właściwie
spotkało. Na wszelki wypadek od wczoraj jeżdżę rowerem.

Sama nie wiem

Przez tę idiotyczną pogodę zmuszona jestem do jeżdżenia samochodem i grzęźnięcia w korkach, których ostatnio jakaś wyjątkowa obfitość. Jechałam sobie ostatnio jednokierunkową dwupasmową i dojechałam do skrzyżowania. Znam to miejsce, chociaż bywam tam raz na jakiś czas, i wiem że lewy pas jest do skrętu w lewo, a prawy do skrętu w lewo i prawo, prosto się jechać nie da. Skręt w lewo jest trudny, bo korek. Jestem z natury przesadnie uprzejma i dobrze wychowana, więc zazwyczaj staję w takich miejscach na właściwym lewym pasie, i potem klnę, bo bardziej bezczelni ode mnie jadą pasem prawym i się wpychają, i nawet nie można im mieć za złe, bo mają prawo. Tym razem z daleka widziałam, że na lewym stoi kilka aut, a prawy jest pusty. Myknęłam więc chytrze na prawy, myśląc że w końcu nikt mi się nie wepchnie, a przecież mam pełne prawo stamtąd skręcić w lewo. Wrzuciłam lewy kierunkowskaz, na co auto za mną zaczęło trąbić. Nie miało żadnego kierunkowskazu, wywnioskowałam jednak, że pewnie chce skręcić w prawo, ale co poradzę, nie odlecę przecież, ani dla jego wygody nie pojadę w przeciwną stronę, niż mi potrzebna. Stałam. Tamten trąbił uparcie. Po czym wyszedł i zapukał w moją szybę.
– Stoi pani na pasie do skrętu w prawo  – oświadczył.
– Nie, do skrętu w obie strony – rzekłam.
– Nie. W prawo – uparł się. Nie było jak sprawdzić, bośmy stali na tych strzałkach. Pomyślałam, że skoro facet gada z taką pewnością siebie, to a nuż ostatnio przemalowali, w sumie byłoby to logiczne działanie, a ja nie zwróciłam uwagi, jadąc niestety na pamięć.
– W takim razie bardzo przepraszam, na przyszłość się poprawię – powiedziałam, autentycznie skonfundowana. Po chwili się zwolniło i pojechałam.

Ale ostatnio jechałam tamtędy od drugiej strony i skrzętnie sprawdziłam. Otóż ten prawy pas jest jak byk do skrętu w obie strony! Wyraźne strzałki w dwie strony! I teraz nie wiem co o tym myśleć. Facet sądził, że dam się przekonać i pojadę w prawo? Czy jemu się pomyliło? Czy co?

Poważnie

Uprzejmie informuję polską prokuraturę oraz sądy, że uważam, iż Biblię napisali jacyś ludzie, niewykluczone, że będący pod wpływem rozmaitych środków odurzających. Stwierdzam to publicznie i na piśmie, na polskim serwerze blogowym, w związku z czym uprzejmie proszę o odpowiednią interwencję.

O chlebie

Wszyscy wiedzą, że Francuzi są narodem żabojadów, serojadów i winopijców. Mniej osob wie zapewne, że są również wielbicielami chleba. Dobra, francuskie le pain należałoby raczej tłumaczyć na nasze jako „bułka”, ale fakt pozostaje faktem: koszyk z bagietką w każdej restauracji dają do posiłku bezpłatnie. Dowolnego posiłku. Długo się dziwiłam, że ONI potrafią jeść bagietkę na przykład do spaghetti, teraz już przywykłam. Chleb jest podstawą wyżywienia. W szpitalu wśród porad dla kobiet karmiących na poczesnym miejscu znajdowało się „jedz chleb do każdego posiłku!”, i mówię o wieku XXI. Szkoda tylko, że prawdziwego razowca się tu nie uświadczy – w piekarniach żydowskich i rosyjskich pono bywa, ale jeszcze nie udało mi się żadnej w okolicy znaleźć, a specjalnie w tym celu do Le Marais jechać mi się nie chce. Tam ongiś widziałam na szybie zachęcający napis „pain razowy”. Boulangerie – piekarnia –  jest dla Francuza jednym z najważniejszych sklepów. Joe Dassin śpiewał romatyczną piosenkę o ślicznej boulangère, która była równie apetyczna jak jej rogaliki.

