Przyślę panu list i klucz; Życie nie jest romansem, ale…

O Marii Pruszkowskiej dowiedziałam się z internetu, i to nawet chyba z komentarzy na własnym blogu. Zanotowałam w kącie pamięci nazwisko, a potem jej tytuły wychynęły jeszcze gdzieś, w takim kontekście, że poczułam dojmującą przykrość, że jeszcze ich nie znam, i gwałtowną potrzebę nadrobienia braku natychmiast. Nikt, kto czytał i kto mnie zna choćby z bloga, nie zdziwi się, że pochłonęłam w trzy wieczory „Przyślę panu list i klucz” oraz „Życie nie jest romansem, ale…” Pierwsza to radosna, lekko staroświecka opowieść o rodzinie, w której dwie córki i ich ojciec czytają bez przerwy, nieustannie, nałogowo, mówią do siebie cytatami (najchętniej z Sienkiewicza, ale nie tylko), a w końcu zarażają tym i matkę. Rzecz dzieje się tuż przed drugą wojną, w Warszawie. W drugiej części naturalnie wojna wybucha, i przeszłam nad tym do porządku dziennego mimo składanych sobie obietnic, że już nie będę na ten temat czytać w ogóle nigdy i niczego, ponieważ Pruszkowska od razu zaznacza, że o okropnościach pisali i napiszą inni (lepiej), ona się zatem skupi na zabawnych wydarzeniach z tego okresu. Dowiadujemy się więc, jak podczas niemieckiej okupacji szukać męża dla kotki, oraz jak nie przemycać masła będąc ubranym w futro. Urocza, wyjątkowa lektura.

Camille redouble

Nie pamiętam już, dlaczego zobaczywszy zajawkę koniecznie chciałam obejrzeć ten film, ale chciałam dość długo, uporczywie – i w końcu skutecznie. Powiedzieć, że on jest mało oryginalny, to straszne niedopowiedzenie, ponieważ jest o czterdziestolatce, która ma niekoniecznie całkiem udane życie, nadużywa alkoholu, właśnie zostawia ją mąż, i która się nagle przenosi w przeszłość, kiedy miała 16 lat i poznała swego przyszłego męża. Widzieliście? Widzieliśmy, bo to raz. Podobało się? No właśnie; a ten się podoba. I to jest ten jedyny film tego tysiąclecia, przy którym nie czepiam się w ogóle skaz na logice (ja! się nie czepiam!), ponieważ rekompensuje je z nawiązką poetyczność. Ten film ma w sobie coś z „Zakochanego bez pamięci”.

Szesnastoletnią Camille gra ta sama czterdziestoletnia (z górką) Noémie Lvovsky, która również przy okazji reżyserowała film (oraz figuruje jako współautorka scenariusza, aczkolwiek moim zdaniem nie było tu wiele do współautorowania), i ja wiem, jak to brzmi na piśmie, ale należy mi uwierzyć na słowo, że się jakimś cudem sprawdza na ekranie. Naprawdę wzruszające są sceny, w których Camille usiłuje ocalić od śmierci, lub chociaż zapomnienia, swoją matkę. Kolejny raz przemawia do mnie konstatacja, że wszystkie dokonane przez nas wybory, nawet te nieudane, nas tworzą, jesteśmy ich sumą. Być może zresztą należy być osieroconą kobietą w pewnym wieku, żeby docenić ten film, nie wykluczam.

Zazie dans le métro

Po „Exercises de style” oczywistym wyborem była „Zazie dans le métro”, najparyściejsza z paryskich książek. Nie mam pojęcia,jak wygląda w tłumaczeniu i pojęcia nie chcę mieć, ponieważ Queneau bawi się tu nie tylko fabułą, ale również językiem, celowo przekręcając ortografię i tworząc zachwycające neologizmy. Rzecz jest radosną parodią, bardzo w duchu lat 50-tych, ale nadal niesłychanie świeżą i z mięsistymi postaciami. To jedna z tych rzadkich książek, przy których z pewnością świetnie bawił się zarówno autor przy pisaniu, jak i czytelnicy przy lekturze, i to jeszcze pół wieku później. Ach ten Paryż: strajk w metrze, masywny Gabriel tańczący w kabarecie dla gejów i wygłaszający cudowne przeintelektualizowane monologi, banda ogłupiałych turystów chłonących chciwie miejscowy koloryt pod przewodnictwem niezrównanego przewodnika i poligloty Fédora Balanovitcha (który istniał naprawdę, był z pochodzenia Litwinem, i tłumaczem u Gallimarda), i niesłychanie paryska rozrywka polegająca na opowiadaniu niekoniecznie prawdziwych rzeczy na temat mijanych zabytków. Przyznam, że osobiście ulegam tej pokusie zawsze przy Musée d’Orsay, ze śmiertelną powagą twierdząc, że jest to dworzec, nie całkiem w końcu niezgodnie z prawdą. Przypomniałam sobie, dlaczego, wbrew wszystkiemu, jednak kocham Paryż. A teraz życzę sobie obejrzeć film Louisa Malle’a.

Projekt Matka

Blog Zimna czytałam, zanim zaczęłam chodzić… wróć, pisać własny. To znaczy od samego początku, zanim jeszcze Nowy Człowiek był choćby zygotą. I czytam go regularnie do dziś, zdarzało mi się też nieraz wracać do archiwum. Nie da się więc stwierdzić, że książka mnie czymkolwiek zaskoczyła. Styl ten sam, treść ta sama. Jest nieco więcej Dawcy, czyli na potrzeby literatury papierowej Ludwika (a raz Leona), nieco bardziej otwarcie o pracy autorki, ale to niczego nie zmienia, nadal ciężar narracji spoczywa oczywiście na macierzyństwie i godzeniu go z resztą życia (o ile w ogóle jakaś reszta jeszcze istnieje).

