To ja złodziej

Znają Państwo oczywiście te zbiegi okoliczności, które nawet najbardziej sceptycznej i racjonalnej osobie każą przez chwilę się poważnie zastanawiać, czy ktoś tam czegoś celowo nie popychał macką. U mnie w domu nigdy telewizor nie gra ot tak sobie, włącza się go w ściśle określonym celu, a potem wyłącza. Zawsze – z wyjątkiem ostatniego piątku, bo tkwiłam w kuchni, słuchałam jednym uchem jakichś wiadomości w TV Polonia, po czym zaczął się jakiś film. Zaczął się od soczystego polskiego przekleństwa, więc z ciekawości rzuciłam okiem na ekran, a tam defilowały nazwiska polskich aktorów, Gajos, Feldman, Preis, Frycz, Globisz… i Krzysztof Stroiński, o którym dopiero co pisałam, że nazwiska nie kojarzę. Ale to nie z jego powodu nie mogłam oderwać oka od ekranu, tylko z powodu Gajosa, którego w pierwszej scenie nie poznałam. Film jest z 1999, więc nie poznać Gajosa wydawałoby się niemożliwe, nawet dla mnie, a jednak. A potem pojawiła się Krystyna Feldman, i jeszcze paru aktorów, w tym Kinga Preis w małej, ale robiącej ogromnie wrażenie scenie, i w ten sposób obejrzałam całość „To ja złodziej” Bromskiego niemal zapomniawszy o oddychaniu. Nie rozumiem, dlaczego ja nigdy nawet nie słyszałam o tym filmie, i o czym jeszcze w takim razie nie słyszałam, retorycznie zapytam. On jest z jednej strony brutalnie naturalistyczny (bohaterem jest nieletni złodziej ze straszliwego marginesu społecznego), a z drugiej komediowo odrealniony, co jest jednocześnie zaletą i wadą. Zaletą, bo gdyby nie te komediowe wstawki, zaraz by było narzekanie, że u nas to tylko ciężkie dramaty polskie potrafią nakręcić, i że tylko o marginesie, chlaniu i złodziejstwie. Wadą, bo żeby do końca pogodzić tak przeciwstawne podejścia, trzeba znacznie więcej niż wymigiwanie się puszczaniem oczka do widza. Bromski nie do końca przekonuje, wychodzi to chaotycznie, po obejrzeniu człowiek waha się, co właściwie należało tutaj wziąć na poważnie, i w końcu macha ręką zniechęcony. Ale to jest bardzo ciekawa próba innego podejścia do naszej rzeczywistości. Chciałabym chyba zobaczyć Smarzowskiego podążającego w tym kierunku.

En Pologne

W bibliotece, w dziale dla młodszej młodzieży, rzuciła się na mnie nagle książeczka „Jaroslaw, Kasia et Janusz habitent en Pologne”. „Ah-ha, to dowiedzmy się czegoś nowego o tym pozornie znanym kraju” – rzekłam do siebie natychmiast z uciechą i zagłębiłam się w lekturę. Rzecz została wydana jakieś 5 lat temu, jest więc bardzo aktualna. Dwunastoletni Jaroslaw mieszka w Warszawie, na Starym Mieście, jego ojciec pracuje na budowie w Berlinie i przyjeżdża do domu tylko na święta. Akurat jest Boże Narodzenie, najważniejsze święto polskie. Na kolację będą zupy: rybna, grzybowa i grochówka, a mama Jaroslawa piecze prześliczne opłatki używając specjalnych foremek do wyciskania na nich wzorów. Opłatkiem dzielą się w tym okresie wszyscy wszędzie i nawet ze zwierzętami. Narodowym sportem polskim są wyścigi kuligów, uprawiane przez Jaroslawa w zimie dzięki dziadkowi mieszkającemu w Beskidach, które są jedynym pasmem górskim w tym płaskim kraju. Dziadek ma dziarską klacz i niejeden taki wyścig już wygrał, a potem było wielkie święto ze spożywaniem pieczonego dzika. W Warszawie natomiast najlepszy szkolny kolega Jaroslawa ma na imię Swiatek.

Kasia mieszka w Krakowie, chodzi do szkoły muzycznej, i ma młodszego brata imieniem Krisztof. Nie ma natomiast ojca, a alimenty są bardzo niskie, dlatego Kasi pianino musi stać koło telewizora. Matka jest pielęgniarką. lekarze w Pologne zarabiają bardzo mało, i najlepiej dać im pourboire (napiwek), żeby zostać dobrze obsłużonym, chociaż pourboire nie jest legalny. Jeśli nie stać kogoś na pourboire, to lepiej, żeby nie chorował. Na lekcji historii Kasia dowiaduje się, że Francja w 39 roku była akurat zbyt słaba, żeby pomóc Polsce, ale przecież te kraje nigdy ze sobą nie walczyły, co jest rzadkie w historii, a Francja zawsze przyjmowała polskich intelektualistów z otwartymi ramionami i bardzo ich wspierała.

