Listy Lema i Mrożka

Przyznaję: „Listy” Lema i Mrożka leżały sobie i leżały, bałam się je nawet nadgryźć, bo moje oczekiwania wobec tej korespondencji były niesłychanie wygórowane, jak na te nazwiska przystało. A jednocześnie bałam się, że będzie jednak skrzecząca pospolitość z tych listów wyzierać, i znudzę się oraz rozczaruję. W końcu odważyłam się, i uciechy oraz intelektualnej stymulacji miałam znacznie więcej, niż się spodziewałam, a spodziewałam się naprawdę dużo, jako się rzekło. Masa tu filozofii, masa opisów szarej rzeczywistości, ale zawsze w tonie zabawnym i z ogromnym dystansem. Trochę tu sztubackich dowcipów, które mnie szalenie bawiły, bo to moje poczucie humoru, a gdyby ich nie było, nie uwierzyłabym nijak w autentyczność tekstów. Lem prosi Mrożka o uszczelki do samochodu i zachęca do odwiedzin wyliczając starannie wszystkie rodzaje alkoholu, którymi dysponuje, a także „czystą miednicą”. Mrożek zapełnia kolejne strony opisami swoich stanów ducha, sumitując się, że przecież nie powinien narzekać, bo w wolnym kraju (wtedy włoska emigracja) żyje, i wszystkiego ma w bród; lecz brawurowo przyrównuje Riwierę do obozu koncentracyjnego. W 1965 narzekają na upadek kultury, wszechobecną goliznę, ogólną głupotę ludzką, obyczajowość ówczesnej młodzieży, epatowanie seksem i konsumpcją rozpasaną. Czytam i oczom nie wierzę, to już 50 lat temu tak było, i to nie teraz dopiero jest tak strasznie?

Fantastyczne jest obserwowanie ewolucji tej znajomości: na początku panowie trochę się wzajemnie obwąchują, zapewniają się wzajemnie i nieco przesadnie o swoim podziwie dla drugiego i swojej przy nim małości, lecz jednocześnie starają się korespondenta zaskoczyć swoją bystrością umysłu, znajomością języków, wielkodusznością i dowcipem. Potem uznają już naprawdę swoją wzajemnie wielkość, dostrzegają w drugim prawdziwego partnera, zawiązuje się wielka, głęboka przyjaźń. Obydwaj mają ogromną klasę. Mrożek na przykład pisze, że tę zasłonę, którą uszyła jego żona dla Lemów, chciałby właściwie podarować w prezencie, lecz wtedy Lem czułby się od razu zobowiązany odwzajemnić i musiał jakiegoś prezentu szukać, i wpadliby w samonakręcającą się straszliwą spiralę, więc proszę, oto koszta materiału takie-a-takie, i nie mówmy o tym więcej. Nie każdy tak potrafi, zaprawdę.

Krytykują się wzajemnie bezlitośnie, lecz zawsze z pełną szacunku wnikliwością. Lem objaśnia Mrożkowi „Pamiętnik znaleziony w wannie” i potwornie czepia się Tanga. To chyba Mrożkowi pierwszemu pisze o pomyśle na „Próżnię doskonałą” (swoją drogą zdumiałam się tym, bo Borges był pierwszy: możliwe, że nie był jeszcze wtedy tłumaczony na polski, ale na pewno na jakiś inny język dostępny Lemowi. Czy możliwe, że wtedy jeszcze nie wpadł mu w ręce?). Mrożek, neurotyk i straszliwy mizantrop, cierpiący chyba chwilami na depresję, przelewa na papier swe stany ducha. Swoją drogą dziś prawdopodobnie zdiagnozowano by go, dano jakiś prozak, i nie byłoby Mrożka, jakiego znamy.

Pod koniec, po dłuższej przerwie, tonacja się zmienia. Lem narzeka, że jest tylko starzejącym się biurokratą własnej twórczości, i ostro krytykuje sytuację w Polsce. Zastanawia się nad emigracją, miota się przepełniony obrzydzeniem do polskiej codzienności i niepokojem o przyszłość syna. Niby wiem, jak wtedy było, ale czytałam to jednak ze łzami w oczach.

Obok trwożliwego podziwu, nabożnego szacunku, oszołomionego zachwytu, mam także dla obu Panów teraz ogromną sympatię, i wiem doskonale, jak bez litości by takie wyznanie potraktowali, lecz cóż. Wspaniała lektura, niezrównana uczta intelektualna.