Gdyby to była powieść, miałabym jej za złe dziurę w fabule na początku trzeciej ciąży. Dowiadujemy się, jak ciężko (choć warto) jest z dwójką dzieci, po czym bach, zaawansowana trzecia ciąża. Żałuję, bo o ile kwestie pierwszego i drugiego dziecka są mi znane i umysłem ogarnialne, o tyle decyzji o kolejnych sobie nie wyobrażam, a poznawczo jestem ciekawa. We Francji „petit troisième” daje prawo do bycia famille nombreuse i do pewnych przywilejów z tego tytułu, jest więc relatywnie zrozumiałym wyborem. Istnieje również kategoria ludzi mówiących „zawsze chcieliśmy mieć dużo dzieci”. Ale u Zimna żaden z tych warunków nie występuje. Szkoda, że ten temat został utajniony, ale trudno.

Blog Zimna wpłynął na moje życie, a w każdym razie na decyzję o potomstwie. Blogi były wtedy nowością, nie było portali społecznościowych, a w każdym razie tak rozwiniętych jak dziś. Ówczesne obserwowanie codzienności, wręcz intymności, zupełnie obcej kobiety było czymś niezykłym i niezapomnianym. We własnej ciąży zrezygnowałam bez żalu z zapisywania spostrzeżeń, bo Zimno już zrobiła to lepiej, za to z rozrzewnieniem i nowym zrozumieniem wracałam do archiwum. Lektura książki ożywiła stare sentymenty.

Kindle

Kupiłam Kindle zgodnie z daną sobie obietnicą, kiedy pojawiło się „Reamde” Stephensona w formie ebooka.
– Nie będę przecież tej cegły czytać na papierze – rzekłam sobie, by coś ze sobą ustalić i móc się następnie tego trzymać.
Kindle więc przyszedł, lecz wcale nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Oczywiście z początku mnie zachwycił, zwłaszcza tym, że jest taki przyjemny w dotyku, wcale nie plastikowo sztuczny, i że wygląda oraz funkcjonuje jak coś żywcem wyjęte z powieści sf. Zachwyciłam się, po czym… stwierdziłam, że brak mi jednak ciężaru w ręce, szelestu papieru i jego zapachu! No cóż, tego zrekompensować się nie da i trzeba z tym żyć. Kindle natomiast ma jedną ogromną zaletę rekompensującą mi wszystko inne, mianowicie mogę sobie kupować ebooki po polsku i mieć je do czytania natychmiast, bez czekania latami na przesyłkę i bez płacenia za nią jak za złoto. Tak właśnie nabyłam, ku swej radości, „Długą Ziemię” (o której było), a potem „Projekt Matka” (o której będzie).

Po prośbie

Dzisiaj po prośbie, ale nie we własnej sprawie, tylko 1% dla Natalii, córki Magdy, nadzwyczajnej kobiety o wielkim sercu. Pomóżcie, jeśli możecie, serdecznie proszę.

A w nagrodę tu jest nader ciekawy początek bloga (po angielsku), pisany przez Polkę w Anglii. Pod tą notką mogłabym się w zasadzie w całości podpisać, oprócz tego, że nie mam łatwego dostępu do polskich sklepów (i tu zalewam się gorzkimi łzami) oraz oprócz „I don’t want to live in Poland”, bo to akurat nie takie proste. Ale cała reszta trafia w sedno. Swoją drogą, à propos podtytułu tego bloga, mnie bardzo lubią we Francji brać za Angielkę, więc jest jednak równowaga na świecie. A przynajmniej w Europie.

Arthur and George

Cóż bardziej oczywistego, niż napisanie fabularyzowanej biografii Conan Doyle’a w formie powieści detektywistycznej, stawiając pisarza w roli Sherlocka, z wiernym sekretarzem w roli Watsona. Ale ponieważ mamy do czynienia z Barnesem, dostajemy dużo więcej niż biografię, dużo więcej niż opowieść o dochodzeniu sprawiedliwości, i dużo z tego mamy uciechy.

Początek wieku dwudziestego. Młody prawnik George Edalji, pół-Hindus, najpierw znosi prześladowania, które dziś określilibyśmy mianem stalkingu. Wulgarne listy, fałszywe ogłoszenia w prasie, pomówienia, wszystko trudne do zniesienia na angielskiej wsi. Potem oskarżony niesłusznie (choć czy aby na pewno?) o bestialskie mordowanie bydła trafia do więzienia, gdzie spędza trzy lata. Wypuszczony przed końcem kary nie zostaje jednak uniewinniony, i tu na scenę wkracza sir Arthur Conan Doyle, już uznany pisarz, który bawi się w detektywa, aby dowieść niewinności młodego człowieka. Przy okazji mamy bardzo szerokie tło społeczne, typowe dla Barnesa rozważania na temat brytyjskości i tożsamości narodowej, plus interesujący wątek poboczny – romans Conan Doyle’a z Jean Leckie. Dość niezwykły, bo nieskonsumowany tak długo, jak żyła jego pierwsza żona, gruźliczka. Przez jakieś 8 lat zakochani cierpliwie czekali, aby móc być razem. Wszystko to są tematy samograje, a Barnes ze swoim talentem, ironią i gorzkim dowcipem tworzy z nich wyjątkową opowieść.