Trzynasta opowieść

Będę jeszcze grzebać w tym szablonie, oraz nie wykluczam przenosin gdzie indziej, jeśli się nie dogadam z wordpressem, ale już tu wygląda nieco bardziej swojsko, prawda? To teraz będzie o książkach, bo dawno nie było i zaległości mi się porobiły.

Na wakacjach przeczytałam lekturę wakacyjną, „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield (bo mi Zuzanka kazała… znaczy, zachęciła). Początek kojarzył mi się nieco z Amélie Nothomb, którą bardzo lubię, czytuję namiętnie, i o której książkach nigdy nie piszę, bo to się nie da. Nothomb jest jednak znacznie bardziej zwięzła i odrealniona. Ujęło mnie też oczywiście od razu, że narratorka jest córką antykwariusza i kocha książki. Pewnego dnia otrzymuje propozycję spisania biografii umierającej niezwykle sławnej pisarki, Vidy Winter, która nigdy nikomu nie powiedziała prawdy o swoim pochodzeniu. Teraz powie. Dostajemy opowieść szkatułkową, bo narratorka też ma parę rzeczy o sobie do odkrycia, a dodatkowo włączają się wątki poboczne. Wciąga do ostatniej strony. Akcja umieszczona jest wyraźnie przed erą komórek i Internetu, informacji należy poszukiwać w archiwach i almanachach, a żeby z kimś pogadać, trzeba do niego pojechać. Zastanawiałam się, co mi tak w tym nie pasuje, mówiąc sobie, że może to jest po prostu powieść z lat 80 albo i wcześniejszych; ale nie, podskórne przeczucie, że to tylko stylizacja, się sprawdziło. Jest z 2006.

Trochę mnie drażniło to amerykańskie przekonanie, że każda rodzina ma swoją tajemnicę i nieznanych krewnych, dobre w serialu, w życiu chyba nieco mniej. Po czym sobie przypomniałam, że nie tak dawno gadałam ze szwagrem o własnej rodzinie: oprócz siostry rodzonej mam czworo rodzeństwa przyrodniego z trzech matek innych niż moja, a jedna z tych matek zadzwoniła kiedyś do mojej wyznając jej podziw, po czym popełniła samobójstwo. Szwagier za to rzekł, że on wie o trzech braciach przyrodnich, z których żaden nie pochodzi z Polski, tymczasem jego ojciec całe życie jest żonaty z jedną kobietą. Kiedy o swojej rodzinie zagadałam do koleżanki, ta najpierw się zdumiała, po czym rzekła, że ona wprawdzie brata przyrodniego ma tylko jednego, ale za to ojciec aktualnie żonaty jest po raz czwarty, z kobietą młodszą od niej. Wygląda na to, że to jednak życie, a nie seriale i powieści.

Zakochana bez pamięci

 

W sobotę wybrałam się na La Défense na pokaz Apparences, bo miały być fajerwerki, a ja jestem ich absolutną fanką. Uważam, że to fantastyczny i nader spektakularny sposób puszczania pieniędzy z dymem. Fajerwerki były, bardzo efektowne, a oprócz tego muzyka i obrazki wyświetlane http://www.youtube.com/watch?v=jeW6CPIH988 na La Grande Arche. Podobało mi się szczególnie, kiedy na łuku był obraz ognia, tak jakby płonął, i w to weszły ognie sztuczne. Przez chwilę złudzenie było idealne. A potem resztki fajerwerków zaczęły spadać mi prawie pod nogami i wokół mnie zrobiła się chwilowa panika. Na szczęście tłum nie był w tym miejscu gęsty, mieliśmy się gdzie wycofać, a za chwilę pilnujący interesu żandarmi poprzesuwali barierki. Niepotrzebne, bo kolejna fala fajerwerków zachowywała się już normalnie.
Potem wróciłam do domu i obejrzałam tę samą Défense w filmie, którego polski tytuł to „Zakochana bez pamięci”. Czterdziestoletnia szefowa wielkiego koncernu, matka dziecka i żona swego męża budzi się z amnezją, przekonana, że ma 26 lat i dopiero co poznała swego przyszłego męża. 15 ostatnich lat wymazało jej z pamięci, jakby się przeniosła w czasie. Fantastyczna rola Juliette Binoche – scena, kiedy widzi się w lustrze jako czterdziestolatka, jest naprawdę niezła. Kilka zabawnych scen. Reszta straszliwie naiwna, bo niby jakim cudem po 15 latach kobieta potrafi się sprawnie i odruchowo posługiwać smartfonem? Jakim cudem osoba, która skończyła studia w pierwszej połowie lat 90-tych, i która nie ma pojęcia, co wydarzyło się na świecie przez następną dekadę, może nadal pracować na wysokim stanowisku i podejmować ważne decyzje? Film jednak się skupia na relacji małżeńskiej, chyba trochę szkoda, bo można było ciekawiej potraktować temat. W każdym razie uświadomiłam sobie, że gdyby tak mnie wycięło ostatnie 10 lat z życia, to w żaden sposób bym się nie odnalazła w obecnej rzeczywistości. Ale mam wątpliwości, czy wynika z tego coś poza konstatacją, że człowiek się jednak zmienia z czasem.

