Zbliża się koniec roku

Tradycyjnie o tej porze roku żegnam się z Szanownymi Czytelnikami, by udać się na ojczyzny łono. Tradycyjnie proszę mi życzyć tyle samo startów co lądowań, a tych miękkich i bezpiecznych. Nadchodzi 2013, mam przekonanie, że będzie pomyślny. Być może będzie to ostatni rok mojego blogopisania, ale to się jeszcze okaże. Sobie i Państwu życzę spotykania ludzi na naszej drodze, bo ludzie są fajni, w przeciwieństwie do przedstawicieli gatunku homo sapiens. Życzę też niezachwianej wiary, że będzie lepiej.

Le fait du prince

Pobrałam w bibliotece kolejną Nothomb z silnym postanowieniem, że tym razem już o niej coś napiszę. Głównie dlatego, że bardzo jestem ciekawa, czy ktoś z Państwa czytał i co o niej sądzi. Widzę, że była obficie tłumaczona na polski, ale osobiście dlaczegoś czytuję ją niemal wyłącznie po francusku. Czytuję z dużym upodobaniem, i kompletnie nie będąc w stanie niczego o tym następnie napisać.

Prawie wszystkie powieści Nothomb są do siebie podobne (z wyjątkiem bardzo znanej „Z pokorą i uniżeniem” i jej uzupełnienia, bardzo pięknej „Ni d’Ève ni d’Adam” – „Ani z widzenia, ani ze słyszenia”). Zazwyczaj bardzo realistycznie i ze szczegółami opisuje jakąś pozornie zwykłą sytuację, w której bohaterowie zachowują się kompletnie absurdalnie, z naszego punktu widzenia. Z ich punktu widzenia jest to doskonale logiczne, i uzasadnione tak, że czytając widzimy, że tak właśnie należało postąpić. Odkładamy książkę, i wiemy, że to bzdura. Otwieramy książkę i z powrotem przyjmujemy reguły gry Nothomb. W „Le fait du prince” narrator, zupełnie przeciętny Francuz w średnim wieku, wpuszcza rano w sobotę do swojego mieszkania obcego człowieka, któremu popsuł się samochód. Ten korzysta z telefonu i wykręciwszy numer… pada trupem. Można tu sobie wyobrazić wiele możliwych reakcji bohatera, lecz ten robi zupełnie coś innego, i wciąga go to w wir kolejnych surrealistycznych wydarzeń.

Rozmyślając nad tym, dlaczego nie umiem pisać o książkach Nothomb, doszłam do wniosku, że ona mi przypomina Murakamiego, tylko jego nie znoszę, a ją wprost przeciwnie. Murakami jest rozwlekłym nudziarzem, Nothomb jest zwięzła i precyzyjna do przesady. Jego bohaterowie są zagubieni jak dzieci we mgle, nie mają pojęcia co i po co im się przydarza; jej są panami sytuacji, jak absurdalna by ona nie była. Dwa skrajne przeciwieństwa: a jednak sposób budowania świata mają podobny. Być może to dlatego, że Nothomb urodziła się, częściowo wychowała i pracowała w Japonii, którą następnie jednak porzuciła na rzecz Belgii i Francji.

Wojna

W ramach ciepłej świątecznej atmosfery mamy wojnę hipermarketów na reklamy radiowe. Zaczął Leclerc, o którego uroczych reklamach już tu kiedyś pisałam. Nadal słucham ich z upodobaniem, i nadal nie jestem ani trochę ich klientką. Tym razem bohater tego cyklu, Philippe, oznajmia żonie, że Leclerc właśnie wypuścił aplikację na smartfony do porównywania cen Leclerca z innymi. W Carrefourze już z nią był, to teraz do Auchana. Uniosłam brew, słysząc te nazwy, pomyślałam, że odważni są, i że ciekawe co dalej. Otóż dwa dni później swoją reklamę wypuścił Carrefour, mowa w niej o tym, że jest tańszy od Leclerca i U, o ileś tam procent, i że jest to potwierdzone przez niezależną organizację porównywaczy cen, więc nie ma wątpliwości. Auchana Carrefour nie ruszył, ciekawe czemu. I ciekawe, czy będzie dalsza eskalacja.

Rewizyta

To w ogóle nie jest film, to zbiór wywiadów bohatera jednego z filmów Zanussiego, młodego Stefana po próbach samobójczych, z bohaterami innych, starszych filmów, po latach. Rozmowy przetykane są fragmentami tychże filmów, a aktorzy są ci sami, oglądamy więc Komorowską w 1971 – ja nie miałam pojęcia, że była taką laską! – i Komorowską w 2009. Oprócz Komorowskiej również Nowickiego, Olbrychskiego i Zapasiewicza, którego to jest ostatnia rola.