(Powyższe dwa akapity zawierają wybór tendencyjny, chociaż w stu procentach zgodny z prawdą, ale uczciwie dodam, że reszta, czyli znakomita większość, informacji jest w porządku; jest tu sporo historii, geografii, o Wolnym Mieście Gdańsk, odbudowie Warszawy, Krakowie jako poprzedniej stolicy, pięknych pisankach na Wielkanoc, rozbiorach, Solidarności, Wałęsie, i papieżu nazwiskiem Wojtila.)

Reszta filmów polskich

Szwagier nie przyniósł komedii z Bangladeszu. Przyniósł…
– Polski film o czasach drugiej wojny światowej, dzielny wojak występuje sam przeciwko Złu, prawdziwy bohater polski – zaczął radośnie streszczać. Gapiłyśmy się na niego ze zgrozą.
– CO to niby ma być?! – zażądałam odpowiedzi głosem pełnym emocji.
– No Kloss! – oznajmił szwagier z dumą.
– E, to dawaj, to może być śmieszne – ucieszyłam się.
„Stawka większa niż śmierć” jednak nie do końca jest śmieszna. Najlepiej streściła ten film moja siostra, w pewnym momencie z niedowierzaniem wykrzykując, proszę wybaczyć słownictwo „i co, teraz pierdziadki będą ten beton rozwalać gołymi rękami?!”. Mniej więcej tak to wygląda. Chociaż teraz sprawdziłam daty urodzenia, i przyznaję, że ani Mikulski ani Karewicz nie wyglądają na przekroczoną 80 (Karewicz ma nawet prawie 90, chapeau bas!). Poza tym mamy długą retrospekcję, w której młodego Klossa gra Tomasz Kot, a Brunera Piotr Adamczyk. Pomysł jest niezły, i nie jestem pewna, co właściwie sprawia, że efekty komiczne tego filmu są w niezamierzonych miejscach.

Dorocińskiego zobaczyłam znowu w „Lęku wysokości”, czyli tym razem nie o wojnie – ale też niewesoło, bo o ciężkiej chorobie psychicznej. Oprócz Dorocińskiego fantastycznie zagrał tu Krzysztof Stroiński, którego nazwiska kompletnie nie kojarzę, a bynajmniej nie jest to młodzieniec. Dość przejmujący i bardzo dobrze zrobiony film, trochę zepsuty tytułową analogią, która jest strasznie naciągana i na siłę tam doczepiona, chyba tylko po to, żeby tytuł był fajny.

Z siostrą obejrzałyśmy „Ki”, którą ja bardzo chciałam zobaczyć, bo mam wielką słabość do Romy Gąsiorowskiej, a szwagier odmówił, bo już raz widział i drugi kategorycznie nie chciał. Usiłowałam z niego wydobyć odpowiedź na pytanie dlaczego, ale nie do końca mi się udało, poza tym, że tytułowa bohaterka go straszliwie denerwuje. Ki jest młodą matką, która odchodzi od ojca swego dziecka (nie bez powodów) i usiłuje sobie jakoś poukładać w życiu, a tupet ma przy tym taki, że dwadzieścia osób by obdzieliła i jeszcze by jej zostało. Rozumiem, dlaczego może denerwować; ale jednocześnie ten zabawno-gorzki film pokazuje dobitnie przynajmniej część trudów samotnego macierzyństwa, gdy nie ma się znikąd wsparcia.

Generalnie jestem usatysfakcjonowana, i niech kinematografia polska zachowuje ten wysoki poziom.

Ale nie w ratach?

Wspominałam w listopadzie o tym, jak merostwo postanowiło mi naliczyć dodatkową opłatę za żłobek, bo się pomylili, i jak to w mozolnie wyliczonych ratach następnie spłacałam. Otóż w styczniu, gdy już spłaciłam wszystkie raty, przyszło pismo, że uznali moje odwołanie (w którym argumentowałam między innymi, że żadne prawo nie działa wstecz), i że teraz tę dodatkową opłatę mi zwrócą. Fajnie, tylko ciekawe, czy też w ratach…