W sobotę wybrałam się na La Défense na pokaz Apparences, bo miały być fajerwerki, a ja jestem ich absolutną fanką. Uważam, że to fantastyczny i nader spektakularny sposób puszczania pieniędzy z dymem. Fajerwerki były, bardzo efektowne, a oprócz tego muzyka i obrazki wyświetlane na La Grande Arche. Podobało mi się szczególnie, kiedy na łuku był obraz ognia, tak jakby płonął, i w to weszły ognie sztuczne. Przez chwilę złudzenie było idealne. A potem resztki fajerwerków zaczęły spadać mi prawie pod nogami i wokół mnie zrobiła się chwilowa panika. Na szczęście tłum nie był w tym miejscu gęsty, mieliśmy się gdzie wycofać, a za chwilę pilnujący interesu żandarmi poprzesuwali barierki. Niepotrzebne, bo kolejna fala fajerwerków zachowywała się już normalnie.
Potem wróciłam do domu i obejrzałam tę samą Défense w filmie, którego polski tytuł to „Zakochana bez pamięci”. Czterdziestoletnia szefowa wielkiego koncernu, matka dziecka i żona swego męża budzi się z amnezją, przekonana, że ma 26 lat i dopiero co poznała swego przyszłego męża. 15 ostatnich lat wymazało jej z pamięci, jakby się przeniosła w czasie. Fantastyczna rola Juliette Binoche – scena, kiedy widzi się w lustrze jako czterdziestolatka, jest naprawdę niezła. Kilka zabawnych scen. Reszta straszliwie naiwna, bo niby jakim cudem po 15 latach kobieta potrafi się sprawnie i odruchowo posługiwać smartfonem? Jakim cudem osoba, która skończyła studia w pierwszej połowie lat 90-tych, i która nie ma pojęcia, co wydarzyło się na świecie przez następną dekadę, może nadal pracować na wysokim stanowisku i podejmować ważne decyzje? Film jednak się skupia na relacji małżeńskiej, chyba trochę szkoda, bo można było ciekawiej potraktować temat. W każdym razie uświadomiłam sobie, że gdyby tak mnie wycięło ostatnie 10 lat z życia, to w żaden sposób bym się nie odnalazła w obecnej rzeczywistości. Ale mam wątpliwości, czy wynika z tego coś poza konstatacją, że człowiek się jednak zmienia z czasem.

 

I ostatni kawałek

Ostatnim krajem na drodze powrotnej była Szwajcaria. Jechałam tam cudownie piękną A5 z widokiem na Alpy, tak olśniona ogromem przestrzeni i ciągle zmieniającymi się górami, że nie byłam w stanie jechać szybciej niż setką. Wyjątkowo piękna droga, na której samochody wydają się małe i nieważne w obliczu otoczenia. Na Przełęczy Św. Bernarda wysunęłam z samochodu gołe ramię, żeby zapłacić za przejazd, i wzdrygnęłam się gwałtownie.
– Ależ zzzziiimno! – poskarżyłam się panu przyjmującemu opłaty. Faktycznie – na dole we Włoszech było prawie 30 stopni, na górze zaś 7. W Szwajcarii w ogóle tamtego dnia pogoda była bardzo deszczowa i chłodna.