Też mam pod domem swoją boulangerie, jej wielbicielem jest od dawna mój syn – bierze mnie za rękę i tam ciągnie, właścicielka i sprzedawczyni doskonale wiedzą jak ma na imię, witają wylewnie, rozpływają się w uśmiechach i nierzadko obdarowują ciasteczkiem. Dzięki nim przekonałam się w końcu, że chleb francuski wcale nie sprowadza się do jednej nudnej bagietki. Mamy jeszcze na przykład tradition, bagietkę z odrobiną mąki razowej. Tradition aux graines, z różnymi ziarnami, bardzo lubię. Bagietkę posypaną sezamem; banette, która różni się chyba tylko kształtem – ma spiczaste końce. Viennoise, która zawiera trochę cukru i mleka, przypomina naszą chałkę. I moje ostatnie odkrycie:
– A co to jest, to w tym koszu? – zainteresowałam się pewnego dnia.
– To jest italienne, taki chleb z oliwą – odrzekła sprzedawczyni.
– Poproszę, spróbuję – zarządziłam, i chwilę później się zakochałam. Nie wiem, czy to ma faktycznie coś wspólnego z jakimś chlebem robionym we Włoszech, ale jest genialne. Ma leciutko wyczuwalną w smaku nutę oliwy, posypane jest czarnuszką, i chyba byłabym w stanie zjeść całe za jednym zamachem. Samo.

Przestroga i spostrzeżenie

Przestroga: nie wkładajcie sobie biletu parkingowego do paszczy, a jeśli już to zrobicie, to nie wyjmujcie go następnie gwałtownym ruchem, gdyż możecie go wyjąć z kawałkiem wargi. Swojej. I to potem boli, a zwłaszcza przy jedzeniu sałaty z winegretem.

Spostrzeżenie: tak już przywykłam do drogowych obyczajów francuskich, że kiedy w Polsce samochód, który wpuściliśmy przed nas, zamrugał nam awaryjnymi, przez długą chwilę zastanawiałam się o co mu chodzi i gdzie on tu niby widzi korek, że przed nim ostrzega.

O obwodnicy

W Polsce było bardzo fajnie, ale nie będzie o tym. Będzie o obwodnicy. Obwodnica paryska jaka jest, każdy widzi… może nie każdy, ale jak nie
widzi, to się domyśla. Kształtem zbliżona do okręgu, zbudowana na
miejscu osiemnastowiecznych murów obronnych, zdrobniale zwana periphem,
przeważnie zakorkowana. Długości całkowitej ma 40 km, i obowiązuje na
niej ograniczenie prędkości do 80 kmh, surowo egzekwowane przez liczne
fotoradary. Bywa, że dwa pod rząd, co już uważam za czystą złośliwość.
Nie bardzo da się jechać szybciej, nawet jeśli akurat nie ma korka
(czyli być może o trzeciej rano, a i to tylko przy dobrej pogodzie) jeśli nie
chce się za to płacić, zresztą osobiście wątpię w sens. Maksymalnie
obwodnicą jedzie się 20 km, chyba że ktoś w trakcie zmienił zdanie lub
pomylił kierunek, ale przypadkami beznadziejnymi nie będziemy się tu
zajmować. Przy zachowaniu obowiązującej prędkości zajmie to kwadrans.
Przy hipotetycznej setce na liczniku – minut dziesięć, czyli zysku mamy całe pięć
minut, i albo byłoby to nader kosztowne pięć minut, albo trzeba znać na
na pamięć rozkład wszystkich radarów, i odpowiednio przyspieszać i
zwalniać.

Pewnego dnia napotkałam na tejże obwodnicy prośbę, żeby z powodu
zanieczyszczenia powietrza ograniczyć prędkość do 60 na godzinę. 
Dostosowałam się, bo nie miałam żadnego dobrego powodu, żeby tego nie
zrobić. Niestety otoczenie najwyraźniej miało. A Państwo by się
dostosowali?

O cudzie i dobrym uczynku

W zeszłym tygodniu mój wyjazd do Polski uznałam już za odwołany, i
nawet anulowałam urlop. Moje szanse na to, że
jednak pojadę, w rozmowie z kolegą oceniłam trzeźwo na 0,01%, a do koleżanki mówiłam
otwarcie o jakimś cudzie, który musiałby się wydarzyć. W weekend cud nastąpił.
Można go nazwać niezwykłym splotem okoliczności,  czynnikiem X, lub
jakkolwiek,  ale w swojej kategorii był to cud. Ochłonąwszy zastanowiłam
się, czy nie jest to znak, że powinnam się nawrócić, ale ten pomysł
upadł, bo nie wiem na jaką religię. Ostatnio byłam wszak w Maroku i
z zachwytem oglądałam meczety, więc a nuż to Allah interweniował.
Ogłosiłam więc urbi et orbi pragnienie spełnienia jakiegoś dobrego
uczynku. Oddałam wprawdzie na Czerwony Krzyż wszystkie posiadane monety,
ale czułam, że to nie wystarczy.

