Huśtawki a sprawa imigrantów

Ze zdumieniem odnotowałam, że z placu zabaw znikły huśtawki. Stelaż został, nie było lin i siedzisk. Pomyślałam, że musieli zabrać do naprawy – ale tak w środku sezonu wakacyjnego, nie w zimie? Trudno, nie ma to nie ma, zajęliśmy się innymi rozrywkami. Na ławce nieopodal siedziała starsza pani, na którą zwróciłam uwagę, bo robiła na drutach. Pomyślałam, że to taki archetyp babci, i nieco się rozczuliłam. Do czasu, kiedy pani nie odłożyła drutów i nie zwróciła się do swojej sąsiadki
– A te huśtawki to na pewno ukradli, wie pani?
„E, ktoś by kradł stare huśtawki? W dodatku nietypowe, bo z czterema punktami zaczepu, a nie dwoma?” pomyślałam sobie w duchu, ale może i była w tym stwierdzeniu racja.
– Co pani powie? Ale przecież to ciężkie, i plac na noc zamykany – druga pani też miała wątpliwości.
– Ukradli, ja pani mówię! Imigranci ukradli! A potem wywiozą do Rumunii! – pierwsza pani dopiero się rozkręcała, i zaczęła przedstawiać całą teorię spiskową. Poczułam się nieco niewyraźnie. Odeszliśmy w drugi koniec planu, wróciliśmy po jakiejś półgodzinie, druty leżały zapomniane, a pani nadal zawzięcie perorowała o ogólnym zepsuciu świata, to znaczy Paryża i jego okolic. I że kiedyś to spokojnie mogli nie zamykać drzwi do domu, a teraz, wiadomo, imigranci.

„Wspomnienia i podróże” Żeromskiej

Rozumiem, dlaczego niektórzy uprzedzali, że kolejne tomy Żeromskiej są nudne. W trzecim skupia się, zgodnie z tytułem, na podróżach do Izraela i Włoch, opisując je z niewiarygodną ilością szczególików i drobiażdżków. Rozumiem, prowadziła notatki na bieżąco, z myślą o matce i swoim partnerze życiowym; ale mimo wszystko, zaskakuje mnie spisywanie, w jaki sweterek się ubrała, jaką sukienkę kupiła, gdzie, za ile. I nie że raz, jedną szczególną, bo to byłoby oczywiste: tych sukienek i sweterków tam się przewija co najmniej kilkanaście. A jednak lektura nie nudzi (może czasem nieco nuży), bo poza tym Żeromska ma fantastyczny dar obserwacji, i niektóre jej opisy są lepsze niż rzeczywistość, cudownie plastyczne. Bardzo lubię jej opisy malarstwa. Uwielbiam, jak znienacka wsadza drobną złośliwostkę na koniec poważnego akapitu. Zastanawiałam się w trakcie lektury, czy nie przydałaby się temu jakaś redakcja, żeby to nieco skondensować: ale to by się nie dało bez odebrania jej potoczystości stylu. Poza tym czuję pokrewieństwo duchowe z tą panią w wieku mojej babci, bo ona też się wszystkim zachwyca. Oprócz tego, czym się nie zachwyca, ale wtedy wyjaśnia dlaczego, co lubię bardzo.

Plac Babel

Huśtałam syna na placu zabaw usiłując go przekonać, żeby robił to sam, i zastanawiałam się intensywnie, w jakim języku mówi pani obok. Przemawiała do córeczki obficie, i nie było to podobne zupełnie do niczego. Z twarzy i ubioru pani też nie wyróżniała się kompletnie niczym: karnacja ciemniejsza od mojej, ale tym może się poszczycić jakieś 95% ludzkości, włosy ciemne, ale nie kruczoczarne. Jak nie mogę rozpoznać języka, to obstawiam sobie węgierski, bo ten też jest niepodobny do niczego, to jednak nie brzmiało jak węgierski, w którym kiedyś znałam liczebniki i kilka podstawowych zwrotów. Za śpiewne było. Na Finkę zdecydowanie nie wyglądała. Gdyby nie to, że to nie był arabski, powiedziałabym, że arabski. Hinduską też nie była. Uwagę moją odwrócił pan, który podszedł i spytał po francusku, czy mówię po polsku. Nie wyparłam się i czekałam, że odezwie się w języku mym ojczystym, ale on odwrócił się do żony i zagadał do niej po rosyjsku. Uśmiechnęłam się do bratniej duszy słowiańskiej i z sympatii dla języka, oraz pożałowałam, że nie mam talentów społecznych takich, żeby bezczelnie zagadać do nich i wyjawić, jak bardzo ubolewam nad faktem, że znajomość rosyjskiego utraciłam, choć może jednak nie bezpowrotnie (ale co ich to w końcu obchodzi). A potem pani od tajemniczego języka odezwała się do mnie po angielsku, więc nie oparłam się już pokusie spytania, skąd jest, i już wiem. Doprawdy powinnam była na to wpaść od razu. Spróbują Państwo zgadnąć?