Mamy tu zderzenie pogubionej młodości z dojrzałością niekoniecznie bardziej pozbieraną, wiele pytań o sens życia i wybory moralne, które nie otrzymują odpowiedzi. Zdziwiło mnie, że w zasadzie nie ma tu odwołań do wiary, poza jedną drugoplanową postacią. Nie ma też odpowiedzi na pytanie „jak żyć”, zanussi stawia natomiast ciekawsze pytanie. Czy w życiu istnieją węzły, punkty zwrotne, po których wszystko się zmienia? Ja znam swoją odpowiedź na to pytanie, a Państwo?

and Custard

Potrzebując lektury odmóżdżającej sięgnęłam po trzeciego Toma Holta „Earth, Air, Fire and Custard”, mówiąc sobie, że pierwszy był słaby, drugi był nienadzwyczajny, ale dało się go czytać, więc może akurat trzeci będzie całkiem niezłym czytadłem. Nie jestem dobrym prorokiem. Zaczyna się całkiem całkiem, po czym jest źle. Bardzo źle. Straszliwie źle. Ta książka jest przede wszystkim absolutnie pozbawiona jakiejkolwiek wewnętrznej logiki. Deusy ex machina występują stadnie; reguły, które dwie strony wcześniej były przedstawiane jako absolutnie żelazne, są radośnie łamane, bo autorowi tak akurat pasuje, nic tu się nie trzyma kupy. Postaci są niestety równie antypatyczne, jak w pierwszych dwóch częściach, albo i bardziej. Mamy tu również dwie, albo i trzy, istoty wszechmogące i wszechwiedzące, a co, które to istoty nagle jakoś przestają być wszechwiedzące, kiedy autorowi akurat tak podpasuje. Czytałam uparcie dalej, ponieważ usiłowałam dojść do tego, co z tą książką jest nie tak. Był tu przecież pomysł, było kilka fajnych gadżetów, i widać było, że autor zna reguły. Na przykład wie, że należy różnicować język, jakim mówią postaci. Zróżnicował. Jednej postaci w dwóch fragmentach. Wszystkie inne mówią tak samo i to samo w kółko. Fraza „for crying out loud” występuje w tej książce 35 razy, zaś „not exactly rocket science” 28.

To trochę tak jak z gotowaniem według recepty. Robi się wszystko jak w przepisie, składniki dobre, a wychodzi coś niejadalnego: z jednej strony surowe, z drugiej spalone, i ani słodkie, ani słone. A poza tym w połowie uświadomiłam sobie, że ta część to grafomania. Olśnienie spadło na mnie jak za pierwszym razem…

Dawno dawno temu, nastolatką będąc, kochałam bardzo „Ptaśka” Whartona, i niech pierwszy rzuci kamieniem, kto taką książką w młodości się nie zachwycał. Ona jest zresztą zupełnie przyzwoita w swojej kategorii. Z Whartona czytałam ją i „W księżycową jasną noc”, więc w nastoletniej zarozumiałości uważałam, że to musi być genialny pisarz. Kiedy zatem w bibliotece British Council trafiłam na „Franky Furbo”, rzuciłam się na nią entuzjastycznie. Zderzenie z rzeczywistością było bardzo bolesne, do dziś to pamiętam. Nie znałam wtedy skrótu „WTF?” ale on wyrażałby najpełniej moje odczucia. Wtedy też spłynęło na mnie z niebios objawienie, że oto czytam grafomanię. Ale oczywiście nie uwierzyłam sobie, złożyłam to na karb niedostatecznej znajomości języka. Jak to, autor „Ptaśka” grafomanem?! Nie mieściło się to w mojej wizji świata. Przeczytałam „Franky Furbo” w tłumaczeniu, niestety bolało identycznie. Przeczytałam potem jeszcze chyba z sześć książek Whartona, żeby się upewnić, z czego najgorsi byli „Spóźnieni kochankowie”. Cierpiałam, ale to było potrzebne, żebym zaakceptowała, że grafomania istnieje i ma się dobrze. Ostatnio szczęśliwie trzymała się ode mnie z dala, aż tu nagle wychynęła spod płaszczyka Holta i zaatakowała mnie drapieżnie pazurami.

A szkoda, bo o ile Whartonowi, Coelho i Januszowi Leonowi nijak nie da się pomóc (poza oczywiście rytualnym spaleniem ich książek na stosie), o tyle Holtowi by się pewnie dało, gdyby wziąć część jego pomysłów i przepisać to wszystko od nowa.

Dwanaście

12.12.12 siedzę w pracy upchnąwszy w przedszkolu dziecko z końcówką ospy. W Lasku Bulońskim o poranku szron na trawie i -3 stopnie.
11.11.11 leciałam do Warszawy na imprezę. Było fajnie.
10.10.10 była niedziela, odpoczywałam i spacerowałam po parku
09.09.09 byłam w pracy trzeci dzień po powrocie z urlopu w Polsce.
08.08.08 nie podobał mi się Sarkozy.
07.07.07 podsumowałam poprzednie siedem takich dat.

Dziwne takie

W niedzielę wieczorem czytałam dość długo po angielsku, po czym oderwałam się od lektury i poszłam do kuchni się napić. W drodze zorientowałam się, że myślę po angielsku. Najpierw uznałam to za dość zabawne, ale potem stwierdziłam w duchu, że przecież nie mogę myśleć po angielsku, bo mam za ubogie słownictwo, i w ogóle to nie to, i ja chcę myśleć z powrotem w MOIM osobistym języku. Niestety polskiego w mojej głowie chwilowo nie było ani śladu. Spróbowałam zacząć formułować w głowie notkę na bloga, co często robię, ale ona też uparcie wychodziła po angielsku. Przeżyłam chwilę grozy, obawiając się, że już mi tak zostanie. Wrażenie, że ktoś siedzi w moim mózgu i złośliwie podmienia mój tok myślowy, było przemożne. Biłam się jeszcze chwilę z angielskimi myślami, po czym z dużym wysiłkiem skupiłam się na przypomnieniu sobie jednego polskiego słowa, i potem już poszło, choć na początku polski wydawał mi się obcy. Bardzo dziwne uczucie. Zdumiewa mnie też, że nigdy mi się to nie zdarzyło z francuskim, mimo że tym językiem jestem przecież zewsząd otoczona.