O cudzie i dobrym uczynku

W zeszłym tygodniu mój wyjazd do Polski uznałam już za odwołany, i
nawet anulowałam urlop. Moje szanse na to, że
jednak pojadę, w rozmowie z kolegą oceniłam trzeźwo na 0,01%, a do koleżanki mówiłam
otwarcie o jakimś cudzie, który musiałby się wydarzyć. W weekend cud nastąpił.
Można go nazwać niezwykłym splotem okoliczności,  czynnikiem X, lub
jakkolwiek,  ale w swojej kategorii był to cud. Ochłonąwszy zastanowiłam
się, czy nie jest to znak, że powinnam się nawrócić, ale ten pomysł
upadł, bo nie wiem na jaką religię. Ostatnio byłam wszak w Maroku i
z zachwytem oglądałam meczety, więc a nuż to Allah interweniował.
Ogłosiłam więc urbi et orbi pragnienie spełnienia jakiegoś dobrego
uczynku. Oddałam wprawdzie na Czerwony Krzyż wszystkie posiadane monety,
ale czułam, że to nie wystarczy.

Poniedziałkowy poranek w pracy zaczęłam tekstem
– Szefie, szefie! Jesteś dziś taki przystojny!  A dasz mi jednak ten urlop?!
Wieczorem wyjęłam ze skrzynki moją korespondencję. Moją własną – oraz jeden
list z mnóstwem bardzo oficjalnych pieczęci, który ewidentnie nie był do
mnie. Zgadzały się dwie pierwsze litery nazwiska, poza tym kompletnie 
nic: ani imię, ani ulica, ani numer domu, i nawet nie były z grubsza
podobne. Wzruszyłam ramionami i postanowiłam umieścić list w koszu, no
bo co, nawet nie wiem gdzie ta ulica, a może na drugim końcu miasta, a
może w ogóle nie istnieje.
– Ktoś tu ostatnio chciał spełnić dobry uczynek – gromko odezwał się w
mojej głowie Głos. – To ma okazję. I jak to do kosza?! Czy tak postępują
ludzie, którym świeżo zdarzył się cud?!
Skuliłam się i złapałam mapę. Ulica docelowa była w zasięgu marszu.
Ubrałam się, zabrałam dziecię z rowerkiem i poszliśmy.  Odnaleźliśmy
numer z koperty, a tego strzegła BRAMA. Imponująca i wyłącznie na kod,
żadnego domofonu, i nikogo w zasięgu wzroku.
– No, to po moim dobrym uczynku, przecież nie przefrunę – westchnęłam.
Spojrzałam w niebo, ot tak, czy nie zanosi się aby na deszcz, a gdy
opuściłam oczy, do bramy zbliżała się pani z hulajnogą. Wystukała kod, po
czym otworzyła bramę. Przytrzymałam jej furtkę i weszłam za
nią, trochę nie wierząc własnemu szczęściu. Dalej już był normalny
domofon, adresat był w domu, i uprzejmie podziękował za list,  mimo
wyraźnego zaskoczenia.

Rok potopu

Powieść „Oryks i Derkacz” podobała mi się bardzo, a Atwood w ogóle od
dawna ogromnie lubię, cenię i uważałam za poważną kandydatkę do
literackiego Nobla. Nie rozumiem więc zupełnie, dlaczego „Rok potopu”
przenosiłam miesiącami z łóżka na stół, ze stołu na komodę, nie mogłam
się zdobyć, żeby ją w ogóle otworzyć,  i bezustannie znajdowałam sobie
inne lektury. W końcu otworzyłam, przeczytałam jedną kartkę i zamknęłam
książkę, kompletnie nie rozumiejąc, o co mi chodzi. I nadal nie wiem, o
co mi chodziło, bo tego samego dnia o północy musiałam się siłą odrywać od strony 250.
Jak się już zacznie, to lektura wciąga, chociaż oryginalne to nie jest.
Nie jest to ciąg dalszy „Oryksa i Derkacza”, tylko historia równoległa.
Mamy życie po Bezwodnym Potopie, i w latach przed, relacjonowane przez
dwie kobiety na zmianę, przy czym akcja skupia się głównie na
przeżyciach Ren jako dziewczynki dorastającej w sekcie Bożych
Ogrodników, ekologów-wegetarian. Tekst powieści jest przeplatany ich
kazaniami i pieśniami (przyznaję, nie we wszystkie się wczytywałam). I
wszystko fajnie, czyta się znakomicie, świat jest bardzo plastyczny jak
to Atwood potrafi, akcja się rozwija, kulminuje, iii… i po zamknięciu
książki zorientowałam się nagle, że według Atwood kataklizm przetrwali
właściwie tylko Boży Ogrodnicy, nie bardzo wiadomo czemu. Bo tak. Bo nie
krzywdzili zwierzątek i umieli hodować roślinki, chyba. A inżynieria
genetyczna jest z gruntu zła, wiadomo, i to wszystko przez nią. Jakby to
był debiut jakiegoś obiecującego dwudziestolatka z lat 60-tych wieku
ubiegłego, to niech będzie, ale to jest powieść Atwood, z wieku XXI,
która ma na okładce porównanie do Orwella, doprawdy nie wiem skąd
wytrzaśnięte. Uczucia mam mocno mieszane, bo jest to zdecydowanie za
dobrze napisane jak na treść, którą przemyca. Przeważa jednak
rozczarowanie i lekka irytacja. Chyba że to ma być lektura dla
piętnastolatków, wtedy niech już jej będzie.