Chciałabym pancerną dętkę

Jeśli się wybierzecie do paryskiego pubu James Joyce, to nie dziwcie się, gdy po pierwszym mojito okaże się, że drugiego nie będzie. Uroczy irlandzki barman (i przeraźliwie młody, czy oni teraz dzieci zatrudniają?) wytłumaczy w języku frangielskim, że urządzenie do kruszenia lodu „ça… c’est… broken!”. No cóż. Do tequila sunrise kruszony lód nie jest na szczęście wymagany. Ale i tak moim ukochanym drinkiem (nie licząc ponadczasowej żubrówki z sokiem jabłkowym, ale tej w ofercie pubu nie było) pozostaje mojito. Już jedno wystarczy, żeby przejąć władzę nad moim mózgiem. I tak, gdy wyszłam z pubu i odkryłam, że mój środek transportu ma beznadziejnego flaka (pięć dni po zmianie dętki), mojito zupełnie się nie przejęło.
– I co z tego, pojedziemy autobusem – oświadczyło radośnie.
– Nie wpuszczą mnie z rowerem, to przecież Francja – zaoponowałam nieśmiało autonomiczną resztką mózgu.
– E tam, nie wpuszczą! – prychnęło mojito, zaprowadziło mnie na przystanek (wiedziało, gdzie jest, w przeciwieństwie do mnie), a kiedy autobus przyjechał, uśmiechnęło się do kierowcy i uprzejmie poprosiło o wpuszczenie z rowerem, gdyż flak. Kierowca bez słowa otworzył środkowe drzwi, i tak ku swemu zdumieniu dojechałam prawie pod dom. Zastanawiam się czy dałoby się moją firmę przekonać, że jeśli zasponsorują mi codzienną dawkę mojito, to będę znacznie lepszym pracownikiem: błyskotliwym, nieustraszonym i twórczym.

Nieoczekiwane implikacje posiadania kasku

Kupiłąm sobie ostatnio kask do jeżdżenia na rowerze, i odkryłam dzięki temu, że ludzie dzielą się na tych, którzy mówią „ojej, dopiero teraz?!” i tych, którzy mówią „ojej, a po co ci” albo z przekąsem „no, no, no, ale jesteś wyekwipowana”. Kask nabyłam wyłącznie z rozsądku i chodziłam wokół niego długo, bo wszystkie przymierzane kaski były absolutnie niekompatybilne z moją głową. Dobry okazał się wyłącznie ten najdroższy. Przemówiłam sobie w końcu do rozumu argumentem „a jak będziesz leżała w szpitalu w śpiączce, to na co ci wtedy się przyda to zaoszczędzone 60€?”. Argument okazał się nie do zbicia.

Skoro mam kask, to go noszę, nawet jadąc rowerem do hipermarketu, co uczyniłam dziś. Weszłam do sklepu i zaczęłam się zastanawiać, jaki koszyk mam wziąć na swe zakupy.
– Madame! – zwrócił się do mnie ochroniarz. Spojrzałam na niego wzrokiem lekko nieprzytomnym.
– Czy ja mogę zobaczyć pani włosy? – zapytał dość uprzejmie, ale jednak stanowczo. Zrobiłam minę upodobniającą mnie do niezbyt inteligentnego karpia wyjętego znienacka z wody, a potem do mnie dotarło. Zdjęłam z głowy kask i przeczesałam włosy dłonią uśmiechając się do ochroniarza. Oduśmiechnął się do mnie i skinął, że wszystko ok. Musiałam jednak nawet bez kasku wyglądać podejrzanie, bo zasłużyłam również na kontrolę zakupów przy kasie.

Dziesięć lat bloga w paru liczbach

2829 notek, 253 z nich otagowanych „książki”. Doliczyłam się również 21 poznanych dzięki blogowi w realu osób, a mam pewnie drugie tyle na liście do poznania. Nie wyobrażam sobie, że moje życie mogłoby być uboższe o to wszystko.

W ramach nostalgicznych powrotów w przeszłość przeczytałam mimochodem większą część „Drogi do sf 3” (oczywiście szukałam tam tylko jednej rzeczy i oczywiście skończyło się jak zwykle) i powiadam, że „Dzień milionowy” Pohla to niesłychanie aktualne opowiadanie jest. I genialne, zresztą. Chociaż z roku 1966, czyli starsze nawet niż mój blog.