Cwał

Nie sądzę, żeby decydenci Polonii czytali moje notki, ale najwyraźniej ktoś tam miał ten sam tok myślowy co ja, i w tę sobotę pokazali, niczym na moje specjalne życzenie, „Cwał” Zanussiego. Piękny film z doskonałą rolą Komorowskiej, i Agnieszki Warchulskiej w roli przerażającej młodej komunistycznej idealistki. Niby nieco komediowy, ale zahaczający jednak o poważną tematykę, o co przy pokazywaniu początku lat 50-tych w Polsce nietrudno. Próbowałam patrzeć na ten film oczami cudzoziemca, bo wydaje się, że mógłby się sprawdzić w uniwersalnej roli. Otóż problemem byłaby tutaj scena kulminacyjna. Po co właściwie Ida pcha się akurat na poligon mimo wyraźnych zakazów? I to jest chyba coś, co każdy Polak czuje kawałkiem duszy swojej, a każdy obcokrajowiec puknąłby się w czoło. Komunizm nie komunizm, absurdy nie absurdy, a wjeżdżać na poligon, w dodatku mając dziecko pod opieką, to idiotyzm wyższej klasy, i nie ma się co dziwić, że ją aresztowali. Można to łatwo było rozegrać inaczej, czyniąc z niej wyraźniej ofiarę systemu; ale być może Zanussi tego właśnie nie chciał. W ten sposób Ida jest ciekawszą, niejednoznaczną postacią, nie tylko pyłkiem w trybach historii.

Dziewczyna z perłą

Przeczytałam „Dziewczynę z perłą” Tracy Chevalier, głównie dlatego, że po Celinie chciałam coś pisanego przezroczystym językiem. Poza tym film był bardzo piękny wizualnie, ciekawa byłam jak pierwowzór wygląda. Sympatyczne czytadło, które udanie godzi prawdę historyczną (jeśli ktoś nie ma nadmiernych wymagań co do ilości tejże) z plastycznymi wyobrażeniami jak to mogło być. Kompulsywnie obejrzałam po lekturze mnóstwo obrazów Vermeera, ale zamiast zdjęć wolałabym oryginały, a tu nic z tego, w Luwrze są tylko dwa.

O ratach na sposób francuski

Było to dawno już temu, bo przed wakacjami. Pewnego dnia okazało się, że merostwo naliczało mi za małe opłaty za żłobek. Prawie dwa lata mi tak naliczało, zorientowało się nagle w czerwcu. Poprzedni rok odpuściło, bo kontrakt się skończył, ale bieżącego już nie, bo to jednak prawie 600€ do przodu. Wystosowało do mnie więc uprzejme, ale bardzo mgliste pismo, że trzeba będzie dopłacić, i jakbym chciała na raty, to proszę bardzo. Pognałam wyjaśniać sprawę, miła pani rozłożyła przede mną różne tabelki, i jęła wyjaśniac, że popatrzyli nie w tę komórkę tabeli, w którą należało, i bardzo przepraszają, ale muszę dopłacić. Westchnęłam z rezygnacją, bo co czynić, i zażądałam w takim razie obiecanych rat. W końcu nie moja wina, że nie naliczyli od razu.
– A to jak przyjdzie wezwanie do zapłaty, to pani z tym przyjdzie, i rozłożymy.
Wezwanie owszem przyszło jakiś czas później: jak normalnie do dłużnika, od skarbnika miejskiego, że dług, że niezwłocznie uregulować, i że jak nie, to wkroczą na drogę. Nieco się zirytowałam, że w końcu nie MÓJ dług, jeno ich wina, i poszłam do skarbnicy.
– To pani teraz zapłaci trochę, a resztę, czyli równe 500€ w ratach, do końca roku, przelewami – usłyszałam i zgodziłam się, bo było to sensowne.

Przyszło pismo od skarbnika. Pierwszą ratę w wysokości 100€ mam zapłacić osobiście w kasie, a pozostałe 5(!!) rat w tej samej wysokości przelewami. Wszystko wydrukowane i tylko do podpisu. Mieli pecha. Trafiło na osobę, która dodać jeden do pięciu i pomnożyć przez 100 akurat umie. Wykreśliłam pierwszą ratę, napisałam na piśmie pod spodem, że nie zapłacę żadnej pierwszej raty w kasie, bo już zapłaciłam, a na pięć przelewów się owszem zgadzam. Trochę jestem ciekawa, czy doliczą się należnej całości, czy też będą mnie jeszcze ścigać.

