The woman who died a lot

Gdyby mi ktoś kazał zdefiniować gatunek literacki uprawiany przez Fforde’a, to podałabym następującą formułę: 33% fantastyki, 33% kryminału, 33% satyry, i 1% szaleństwa. Jest niewątpliwie pokrewny Pratchettowi i Douglasowi Adamsowi, ale już ci dwaj są wystarczająco różni od siebie, a Fforde też właściwie do żadnego nie jest podobny. W każdym razie siódmy(!!) tom Thursday Next, „The woman who died a lot”, jest co najmniej równie dobry niż poprzednie, a od niektórych nawet lepszy. Fforde wraca tu do starej dobrej formuły, czyli mamy ulubioną bohaterkę wraz z rodziną oraz reaktywowane oddziały SpecOps, literackich detektywów, ale nie pod wodzą Thursday, która otrzymuje prestiżowe stanowisko Chief Librarian. Że to nie brzmi ciekawie? Tym razem jednak tak: jesteśmy w świecie, gdzie biblioteki i bibliotekarze się liczą być może najbardziej ze wszystkich instytucji, a czytanie książek jest dla obywateli ważniejsze niż odżywianie się. Rozumiemy się z Ffordem, jak widać, i gdyby tylko przenosiny do jego świata były możliwe…

W tym tomie dość szybko wiemy więcej niż Thursday, narratorka, i to jest wyjątkowo irytujące. Znacie pewnie to uczucie, kiedy czytelnik powtarza bohaterowi „otwórz oczy, zobacz, to on kopie pod tobą dołki, no zobacz!”i może tylko dalej bezradnie czytać, bo bohater nijak nie chce usłyszeć. Jak znam Fforde’a, to zabieg był celowy, żeby raz jeszcze kazać się zastanowić nad relacją dzieła i odbiorcy, bohatera papierowego i czytelnika. Ale oczywiście można sobie tym nie zawracać głowy i bawić się tylko satyrycznymi wstawkami oraz śledzić intrygę kryminalną. Zapewnienie na okładce, że to jest książka wielopoziomowa, jest wyjątkowo prawdziwe.

I jeszcze jedno: nader rzadko zdarza się w literaturze rozrywkowej bohaterka, która ma 54 lata, dorastające dzieci, i w dodatku świeżo po poważnym wypadku, więc wszyscy jej mówią, że musi zwolnić tempo, a ona czuje na karku oddech młodszych, mówiących bez ogródek, że zamierzają być jak Thursday, tylko lepiej. Nie bardzo wiem jak Fforde’owi udało się poruszyć ten delikatny temat, ale udało się. Zwalniałam tempo lektury jak tylko mogłam, żeby dłużej się delektować. Na ostatniej stronie na twarz wypłynął mi jednak szeroki, radosny i szczery uśmiech, kiedy przeczytałam, że Thursday powróci w tomie ósmym. Jest na co czekać.

5 thoughts on “The woman who died a lot

  1. Szkoda, że nie mogę go poczytać.

    A jak tam z przejściem na nowego bloga, też zwlekasz do ostatniej chwili?

  2. Właśnie, miałam przeczytać to, co nie wyszło po polsku. Czuję się pokrzywdzona, bo Fforde przypadł mi do gustu nader.

  3. batumi, straszna, okrutna i nieprzyzwoita szkoda. zwłaszcza że pratchett i adams w Pl się sprzedawali. nie ma żadnego powodu, dlaczego fforde nie miałby też. i dałby się przetłumaczyć.

    Zuzanka, dawaj. a potem pojedziemy do Swindon na ffiestę. a teraz czekam na drugi tom shades of grey 🙂

  4. kobieto, jak to mozliwe,jak to robisz, ze pracujac, z dzieckiem en bas age, tyle czytasz??
    za kazdym razem gdy tu jestem nasuwa mi sie to pytanie, wreszcie je wiec zadalam 🙂

    jeszcze dorzuce cos co swiadczyc bedzie o moich banalnych upodobaniach i prymitywnym guscie: zeby tak para salander/blomkvist mogla jeszcze powrocic w kolejnym tomie!! zycie byloby piekniejsze 🙂

  5. egoiste, jakie tyle?! strasznie mało czytam i ubolewam nad tym. a fforde’a w dużej części na placu zabaw akurat. mnie się larsson okropnie nie podobał, acz bohaterowie i owszem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s