Poniedziałkowy poranek w pracy zaczęłam tekstem
– Szefie, szefie! Jesteś dziś taki przystojny!  A dasz mi jednak ten urlop?!
Wieczorem wyjęłam ze skrzynki moją korespondencję. Moją własną – oraz jeden
list z mnóstwem bardzo oficjalnych pieczęci, który ewidentnie nie był do
mnie. Zgadzały się dwie pierwsze litery nazwiska, poza tym kompletnie 
nic: ani imię, ani ulica, ani numer domu, i nawet nie były z grubsza
podobne. Wzruszyłam ramionami i postanowiłam umieścić list w koszu, no
bo co, nawet nie wiem gdzie ta ulica, a może na drugim końcu miasta, a
może w ogóle nie istnieje.
– Ktoś tu ostatnio chciał spełnić dobry uczynek – gromko odezwał się w
mojej głowie Głos. – To ma okazję. I jak to do kosza?! Czy tak postępują
ludzie, którym świeżo zdarzył się cud?!
Skuliłam się i złapałam mapę. Ulica docelowa była w zasięgu marszu.
Ubrałam się, zabrałam dziecię z rowerkiem i poszliśmy.  Odnaleźliśmy
numer z koperty, a tego strzegła BRAMA. Imponująca i wyłącznie na kod,
żadnego domofonu, i nikogo w zasięgu wzroku.
– No, to po moim dobrym uczynku, przecież nie przefrunę – westchnęłam.
Spojrzałam w niebo, ot tak, czy nie zanosi się aby na deszcz, a gdy
opuściłam oczy, do bramy zbliżała się pani z hulajnogą. Wystukała kod, po
czym otworzyła bramę. Przytrzymałam jej furtkę i weszłam za
nią, trochę nie wierząc własnemu szczęściu. Dalej już był normalny
domofon, adresat był w domu, i uprzejmie podziękował za list,  mimo
wyraźnego zaskoczenia.

Rok potopu

Powieść „Oryks i Derkacz” podobała mi się bardzo, a Atwood w ogóle od
dawna ogromnie lubię, cenię i uważałam za poważną kandydatkę do
literackiego Nobla. Nie rozumiem więc zupełnie, dlaczego „Rok potopu”
przenosiłam miesiącami z łóżka na stół, ze stołu na komodę, nie mogłam
się zdobyć, żeby ją w ogóle otworzyć,  i bezustannie znajdowałam sobie
inne lektury. W końcu otworzyłam, przeczytałam jedną kartkę i zamknęłam
książkę, kompletnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi. I nadal nie wiem, o
co mi chodziło, bo tego samego dnia o północy musiałam się siłą odrywać od strony 250.
Jak się już zacznie, to lektura wciąga, chociaż oryginalne to nie jest.
Nie jest to ciąg dalszy „Oryksa i Derkacza”, tylko historia równoległa.
Mamy życie po Bezwodnym Potopie, i w latach przed, relacjonowane przez
dwie kobiety na zmianę, przy czym akcja skupia się głównie na
przeżyciach Ren jako dziewczynki dorastającej w sekcie Bożych
Ogrodników, ekologów-wegetarian. Tekst powieści jest przeplatany ich
kazaniami i pieśniami (przyznaję, nie we wszystkie się wczytywałam). I
wszystko fajnie, czyta się znakomicie, świat jest bardzo plastyczny jak
to Atwood potrafi, akcja się rozwija, kulminuje, iii… i po zamknięciu
książki zorientowałam się nagle, że według Atwood kataklizm przetrwali
właściwie tylko Boży Ogrodnicy, nie bardzo wiadomo czemu. Bo tak. Bo nie
krzywdzili zwierzątek i umieli hodować roślinki, chyba. A inżynieria
genetyczna jest z gruntu zła, wiadomo, i to wszystko przez nią. Jakby to
był debiut jakiegoś obiecującego dwudziestolatka z lat 60-tych wieku
ubiegłego, to niech będzie, ale to jest powieść Atwood, z wieku XXI,
która ma na okładce porównanie do Orwella, doprawdy nie wiem skąd
wytrzaśnięte. Uczucia mam mocno mieszane, bo jest to zdecydowanie za
dobrze napisane jak na treść, którą przemyca. Przeważa jednak
rozczarowanie i lekka irytacja. Chyba że to ma być lektura dla
piętnastolatków, wtedy niech już jej będzie.