Odwiedziliśmy Swiss Vapeur Parc – oto dowód na to, że nie tylko Polacy potrafią wymyślać takie potworne częściowo zangielszczone łamańce, ale poza nazwą jest to miejsce całkiem sympatyczne. Założone przez paru zapalonych wielbicieli parowozów gości rozmaite pociągi w miniaturze, ale akurat takiej wielkości, że można nimi jeździć, siadając okrakiem na twardej ławeczce. Zbudowane tam są w odpowiedniej skali rozmaite mostki, tuneliki, i budynki, z których najbardziej mnie ujęła pieczołowicie wykonana replika kościoła w Saanen. W ogóle przypomniały mi się czytane w dzieciństwie książki o rodzinie Pożyczalskich. („Guliwer” natomiast mi się nie przypomniał, ponieważ zupełnie nie mam sentymentu do tej książki, strasznie mnie denerwowała, chociaż już nie pamiętam czemu.)

Niedaleko znajdują się baseny termalne Les Bains de Lavey. W kwestii basenu termalnego trudno o zaskoczenie, bo niewiele da się wymyślić poza ciepłą wodą, bąbelkami, sztuczną rzeką i masującymi strumieniami wody. A jednak tu się udało. W Lavey o określonej godzinie odbywa się koncert muzyki klasycznej – podwodny. Nad wodą nie słychać niczego, należy zanurzyć uszy, w tym celu rozdają nawet materacyki, ale ja wolałam położyć się po prostu na powierzchni wody bez wspomagania. Efekt jest dość zabawny, i podobno bardzo odstresowujące jest takie całkowite zanurzenie się w muzyce.

Jeszcze chwilę wspominam

Pod koniec mego chorwackiego urlopu przejechałam przez Jeziora Plitwickie, choć nieco się wahałam, bo…
– Niby co, ja jezior nie widziałam w życiu? – wyraziłam głośno swe wątpliwości.
– Nie, TAKICH nie widziałaś – rzekła moja siostra stanowczo, rzucając mi spojrzenie pełne politowania. I miała rację. Te jeziora ułożone są piętrowo, a między nimi przelewa się woda w postaci wodospadów, wodospadków, kaskad, pryszniców, potoczków, strumieni: istna orgia wodna. Dla turystów przewidziano kilka tras, my zrobiliśmy krótszą ósemkę. Najpierw podjazd pod górę krzyżówką autobusu z pociągiem, potem zejście wśród wód, często po sprytnie wkomponowanych w otoczenie pomostach, potem kawałek łódką i znów spacerem powrót do punktu wyjścia. Piękno tego parku narodowgo znajdującego się na liście światowego dziedzictwa UNESCO jest nieopisywalne, woda idealnie czysta, pierwszy raz widziałam takie tłumy nieruchomo stojących ryb. Organizacja też się chwali, jakoś mimo licznych tabunów zwiedzających udało im się zachować czystość i porządek.