Kroki w nieznane 2012

Jest to zbiór cudowny i kocham go jeszcze bardziej niż poprzednie, co niedawno nie wydawało mi się możliwe. Zaraz będzie o każdym tekście z osobna, o niektórych oczywiście krytycznie, ale jako całość rzecz jest genialna, opowiadania ze sobą ciekawie rezonują, i pierwszy raz miałam wyraziste wrażenie, że z rozmaitości powstała skończona całość, co jest wyłączną zasługą redaktora Mirka Obarskiego. Zaczyna się mocnym uderzeniem Shearmana „Wrzawa śmiertelnych”, i to jest opowiadanie, o którego przeczytanie ja bardzo proszę wszystkich tych, którzy fantastyki się z zasady boją i mają ją za coś o robotach i mieczach laserowych. Poważnie najuprzejmiej proszę udać się na przykład do Empiku i poświęcić chwilę na lekturę tych 20 stron skończonej perfekcji. Tam jest tylko jeden element fantastyczny, za to jesteśmy dwa razy zaskoczeni rozwojem akcji, i zakończenie też jest znakomite. To bardzo łatwo mogłoby się przerodzić w satyrę (trochę w stylu „na żywo z Golgoty” Gore Vidala), ale Shearman błyskotliwie unika tej pułapki. Po przeczytaniu tego opowiadania westchnęłam sobie głęboko, pokręciłam głową, i rzekłam do siebie ” i znowu pierwsze jest tak świetne, że zaraz na pewno będę rozczarowana, ale dzięki niemu to i tak już jest dobry zbiór”.

Nie byłam rozczarowana.

Mamy w tym zbiorze aż cztery opowiadania stylizowane na pierwszą połowę dwudziestego wieku, w tym dwa wojenne. Pierwszym z nich jest „Orzeł adacki” Bradleya Dentona, uroczy ukłon w stronę Dashiela Hammeta, autora „Sokoła maltańskiego”. Jest to ładna, klasyczna opowieść niesamowita, do którego to gatunku mam wielką słabość od wczesnej młodości. Akcja toczy się na Aleutach w czasie drugiej wojny światowej, a bohater tego opowiadania w czasach pokoju był detektywem. Zaś tego najsławniejszego z detektywów odnajdujemy chwilę później u Gaimana w „Przypadku śmierci i miodu”. To kolejna stylizowana na starą baśniowa przypowieść, w której – poza tym, że o Sherlocku – mowa o śmierci, całkiem jakby celowo nawiązywał do pierwszego opowiadania w tomie. Mianem przypowieści daje się również określić ” Rybak z Morza Śródlądowego” Le Guin, i to jest, ku memu zaskoczeniu, bodaj najsłabsze opowiadanie w tomie. Oczywiście w niepodrabialnym stylu Le Guin, oczywiście umieszczone w świecie Ekumeny, i… jakoś nic z niego nie wynika. Małżeństwa zawierane przez czwórki osób w świecie, w którym wszyscy są biseksualni, to doprawdy godne raczej starego Heinleina, a nie jej. Pomysł na akcję też nadmiernie wydumany i nijak nie rozegrany. Muszę odgrzebać „Changing Planes” i sprawdzić, czy aby tam nie było czegoś ciekawszego.

Po Le Guin mamy Jessupa „Otwórz oczy”, które w zeszłym roku dostałam od pana Obarskiego, i miałam mieszane uczucia. Przede wszystkim jest to tekst strasznie długi – bodaj najdłuższy ze wszystkich zamieszczonych w almanachach dotychczas. Ta surrealistyczna space-opera zaczyna się brawurowo, natomiast w drugiej części traci trochę rozmach i sens, a zakończenie jest w ogóle go pozbawione i mętne okropnie. Przeczytałam je jednak teraz ponownie z przyjemnością i widzę wyraźnie, że należało mu się zamieszczenie w zbiorze, bo zdecydowanie jest to krok w nieznane. Jessup odważnie szuka oryginalności, o co w gatunku space opera nie jest łatwo, i dopiero przy ponownej lekturze widzę podobieństwo do „Innych pieśni”, mimo użycia zupełnie innych środków wyrazu.

Niczego konkretnego nie mogę napisać o „Żywicielach” Zołotki, bo zdradzenie pomysłu odebrałoby cały suspens. Dość szybko domyśliłam się, o co tu chodzi, co miałam autorowi trochę za złe, ale całość zamysłu ujawnia się dopiero pod koniec. Powstała mroczna opowieść klimatem nieco przypominająca „Vatran Auraio” Huberatha. Kolejnym stylizowanym na pierwszą połowę minionego wieku, jest zaskakujący, bardzo jak na niego nietypowy Chiang, który w ten sposób dowodzi, że oprócz twardego sf (za które go wielbię od dawna) umie też pisać weird, a nawet satyrę. „Dołącz, całuj, leć” Suzanne Church to właściwie cyberpunk, chociaż mniej typowy dla swojego gatunku, bo o narkotykach, a nie o przestrzeni wirtualnej: ale pisanie o tejże to już od dawna nie fantastyka. Urzekł mnie natomiast tekst Olgi Onojko, który najpierw wymaga sporego wysiłku, żeby przyjąć reguły świata przedstawionego, mocno odbiegającego od naszego; a kiedy już tego wysiłku się dokonało, autorka robi kompletną woltę, i zaczyna pisać zupełnie inne opowiadanie. Miałam ogromny znak zapytania wypisany na czole, po czym zaczęło do mnie docierać, że tutaj fantastyką wcale nie jest to, co się na początku wydawało oczywiste, tylko zupełnie co innego. Zakończenie trochę duszoszczypatielnyje, ale to naprawdę uroczy tekst. Z kolei „Steam Girl” Dylana Horrocksa przypomniała mi żywo „Wyspę Doktora Śmierci i inne opowiadania” Gene’a Wolfe’a, bo jest to rzecz o miłości do fantastyki, i kolejna tutaj bardziej psychologiczna, niż fantastyczna.