Poczucie kresu

Juliana Barnesa darzę ogromnym uwielbieniem od bardzo dawna, od „Papugi Flauberta” mianowicie. Jest to jedna z tych (dość jednak rzadkich) książek, po których sięga się po kolejne dzieła autora z zamkniętymi oczami, acz czyta je z otwartymi i zachłannie. Barnes jest bezdyskusyjnie jednym z najznamienitszych pisarzy współczesnych, konsekwentnie eksplorującym pogranicze między fikcją a prawdą historyczną. Najnowsze „Poczucie kresu” (Nagroda Bookera 2011) też tego tematu dotyka, choć tu bohater jest fikcyjny. Na 150 stronach opowiada nam najpierw swoją młodość, szkolne przyjaźnie, pierwszą miłość. Resztę życia streszcza w zwięzłym „ożeniłem się, miałem córkę, rozwiodłem, przeszedłem na emeryturę” i tak przechodzimy do części drugiej, w której emerytowany narrator przypadkiem odkrywa część prawdy o swojej własnej historii. To rzecz o budowaniu – a może bardziej odkrywaniu – własnej tożsamości, przemijaniu, rezygnacji. Tytułowy kres jest kresem wiary w to, że coś jeszcze można w życiu zmienić. Ta zwięzła opowieść budzi w głowie czytelnika mnóstwo pytań, chęć dyskusji, a wręcz żywiołowego protestowania: i jak znam Barnesa, o to właśnie mu chodziło.

Nakręcana dziewczyna

Pean z poprzedniej notki dotyczył opowiadań Bacigalupiego. W zbiorze z opowiadaniami znalazła się również powieść „Nakręcana dziewczyna”, i ona jest wprawdzie niezwykle sprawna i wciągająca, ale to już nie TO. To jest raczej sensacja niż fantastyka, choć w ewidentnie fantastycznej scenerii (Tajlandia przyszłości). Kłóciłam się sama ze sobą zaciekle przez pół nocy, czy ona w ogóle przechodzi test brzytwy Lema: ostatnią sceną tak, ale wcześniej to jest tylko sztafaż, i mnie to rozczarowuje. Poza tym świetna, precyzyjnie obmyślona, znakomicie napisana, doskonale rozegrana i zakończona, i gdybym po opowiadaniach nie nastawiła się na coś jeszcze od nich lepszego, to bym ją chwaliła zamiast marudzić.

Pompa numer sześć

A teraz Państwo będą uprzejmi poznać moją nową miłość: Paolo Bacigalupi. Zapamiętałam nazwisko po „Ludziach piasku i popiołu” w „Krokach w nieznane”, które to opowiadanie kopie w żołądek nie raz, ale dwa razy, i jest z rodzaju niezapomnianych na zawsze. Za zbiór opowiadań zabrałam się więc z dużym zapałem, ale też z realistyczną świadomością, że tak dobre opowiadanie pewnie udało mu się tylko raz, i że dobrze będzie, jak będzie się trzymał na poziomie wyższym średnim. Lecz miałam opad szczęki coraz większy na każdej kolejnej stronie, i po raz pierwszy od „Vatran Auraio” Huberatha nie mogłam się absolutnie oderwać od lektury do późnych godzin nocnych, i mówiłam sobie przy każdym kolejnym opowiadaniu „no ale teraz to już nie da rady, musi w końcu spaść z tego wysokiego rumaka”, a on uparcie nie spadał. Jest obłędny. Cholernie nowoczesny, robi z inżynierią genetyczną takie rzeczy, że nawet Atwood ich nie wymyśliła, a przecież są proste, oczywiste i bardzo prawdopodobne. Niewiarygodnie plastyczne wizje świata – w większości usytuowane w nieodległej przyszłości, bynajmniej nie świetlanej, powalający realizm, niezwykła dbałość o szczegóły i szczególiki, a przy tym wcale nie jest przegadany i potrafi kopnąć w żołądek. Bardzo proszę pozbyć się strachu przed sf i poczytać go sobie, gdyż naprawdę warto.