Non omnis moriar

Od czasów nastoletniej młodości durnej i chmurnej wiem, że każdy umiera w samotności. Przyjmowałam to za pewnik absolutny, jedyny i podstawowy aksjomat gatunku homo sapiens, dopóki nie okazało się, że istnieją wyjątki. Chustka do nich należała. Nie umierała w samotności. Chyba tylko tego można sobie życzyć na ostatnie chwile: być tak otoczonym wsparciem bliskich, jak była Ona. I tak świadomie, tak intensywnie żyć – aż do samego końca.

Nauczyłam się z bloga Chustki, że można mówić o sprawach najtrudniejszych. Że warto. Że moja Matka mogła mnie przygotować na swoje odejście. To nie ja nie byłam na to gotowa, tylko ona. Lecz oczywiście wybaczam Jej to, bo wiem już dużo więcej, niż wiedziałam wtedy.

Zostanie nam blog; to dużo więcej, niż zostaje po wielu. A ja kiedyś nauczę się opłukiwać mojego syna po kąpieli bez natarczywej myśli, że temu małego chłopcu Mama już nigdy nie opłucze pleców. Kiedyś. Szybciej, niż mi się teraz wydaje. Jak zwykle.

Okulista sadysta

Wszyscy okuliści świata są tacy sami, zawsze lekko urażeni niezgodą mojego organizmu na instalowanie mi w oku trójlustra bez uprzedzenia, i z wyższością mówiący
– No, ale przecież to nie boli?
Nie boli, prawda, ale jest wyjątkowo niekomfortowe, jak ująłby to każdy nowoczesny spec od marketingu. Zawsze się zastanawiam, czy oni to już testowali na sobie, jakie było ich wrażenie, i czy może teraz się mszczą na pacjentach.
– A ten laser to gdzie pani robiła? – zapytał okulista, zapewne z góry wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
– W Polsce – rzekłam zgodnie z prawdą, domyślając się, co usłyszę dalej, ale było mi wszystko jedno, bo miałam trójlustro w osobistym oku mym, do którego jestem od urodzenia bardzo przywiązana i zdecydowanie wolę je we wersji bez trójlustra.
– Aha – mlasnął z zadowoleniem – widzi pani, on do niczego się nie przydaje, bo jest punktowo, a powinno się robić linią ciągłą…
Następna taka tortura za dwa lata. Albo trzy.

O języku, a jakże

Siedziałam w miejscu publicznym, syn grał ze mną w grę „1024 pytania do mamy”, przy czym liczba ta jest nader umowna i na ogół znacznie zaniżona. Odpowiadałam dziecięciu mniej lub bardziej wyczerpująco, zaś siedzący naprzeciw facet gapił się na nas, jakby właśnie zobaczył pierwsze w życiu nieopierzone dwunogi o płaskich paznokciach.
– Co to za język, którym pani mówi, rosyjski? -odezwał się w końcu dość obcesowo.
– Nie, polski – odparłam znudzona, ponieważ już wiem dzięki mojemu nauczycielowi francuskiego, dlaczego oni nie są w stanie odróżnić tych języków. Otóż dzięki akcentowi tonicznemu, należy więc im to wybaczyć.
– A nie mówi pani po francusku JAK WSZYSCY? – zapytał na to facet.
Wykazałam się umysłem nie tylko schodkowym (courtesy of Baronowa), ale wręcz brakiem umysłu, ponieważ kompletnie zabrakło mi konceptu. Tłumaczyć facetowi, że nie – nie wszyscy mówią po francusku? A nawet nie większość? Poinformować, że – o zgrozo – istnieją nawet ludzie, którzy potrafią mówić więcej niż w jednym języku? Mogłabym, ale czy on by w to uwierzył?

Ne le dis à personne

Nie nadaję się do oglądania thrillerów i wiem to nie od dziś, ale co jakiś czas próbuję, ot tak kontrolnie, żeby sprawdzić czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal nie. To zaskakujące, że mogę czytać albo oglądać rozmaitą fantastykę akceptując reguły gatunku i oceniając dzieło właściwą mu miarą, a w przypadku thrillera nijak. Nie mam po prostu w umyśle tego kołka do odwieszania niewiary. Ciekawe, czy on jest człowiekowi dany, czy można go sobie wyrobić.

Tym razem testowo obejrzałam „Ne le dis à personne”, czyli film francuski z roku 2006, który jest jednak adaptacją powieści Harlana Cobena. Gdyby Państwo mieli nieszczęście oglądać taki film w moim towarzystwie (poza tą jedną skazą oczywiście wybornym), to musieliby cierpieć komentarze typu
– Zgubiłam się, to kogo teraz podejrzewamy?
– Ale dlaczego oni ją zabili?
– Ale skąd on wie, że powinien uciekać?
– Zgubiłam się, że niby co? Kto teraz jest tym złym?
– Ale skąd on wie, że tam ma iść?
– Nie wchodź tam, nie wchodź tam, no po co tam leziesz, przecież od razu wiadomo, że cię napadną… o, no właśnie, mówiłam. Idiota.
– Ale znaczy, że ona osiem lat tak sobie gdzieś żyła i nawet nie próbowała sprawdzić tego, co jej powiedzieli?! Ale serio?!
Wiadomo, że nie serio, tylko thriller, ale wytłumaczcie mi to. Nie da się. A film ma przerobić na amerykański Ben Affleck. Ciekawe, czy wtedy główny aktor będzie miał więcej mimiki niż François Cluzet, który jednak idealnie nadaje się do ról paralityków.

Hope Springs

Jak wiadomo, na Meryl Streep to ja idę w ciemno, więc i tym razem pognałam na „Hope Springs” rzuciwszy tylko przelotnie okiem na gatunek. Komedia romantyczna. No cóż, nie można mieć wszystkiego, westchnęłam, i wlepiłam oczy w ekran w oczekiwaniu. Rzecz jest o tym, że Meryl Streep jako od 31 lat żona swego męża (Tommy Lee Jones), matka dorosłych dzieci, chce odzyskać bliskość, jaka ich kiedyś łączyła, i o jakiej nie ma już od dawna mowy w tym małżeństwie. Zaciąga więc męża na terapię w Maine, i w zasadzie to cały film. Oglądamy fragmenty terapii i zalecanych ćwiczeń, w tym kilka scen mocno ryzykownych – które ratuje wyłącznie para aktorska. Dzięki nim jest to jednak i zabawne i wzruszające. I oczywiście amerykańsko polukrowane i mocno po łebkach, ale bardzo uniżone szapoba dla reżysera za podjęcie tematu i pokazanie, że nie tylko młodzi śliczni mają prawo do miłości i seksu. Nie chce mi się sprawdzać, czy wśród sponsorów filmu był jakiś terapeuta małżeński z Maine, ale nie zdziwiłoby mnie, gdyby był.

Pytanie do ogółu

Najszanowniejsi Czytelnicy, reklamę u góry znoszę, bo mam zablokowaną, ale ta ramka po prawej mnie irytuje niepomniernie. Z drugiej strony Scarbossa twierdzi, że żadnej ramki nie widzi. To Wy tu czytacie, ja tylko piszę, więc Was proszę o decyzję: przenieść czy zostać. Bardzo proszę o jasne wypowiedzi w komentarzach. Prawdopodobnie przeniosę na ownlog, bo blogspota nie lubię. Archiwum zostanie tutaj, więc powstanie całkiem nowy blog z nowym adresem, i postaram się o stary wygląd. A zatem: tak, nie, wszystko jedno?