I na koniec Dan Simmons, czyli drugie z opowiadań wojennych, tym razem o pierwszej wojnie światowej. Na początku trochę się irytowałam, ponieważ czytałam swego czasu Apollinaire’a, a narratorem u Simmonsa jest właśnie poeta walczący na froncie (było takich wówczas wielu, sam autor przywołuje między innymi Roberta Gravesa); ale potem uświadomiłam sobie, że jestem pewnie jedyną osobą, która czytała Apollinaire’a w ciągu ostatnich trzydziestu lat, więc nie mogę mu tego mieć za złe. Simmonsowi udało się świetnie oddać niepojęte okropieństwa tej pierwszej z wielkich wojen, i zderzyć to z elementem onirycznym. Uniknął banału dzięki niejednoznacznemu zakończeniu. Dodatkowo dostajemy piękną klamrę: pierwsze i ostatnie opowiadanie tego zbioru jest o śmierci, każde napisane w zupełnie inny sposób i z innego punktu widzenia, plus Gaimanowy kontrapunkt w środku. A teraz niech już natychmiast będzie grudzień i kolejny tom.

Ale dlaczego Czechami?

Napadało nam śniegu. Padało i padało od piątku do niedzieli, to i napadało. Tak z 10 cm, a może i trochę więcej. W dodatku jest z pół stopnia poniżej zera, więc nie stopniało od razu. To jest moja siódma zima (że co?!) tutaj i jeszcze takiego czegoś nie widziałam. Przestały jeździć autobusy (dziś jeździ połowa), przestały samochody, zrobiło się biało i cicho, ludzie wylegli na dwór lepić bałwany, rzucać śnieżkami i zjeżdżać z górek na zaimprowizowanych sankach. Szłam po ośnieżonym chodniku, zaś z przeciwka szło dwóch, może dziewiętnastoletnich, i jeden do drugiego rzekł tak
– Widzisz, mogliśmy byli się urodzić Czechami, i mielibyśmy tego – tu wskazał szerokim gestem obfitą biel wokół – dwa razy tyle, i codziennie!

W ciemności

Drugim obejrzanym podczas mojego pobytu w Polsce filmem był „W ciemności”. Wiedziałam, że Holland i że Oskara nie dostał, nic więcej.
– Dobra, o czym to właściwie jest? – spytałam kontrolnie.
– No wiadomo – jak chcesz Oskara dostać, to o małej żydowskiej dziewczynce ukrywającej się podczas wojny w kanałach – rzekł szwagier. Zachichotałam, po czym błyskawicznie przestałam się śmiać, uświadomiwszy sobie, że on chyba jednak nie żartuje.
– Żartujesz, prawda? PRAWDA?! – zażądałam gwałtownie potwierdzenia. Nie otrzymałam. Zagroziłam, że to jest znęcanie się nad niewinnym człowiekiem i że będą mnie reanimować, po czym obejrzałam film z dużą satysfakcją, zwłaszcza kiedy się zorientowałam, że to na podstawie „Dziewczynki w zielonym sweterku” Krystyny Chiger. Oczywiście temat znowu nie jest sympatyczny, ale życie w kanałach pokazane jest znakomicie, a ogólna wymowa jest zaskakująco pozytywna. Więckiewicz okazał się bardzo dobrym aktorem, do czego przedtem jakoś nie byłam ostatecznie przekonana. Dobrze, że zachowuje się pamięć o takich ludziach jak Leopold Socha, choć w trakcie oglądania kilkakrotnie żądałam, żeby następnym filmem była jakaś komedia. Możliwie śmieszna.
– Wiesz, nie jest łatwo znaleźć dobrą komedię polską – delikatnie wyjaśnił mi szwagier, z którym już wcześniej zostało ustalone, że „Kac Wawa” nie, nie, nie i NIE, pod żadnym pozorem.
– Wiem. Nie musi zaraz być polska, może być z Bangladeszu! – wrzasnęłam.
Ale „W ciemności” to naprawdę bardzo dobry film, chociaż niekoniecznie polecam oglądanie go zaraz po „Róży”.