Pożegnanie z

Bardzo proszę czule pożegnać niniejszy szablon, gdyż jak sporo z was wie, blog przenosi się na platformę wordpress. Można się już przenieść samemu, ale postanowiłam zastosować bierny opór; a tak naprawdę nie mam czasu się tym zajmować, i w dodatku za chwilę wyjeżdżam na wakacje. Podejrzewam, że jak wrócę, to blog będzie już przeniesiony. Ufam, że zawartość nie zginie, a wyglądem zajmę się później. Proszę się zatem nie przejmować ewentualnymi zmianami, konstruktywne uwagi zawsze można umieszczać w komentarzach. Wyrazy tęsknoty również.

Wracając przez Lasek Buloński

Tym razem byłam przygotowana na widoki w Lasku Bulońskim, chociaż ta jedna w obcisłym (to nie jest do końca właściwe słowo, ale nie znajduję lepszego) kusym czerwonym lateksie to mi się kiedyś przyśni, i obudzę się z wrzaskiem. Zaskoczył mnie więc kto inny. Wracałam sobie spokojnie rowerem, a tu nagle zatrzymała mnie taksówka jadąca z przeciwka. Na ogół to człowiek zatrzymuje taksówki, ale wiadomo, ja muszę mieć na odwrót. „Ki czort, TAKSÓWKARZ będzie mnie o drogę pytał?!”, zdążyłam pomyśleć z niedowierzaniem, kiedy kierowca wychylił się przez okno.
– S’il vous plaît Madame, gdzie tu można wypożyczyć rower? – zapytał uprzejmie.
– Yyyyy uuuuuuuu mmmmmmm hmmmmmm – odparłam. – Eeeeeeee – dorzuciłam. – No, Vélib przecież jest, i na pewno gdzieś w pobliżu będzie – odzyskałam zdolność myślenia, chociaż tylko częściowo, bo w tyle głowy miałam „TAKSÓWKARZ paryski niby nie wie, że są Véliby? To ukryta kamera jest czy co?!”
– Nie, nie – odrzekł taksówkarz. – Nie Vélib, taki rower jak ten – wskazał na mój pojazd.
– Bardzo mi przykro, ale to mój osobisty rower – uniosłam się nieco dumą – i nie mam pojęcia, gdzie można wypożyczyć podobny…
Zasmucony taksówkarz odjechał, a mnie oczywiście dręczy pytanie, co takiego ma w sobie mój pojazd, że wygląda na wypożyczony. Właściwie to nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.

Człowiek z wysokiego zamku

Wtem przeczytałam „Człowieka z wysokiego zamku” Dicka, gdyż sam do mnie przyszedł w nowym bardzo ładnym wydaniu Rebisu. Nie była to moja pierwsza lektura tego dzieła, ani nawet piąta, ale od ostatniej minęło już lat naście, i bardzo ucieszyłam się perspektywą kolejnej. A także lekko zaniepokoiłam, jak też po latach wypadnie konfrontacja z najlepszą książką Dicka, ale niepotrzebnie. Nadal jest znakomita. Mamy tu historię alternatywną – są lata 60-te, lecz to Niemcy i Japonia wygrały wojnę, podzielone Stany są pod okupacją japońską, a w Rzeszy wybierany jest nowy kanclerz po śmierci Bormanna. Dick fantastycznie wygrywa zderzenie mentalności, kultur Wschodu i Zachodu. Przemyca tam również patriotyczne wstawki o rzeczywistej wyższości swego narodu, ale robi to na tyle subtelnie, że mieści się w konwencji i dodaje wiarygodności postaciom. A z drugiej strony widać jego fascynację I-Ching, do której odwołań jest tu niemal na granicy wytrzymałości czytelnika.

Typowa dla Dicka jest narracja rozbita na kilku równorzędnych bohaterów i częste zmiany punktu widzenia, co jeszcze urealnia świat przedstawiony. Na deser mamy drugą cechę charakterystyczną dla tego pisarza: podejrzenie, że świat nie jest prawdziwy. Pomysł doprowadzony w jego twórczości (i życiu) do obesji, ale akurat tutaj jest wisienką na torcie, ledwie zasygnalizowany pod koniec, i tak zostawiony w zawieszeniu. Olśniewająca książka, niewątpliwie jedna z najznakomitszych w szeroko pojętym gatunku fantastycznym, i jedna z największych również w całej literaturze dwudziestowiecznej. A teraz niech do mnie przyjdzie „Ubik”.