Od Plitwickich jest tylko nieco ponad 200 km do słoweńskiej jaskini Postojnej, więc skorzystałam z okazji. Jaskiń też już wprawdzie kilka w życiu widziałam, ale jeszcze nigdy takiej, przez którą przejeżdża się kolejką. Jazda robi spore wrażenie, zwłaszcza te niskie stropy, gdzie człowiek instynktownie chowa głowę w ramionach, żeby się nie zderzyć z sufitem. Potem się wysiada i idzie pieszo za przewodnikiem, do wyboru angielskim, włoskim, słoweńskim i bodaj niemieckim. Śliczne, efektownie oświetlone, bardzo różnorodne stalaktyty, stalagmity, i inne nacieki, większość idealnie biała. Najsławniejszy stalagmit nazwali Diament, nie wiem czemu, bo przypomina do złudzenia gigantyczny lód śmietankowy. Ciekawostką jest mostek zwany Rosyjskim, zbudowany przez rosyjskich jeńców w czasie I Wojny Światowej. Na końcu natomiast jest akwarium, gdzie trzymają endemicznie tam występującego ślepego bezpigmentowego płaza, którego anglojęzyczna przewodniczka nazwała „human fish”. A na samym końcu można sobie takiego kupić w wersji pluszowej, w sklepiku z pamiątkami znajdującym się w samej jaskini, w grocie zwanej Koncertową. Daje się tam owszem koncerty, ale wyłącznie wokalne, bo wilgoć szkodzi instrumentom. Potem wyjeżdża się z powrotem kolejką w suchy upał zewnętrza i kończy zwiedzanie. Ciekawostka: w jaskini jest oczywiście stała temperatura +8, więc na wejściu można sobie za jedyne 3,5 € wypożyczyć okrycie wierzchnie. O wszystkim pomyśleli. Ja byłam przezornie zaopatrzona w polar, ale widziałam takich, którzy z wypożyczalni skorzystali.

Dubrownik

Pamiętałam doskonale z pierwszej wizyty biały, gładki, lśniący, jakby wiecznie wilgotny bruk starego miasta Dubrownika. Odnalazłam go z tym samym zachwytem, a wokół to samo białe miasto z imponującymi murami obronnymi i mnóstwem wąskich uliczek składających się wyłącznie ze schodeczków. Od dwóch lat można znów wjechać na górę Srdj (czy szanowne panie powiedzą mi, jak to się wymawia?) kolejką linową, zniszczoną podczas wojny domowej i teraz odnowioną. Na samej górze jest ruina fortu, w której urządzono Muzeum Wojny Domowej, ale podarowaliśmy sobie zwiedzanie. Natomiast widok z góry na to białe miasto, czerwone dachy, niebieskie morze i zieloną wyspę jest niezrównany. Łaziliśmy trochę po górze odkrywając okopy i wyobrażając sobie jak oni tam się bronili. Ja w ogóle nie pojmuję, jak można było chcieć zniszczyć Dubrownik, sam taki zamiar powinien być karalny. Całe szczęście, że im się nie udało.

Na głównej ulicy starego miasta są najlepsze lody na świecie, a konkretnie jeden smak, nazwany dla niepoznaki „owoce leśne”, ale smakujący jak niedbała mieszanka rozgniecionych truskawek ze śmietaną, aaaach. Kupiłam je najpierw przypadkowo dziecięciu, a kiedy machinalnie oblizałam skapujący kawałek, najpierw zamarłam, potem siłą i instynktem macierzyńskim powstrzymałam się przed brutalnym wyrwaniem dziecku całego loda i łapczywym jego zeżarciem, i pobiegłam kupić sobie takie same.

Zakochani w Rzymie

Ja jednak bardzo lubię Allena, co możliwe, że mi się z wiekiem nasiliło. Trafia mi idealnie w moje poczucie humoru i nie przeszkadza mi, że cały czas jest o tym samym. Na „Zakochanych w Rzymie” śmiałam się bardzo i bawiłam świetnie, aczkolwiek bynajmniej nie jest to najlepszy film Allena. Zaskoczyło mnie, jak mocno zbacza w stronę groteski, tego się nie spodziewałam, ale efekt uważam za znakomity. Allen ma tu cudowne wejście, w ogóle to on i świetny Benigni robią ten film. I Penélope Cruz też, w nader widowiskowej roli. W ogóle obsada bardzo trafiona, i podoba mi się, że Włosi mówią po włosku.

Ubolewam nad tym, że Allen nie chciał robić filmu w Warszawie, gdyż go nie inspiruje. A przecież jego wyczucie absurdu i stosowanie się do zasady „kochamy tylko te filmy, które już znamy” idealnie by się wpasowało w naszą mentalność. Oczywiście, Rzym ładniejszy; ale i tak szkoda.