Gazetom nie, lecz czemu

Przyznaję, było to wredne, i w dodatku celowe. Pozwoliłam panu po drugiej stronie kabla telefonicznego wygadać się do woli w kwestii proponowanej mi nadzwyczaj korzystnej prenumeraty gazet. Uczciwie informowałam trzykrotnie, że nie jest to oferta mnie interesująca; nie, nadal nie jest; nie, naprawdę nie. W końcu pan zainteresował się, czemuż mianowicie nie jest ona interesująca, gdy on mnie usilnie przekonuje, że jest. Tu właśnie wkroczyłam na wąską i wyboistą ścieżkę mijania się z prawdą (lecz choć piekielnie niebezpieczna, jakże jednak bywa czasem skuteczna w docieraniu do do celu!)
– Bo żeby skorzystać z gazet, trzeba umieć czytać po francusku, a jak pan słyszy, ja już z mówieniem mam spore problemy, a co dopiero z czytaniem … – wyjaśniłam, starannie pilnując, aby akcent mój ciężki i słowiański nadawał należytego prawdopodobieństwa wypowiedzi. Rozmówcę mego zatkało.
– A może w takim razie mąż? Mąż czyta gazety? – spróbował jeszcze chytrze.
– Nie mam męża – odparłam, radując się w duchu, że przynajmniej ten fragment konwersacji zgodny jest ze status quo.
– Ojej, jak mi przykro! Strasznie przepraszam! – wykrzyknął rozmówca i się rozłączył, mnie zaś dręczą dwa pytania. Po pierwsze dlaczego było mu przykro, a po drugie czy jeszcze zadzwoni.

The woman who died a lot

Gdyby mi ktoś kazał zdefiniować gatunek literacki uprawiany przez Fforde’a, to podałabym następującą formułę: 33% fantastyki, 33% kryminału, 33% satyry, i 1% szaleństwa. Jest niewątpliwie pokrewny Pratchettowi i Douglasowi Adamsowi, ale już ci dwaj są wystarczająco różni od siebie, a Fforde też właściwie do żadnego nie jest podobny. W każdym razie siódmy(!!) tom Thursday Next, „The woman who died a lot”, jest co najmniej równie dobry niż poprzednie, a od niektórych nawet lepszy. Fforde wraca tu do starej dobrej formuły, czyli mamy ulubioną bohaterkę wraz z rodziną oraz reaktywowane oddziały SpecOps, literackich detektywów, ale nie pod wodzą Thursday, która otrzymuje prestiżowe stanowisko Chief Librarian. Że to nie brzmi ciekawie? Tym razem jednak tak: jesteśmy w świecie, gdzie biblioteki i bibliotekarze się liczą być może najbardziej ze wszystkich instytucji, a czytanie książek jest dla obywateli ważniejsze niż odżywianie się. Rozumiemy się z Ffordem, jak widać, i gdyby tylko przenosiny do jego świata były możliwe…

W tym tomie dość szybko wiemy więcej niż Thursday, narratorka, i to jest wyjątkowo irytujące. Znacie pewnie to uczucie, kiedy czytelnik powtarza bohaterowi „otwórz oczy, zobacz, to on kopie pod tobą dołki, no zobacz!”i może tylko dalej bezradnie czytać, bo bohater nijak nie chce usłyszeć. Jak znam Fforde’a, to zabieg był celowy, żeby raz jeszcze kazać się zastanowić nad relacją dzieła i odbiorcy, bohatera papierowego i czytelnika. Ale oczywiście można sobie tym nie zawracać głowy i bawić się tylko satyrycznymi wstawkami oraz śledzić intrygę kryminalną. Zapewnienie na okładce, że to jest książka wielopoziomowa, jest wyjątkowo prawdziwe.

I jeszcze jedno: nader rzadko zdarza się w literaturze rozrywkowej bohaterka, która ma 54 lata, dorastające dzieci, i w dodatku świeżo po poważnym wypadku, więc wszyscy jej mówią, że musi zwolnić tempo, a ona czuje na karku oddech młodszych, mówiących bez ogródek, że zamierzają być jak Thursday, tylko lepiej. Nie bardzo wiem jak Fforde’owi udało się poruszyć ten delikatny temat, ale udało się. Zwalniałam tempo lektury jak tylko mogłam, żeby dłużej się delektować. Na ostatniej stronie na twarz wypłynął mi jednak szeroki, radosny i szczery uśmiech, kiedy przeczytałam, że Thursday powróci w tomie ósmym. Jest na co czekać.